1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Piję tak jak wszyscy - na czym polega współczesny alkoholizm?

Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Jak wynika z badań TNS OBOP, Polacy ostro potępiają nadużywanie alkoholu (6 na 10 ankietowanych). Jednocześnie Polska jest w grupie kilkudziesięciu państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca. Pijemy ,,inteligentnie”; dwa trzy drinki do kolacji, dwa piwa przed telewizorem, albo pół butelki wina na ,,dobry sen”. Tak jak wszyscy.

Jak często zdarza ci się po powrocie z pracy wypić kilka drinków ,,dla odprężenia”? Ile razy, kiedy miałaś wyjątkowo stresujący dzień sięgnęłaś po coś mocniejszego, żeby poprawić sobie nastrój? Czy w weekendy zwykle spotykasz się z przyjaciółmi, by po tygodniu pracy odpocząć i ,,naładować akumulatory” w miłym towarzystwie, przy butelce wybornego wina? A może czasami nawet masz wrażenie, że pijesz coraz częściej, więcej, za dużo, lub zbyt często?

Alkoholik ciągle jeszcze kojarzy nam się z człowiekiem z marginesu, który stracił pracę, rodzinę, pieniądze i leży pod ławką w parku. A tymczasem alkoholizm to choroba, która rozwija się stopniowo i dotknąć może każdego z nas, bez względu na wiek, płeć, poziom intelektualny czy zasobność portfela. Jej etiologia ciągle jest niewyjaśniona. Naukowcy od lat spierają się, czy to odpowiednia osobowość sprzyja wpadnięciu w nałóg, czy może uzależnienie zmienia osobowość. Wiadomo, że istnieją pewne czynniki osobowościowe skorelowane z uzależnieniem takie, jak: błędna hierarchia wartości, brak asertywności, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, obojętność na życie i nierealizowanie własnych potrzeb, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami.

Sięganie po ,,coś mocniejszego” to często ucieczka od problemów, dążenie do natychmiastowej (ale krótkotrwałej) poprawy nastroju, chęć ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, odsunięcia od siebie niezałatwionych spraw, a w konsekwencji ucieczka od życia i siebie samego. Uzależnienie od alkoholu ma dwie charakterystyczne cechy. Po pierwsze jest to utrata kontroli nad wypijanym alkoholem, po drugie pewien intelektualny mechanizm, który cały czas przekonuje alkoholika, że nim nie jest. Osoba uzależniona wypracowuje sobie przez lata trwania w nałogu cały system mylnych przekonań na swój temat oraz otaczającego ją świata i ludzi, a także szereg racjonalizacji, kłamstw i zaprzeczeń, które są kołem zamachowym choroby.

W szponach nałogu

Podstawowe mechanizmy uzależnienia to:

A/ Złudne poczucie kontroli nad wypijanym alkoholem.

To, że alkoholicy piją codziennie jest mitem. Każdy alkoholik potrafi przestać pić, na bliżej nieokreślony okres. Czasami jest to kilka dni, kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Okresy niepicia są cechą charakterystyczną choroby i służą osobie uzależnionej do tego, aby mogła udowodnić sobie i otoczeniu, że alkoholikiem nie jest. Podobnie wygląda sprawa z „urwanym filmem”, jest to mechanizm obronny choroby alkoholowej. Czy alkoholik mógłby sięgnąć po alkohol następnego dnia, gdyby pamiętał co „zmajstrował” dnia poprzedniego? Pewnie nie pozwoliłyby mu na to wyrzuty sumienia. Okres abstynencji utwierdza alkoholika w przekonaniu, że może przestać pić kiedy chce, więc przerwa w piciu kończy się przeważnie alkoholowym ciągiem i upiciem do nieprzytomności.

B/ System iluzji i zaprzeczeń.

Osoba uzależniona zakłamuje, racjonalizuje i minimalizuje swój problem. Im wyższy poziom inteligencji posiada, tym system zaprzeczeń jest bardziej spójny  do tego stopnia, że zaczyna nie tylko sama wierzyć w to co mówi, ale również potrafi spowodować, że w te kłamstwa uwierzą ludzie z jej najbliższego otoczenia. Minimalizuje problem twierdząc, że „pije tak jak wszyscy”, pociesza się, że ma dobrą pracę, stać ją na gatunkowe trunki i żyje w mylnym przekonaniu, że inni niczego niepokojącego nie zauważają. Alkoholik o swojej chorobie dowiaduje się jako ostatni.

C/ Zaburzone relacje z ludźmi.

Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać relacji z innymi ludźmi. Nie traktuje ich jako cel sam w sobie, lecz w sposób instrumentalny, aby mieć z relacji osobiste korzyści. Alkoholik po prostu nie potrafi z ludźmi być, tylko stara się ich mieć. Wyznacza im pewne role; jedni zaopatrują go w alkohol, drudzy pożyczają pieniądze, jeszcze inni mile łechcą jego ego, przekonując, że jest duszą towarzystwa i podziwiają za „mocną głowę”. Nadzwyczajnym darem jaki posiadają osoby uzależnione od alkoholu jest umiejętność wprowadzania ciągłego stanu niepokoju wśród osób z najbliższego otoczenia. Wszyscy starają się odciążyć alkoholika z ponoszenia konsekwencji picia, tym samym nie dają mu szansy odczucia skutków własnych zachowań. Tymczasem dopóki alkoholik nie odczuje konsekwencji picia, nie będzie dostrzegał swojego problemu. Przypomina to rozmowę różnymi językami. Osoby z otoczenia alkoholika dostrzegają źródło jego problemów w alkoholu, natomiast problemem dla alkoholika są właśnie ci ludzie, którzy próbują odebrać mu komfort picia.

Droga w jedną stronę

Zgodnie z fazami rozwoju i pogłębiania się choroby (E. M. Jellinek) uzależnienie przebiega od fazy wstępnej (min. picie w celu uzyskania ulgi, wzrost tolerancji na alkohol), przez fazę ostrzegawczą (min. ukradkowe picie, myślenie o piciu, chwilowe utraty pamięci) następnie fazę krytyczną (utrata kontroli nad ilością wypijanego alkoholu, szukanie wymówek, wyrzuty sumienia, chowanie alkoholu) aż do fazy przewlekłej (ciągi alkoholowe, spadek tolerancji na alkohol, uszkodzenie myślenia i zdolności oceny, myśli samobójcze). Główną emocją, która narasta na kolejnych etapach uzależnienia jest wszechogarniający lęk (lęk przed śmiercią, ale jeszcze większy lęk przed życiem). Żaden alkoholik nie może sobie wyobrazić życia bez alkoholu. Nawet idąc na leczenie odwykowe, ma nadzieję, że nauczą go tam picia kontrolowanego, a nie sposobu na dawanie sobie rady ze swoimi emocjami na trzeźwo. Lęk paraliżuje go do tego stopnia, że nie umie postawić pierwszego kroku, aby przełamać wstyd, uzewnętrznić swoje zalety i pogodzić się z własnymi słabościami. Wartości, które wyznaje takie jak np. prawda, rodzina, praca, przyjaźń, a nawet Bóg, zastępuje innymi, które dają mu poczucie godności w jego iluzorycznym świecie. Życie według wartości innych niż te, które wyznaje, powoduje coraz większy przymus, czyli kompulsję, do sięgania po alkohol. Ulga po napiciu się staje się coraz krótsza, a pojawiające się napięcie coraz silniejsze. Alkoholikowi wydaje się, że pije bo ma problemy i nie dostrzega, że jest akurat odwrotnie. To jego picie powoduje problemy i coraz większe ponosi z tego tytułu straty. Punktem zwrotnym jest moment, kiedy dzięki innym ludziom dostrzeże konsekwencje swojego nałogu. Terapeuci uzależnień mówią o sięgnięciu tzw. dna, które często jest motywatorem do podjęcia leczenia.

Dziś, u osób pijących ,,inteligentnie” dno zwykle nie bywa tak spektakularne: strata pracy, wypadek czy ciężka choroba. Dotyczy ono bardziej odczuć wewnętrznych: poczucia pustki, samotności, braku sensu życia.

Alkohol często staje się atrakcyjny dla osób, które przeżywają życiowe kryzysy: rozpad związku, choroba kogoś bliskiego, niespełnienie marzeń czy niezrealizowanie celu. Ktoś, kto pije alkohol nawet codziennie, ale nie traci nad nim kontroli, czyli nie upija się i nie ponosi z tego tytułu bolesnych strat, prawdopodobnie nie jest uzależniony od alkoholu. Niebezpieczny moment nadchodzi wtedy, kiedy alkoholem starasz się złagodzić stany emocjonalne, głównie te nieprzyjemne i uniknąć konfrontacji z problemami. Wtedy alkohol staje się lekarstwem i od uzależnienia dzieli cię jeden krok.

Test – sprawdź czy masz problem z alkoholem

1. Czy jesteś przekonana, że kobiety, które piją są gorsze od mężczyzn?

2. Czy najwięcej pijesz przed miesiączką?

3. Czy masz poczucie, że kiedy pijesz jesteś: bardziej bystra, inteligentna, towarzyska, atrakcyjna?

4. Czy zdarzają ci się okresy świadomej abstynencji?

5. Czy szukasz wymówek, żeby sięgnąć po alkohol?

6. Czy ktoś z bliskich osób zwrócił  ci uwagę, że pijesz za dużo?

7. Czy zdarza ci się chować alkohol, albo pić w ukryciu?

8. Czy bywa, że na przyjęciu odmawiasz alkoholu, ale po powrocie do domu pijesz w samotności?

9. Czy uważasz, że pijesz, bo np.: masz więcej problemów niż inni, świat cię nie docenia, masz w życiu pecha itp.?

10. Czy zdarza ci się jechać w nocy na stację benzynową, bo w domu nie ma alkoholu, albo kupować alkohol na zapas?

Jeśli na więcej niż połowę pytań odpowiedziałaś twierdząco, warto odwiedzić terapeutę uzależnień, który zrobi ci profesjonalny test sprawdzający czy jesteś uzależniona od alkoholu.

  1. Kultura

Igor Brejdygant - książki pisarza i nowy serial "Rysa"

Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Ja się chyba długo bałem, że nic ze mnie nie będzie. Ale nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś – mówi pisarz i scenarzysta Igor Brejdygant.

Jeśli ktoś zajrzy do Internetu, żeby sprawdzić, kim jest Igor Brejdygant, przeczyta, że to: pisarz, scenarzysta, reżyser, producent reklam, fotograf, aktor. Dużo… A jeśli ktoś zapyta pana, to jaka będzie pańska odpowiedź? Co jest najbliższe pana sercu?
To zależy, kiedy zostanę o to zapytany. Dziś odpowiem pani: scenarzysta, bo pracuję nad adaptacjami serialowymi moich dwóch książek, „Rysy” i „Układu”. Chociaż nie, właśnie wczoraj skończyłem pisać kolejną książkę, „Wiatr”, więc na dziś odpowiedź brzmi: scenarzysta i pisarz. Moment wyznacza to, kim jestem. Ale rzeczywiście pytanie jest zasadne. Mam za sobą takie historie, kiedy zatrzymywała mnie drogówka i, nie wiem dlaczego, padało pytanie: „Czym pan się zajmuje?”. Zawsze miałem chwilę zawahania, która budzi w policjantach pewien niepokój, no bo jak człowiek nie wie, czym się zajmuje, to raczej nie jest z nim dobrze… A ja po prostu naprzemiennie zajmuję się różnymi rzeczami. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy oddają się jednej dziedzinie, tak jak na przykład mój brat Krzysiek [Zalewski – przyp. red.], który jest muzykiem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości! No ale cóż, jest, jak jest – dzięki jednej aktywności odpoczywam od drugiej. I jeszcze odkurzam. Najbardziej czekam właśnie na ten moment dnia, kiedy oddaję się sprzątaniu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że łapie pan zbyt wiele srok za ogon.
I że się w związku z tym rozwadniam. Ale nie mam poczucia, że działam po łebkach. Dostrzegam też zalety takiej wielozadaniowości – być może fakt, że zajmuję się wieloma rzeczami, sprawia, że szerzej patrzę na świat. Poza tym może wstyd mówić to głośno, ale nie do końca wiem, co jest najbliższe mojemu sercu. Teraz na przykład zaczyna mnie znosić dość mocno w stronę reżyserii serialowej, a może też kinowej. Od zawsze działam w trybie płodozmianu, bo od zawsze miałem problem z dookreśleniem się, zrozumieniem, kim jestem. Poszukiwania wciąż trwają.

Uciążliwy stan?
Nie znam innego, nie mam porównania. Myślę, że tu trudność dotyczy przede wszystkim komunikacji ze światem zewnętrznym, tego, że z marketingowego punktu widzenia nie odgrywam konkretnej roli, nie ma jak mnie określić dla odbiorcy. Nie bardzo umiem przybierać konkretną formę, chyba kiedyś Gombrowicz zraził mnie do wkładania się w takie sidła. Unikam tak zwanej gęby.

Czytelnicy bez wątpienia lubią pana w sidłach pisarza. Pana kryminały cieszą się ogromną popularnością. Kryminały w ogóle są od pewnego czasu jednym z najpopularniejszych wyborów. Skąd ten trend? Jaka jest pana diagnoza?
Widzę co najmniej trzy powody. Pierwszy jest taki, że lubimy się bać, ale mając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. To chyba atawizm, przez dziesiątki tysięcy lat, kiedy stawaliśmy się ludźmi, dużo było lęku, myślę, że jesteśmy od niego uzależnieni. A lepiej zażywać go w domowych pieleszach niż w ciemnej bramie, w realu. Drugi powód to też bardzo ludzka fascynacja – tajemnica. Nasza egzystencja, jakkolwiek bardzo byśmy pozbawiali ją duchowości, oświecali, i tak pozostaje tajemnicą. W kryminale też jest tajemnica, niewiadoma. Trzeci powód to według mnie możliwość oderwania się od rzeczywistości. Wniknięcie w kryminalną łamigłówkę na chwilę odpina nas od trosk.

Czyli funkcja terapeutyczna?
Psycholog powie na pewno, że żadna ucieczka nie ma terapeutycznej mocy, ale ja odpowiem, że oderwanie człowieka przeciążonego codziennością, stresem, problemami i zabranie go na wycieczkę krętą drogą jest, powiedzmy, taką quasi-hipnozą.

Mówi pan, że lubimy się bać, ale przecież my mamy, szczególnie dzisiaj, tyle lęku dookoła. Czy kryminał nie jest kolejnym zanurzaniem się w mrok, czy to nie jest trochę przeniesienie się z deszczu pod rynnę?
Rzeczywistość jest dziś tak zawikłana, że trudno się połapać, o co chodzi. Ludzie szturmują Kapitol, bo myślą, że światem rządzą gady, mamy dziwną i niezrozumiałą zarazę itd. Dzieją się rzeczy niestworzone. A w kryminale jest jednak wszystko ogarnięte. W końcu znajduje się ten zły, dobro przeważnie jednak zwycięża, jest więc katharsis.

Czyli to także wyraz tęsknoty za porządkiem świata?
Wciąż chyba jednak lubimy – mówię to z nadzieją – kiedy zło ponosi klęskę.

Podkreśla pan, że świat kryminału to fikcja, jednak coraz więcej jest pozycji, które właśnie mocno osadzone są w faktach, także tych politycznych. I w tym przypadku, czytając, można mieć wrażenie, że niemal ogląda się serwis informacyjny!
Rzeczywiście, mam wrażenie, że jest dziś coś takiego jak kryzys fikcji. Ale on wynika z popytu, ludzie tak chcą. Kiedy pisałem serial „Paradoks”, panie odpowiedzialne za marketing przy każdym kolejnym odcinku pytały mnie z nadzieją w oczach, czy będą mogły wreszcie napisać, że to jest oparte na prawdziwej historii. Czytelnicy i widzowie też często oczekują, że powiem: „Te wydarzenia naprawdę miały miejsce”. A moim zdaniem to pułapka. Po to wymyślono, zresztą już bardzo dawno, fikcję, żeby ludzi odrywać od rzeczywistości. Jeśli pójdziemy w weryzm, to prędzej czy później będziemy mieć odczucia, o których pani wspomniała, tak jakbyśmy włączyli serwis informacyjny. Z relaksem niewiele ma to wspólnego.

Sądzi pan, że ta moda wkrótce minie?
Myślę, że tak. Tym bardziej że ten rodzaj opowieści jest obciążający dla obu stron. Widza przygniata, a na autora nakłada, a przynajmniej powinien nakładać, bardzo dużą odpowiedzialność. Od dłuższego czasu biorę udział w cyklu „Opowiem ci o zbrodni” [program telewizyjny emitowany przez kanał Crime+Investigation Polsat – przyp. red.]. Lubię to, ale to dla mnie najcięższa praca. Bezpieczniej czuję się w fikcji, opowiadanie prawdziwych historii to stąpanie po bardzo cienkim lodzie, w sensie moralnym. Bo prawda – jak wiadomo – jest nieprawdopodobnie złożona, wielowątkowa. Zawężanie jej do wytyczonego nurtu, konieczne, by móc ją w ogóle zreferować, jest wyzwaniem. Można kogoś skrzywdzić, przyprawić komuś gębę, ofiara ma rodzinę, podobnie sprawca itd. Beletryzowanie rzeczywistości to duże ryzyko, potrzeba ogromnej pracy i ostrożności. I nie wierzę, że tworząc dokument, można być w stu procentach w zgodzie z prawdą, autor zawsze musi dokonać wyboru, kogoś polubi bardziej, a to determinuje kierunek dalszej pracy. Kiedy pisałem „Paradoks”, rozmawiałem z policjantem śledczym. Powiedział mi, że podoba mu się mój scenariusz, bo dotyka kwestii rzadko poruszanej. Chodziło mu o to, że śledczy jest niemal bogiem, bo tak wiele zależy od jego intuicji, przekonania. Od tego, za czym on pójdzie, zależą ludzkie losy, a zwykle przy jednej sprawie to losy wielu osób. Trochę podobnie jak z reżyserem dokumentu, tyle że w pracy śledczego odpowiedzialność jest większa. Tutaj błędne ukierunkowanie może kosztować bardzo wiele, najlepszym przykładem jest sprawa Tomasza Komendy.

Gigantyczne obciążenie…
No właśnie, akurat ja jakoś intuicyjnie zawsze byłem tego świadomy, jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że w zasadzie każdą prawdę można udowodnić, a już obecne czasy – czasy fake newsa – wybitnie to obnażają. Pójdziesz jakimś tropem, a potem… już wszystko musi się zgadzać. Bardzo na to uważam, kiedy przygotowuję się do programu „Opowiem ci o zbrodni”.

Rozumiem, że kiedy siada pan do pisania fikcji, odczuwa ulgę. A czy w fikcji można przesadzić, popłynąć?
Można odjechać, dlatego tu też nakładam sobie pewne ramy. Taką moją zasadniczą ramą jest zasada, że nigdy nie będę hołubił zła. Nie, i koniec. Mam kłopot nawet z takimi wybitnymi pozycjami kina, jak na przykład „Joker” czy niektóre filmy Tarantino. Dla mnie to jest już na granicy flirtu ze złem, za daleko. Poza moim dekalogiem. To oczywiście nie oznacza, że nie ciekawi mnie geneza zła. Zawsze się zastanawiam, dlaczego morderca jest, jaki jest, w niektórych książkach przyglądam się temu, próbuję zrozumieć, ale nigdy złem się nie rajcuję.

Psychologia postaci staje się dla pana coraz ważniejsza z każdą kolejną książką?
Zawsze mnie to intrygowało. To jest jakby osobny kryminał w kryminale – którędy podążają myśli i emocje moich bohaterów. I chyba trochę bardziej interesują mnie zawiłości kobiecej psychiki. Teraz napisałem powieść „Wiatr”, którą właśnie będę składał do wydawnictwa, tu mężczyzna jest głównym bohaterem i muszę przyznać, że jego psychika jest mniej złożona. Myślę, że po mamie, skądinąd śpiewaczce operetkowej, jestem introwertykiem, więcej życia spędzam na przyglądaniu się niż na referowaniu, częściej obserwuję, niż uczestniczę, i z czasem widzę w ludziach coraz więcej. Pewnie dlatego w każdej kolejnej książce jest rzeczywiście coraz więcej psychologii postaci.

A wtedy, kiedy się pan coraz dłużej ludziom przygląda, to robi się coraz smutniej czy jest w panu nadzieja?
Mam teraz problem z nadzieją, ale to raczej nie wynika z obserwacji jednostki, tylko trendów, które panują na świecie. Jak mówił Erich Fromm, ludzkość przemieszcza się po wahadle między koszmarem czy tragedią a nudą. Wydaje mi się, że chwilę temu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego „nudy” i teraz właśnie niestety się odbijamy… Widzę, jak budzą się w nas demony. Ale łatwiej zrazić się do ludzkości w ogóle niż do jednostki. Bo kiedy przyjrzeć się każdemu z osobna, widać niejednoznaczności, nikt nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły, na szczęście.

Jakie demony są dziś w panu?
Na przestrzeni lat poznałem siebie z różnych stron i powiem tak – bywało ze mną znacznie gorzej. Ale to sprawiło, że wiem, iż demony istnieją, i to jest cenna wiedza. Najgorszy jest chyba demon lęku, mnie długo pchał w nieciekawą stronę. Przez lata mówiłem, że najbardziej boję się siebie. Ale dziś już tak nie jest. I to mnie cieszy niewymownie.

Pisanie pomaga obłaskawić demona?
Pomaga. Różne rzeczy, które kotłują się w głowie, można przelać na papier. Swoje ciężkie przeżycia po kawałku wkładam w swoich bohaterów, to też forma terapii. To jedno. A drugie – to, że osiągnąłem jakiś sukces, sprawiło, że podbudowane zostało moje poczucie wartości. To dało mi także rodzaj spokoju. Ja się długo bałem, że nic ze mnie nie będzie.

Za późno przyszedł ten moment?
Nie, nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Poza tym z wora tamtych doświadczeń wciąż czerpię, pewnie między innymi dzięki temu mam coś do powiedzenia. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś, wszystko ma sens. Poza tym idę po swoje stopniowo, kawałek po kawałku. Gdyby bomba atomowa sukcesu wybuchała na początku drogi, to jak później miałbym podnosić sobie napięcie… Może dzięki temu uniknąłem wyścigu z samym sobą. No i Oscar za reżyserię wciąż przede mną!

Mówi pan o worku, z którego czerpie – jest w nim także choroba alkoholowa.
Tak, mówię o swoich doświadczeniach, bo tak zwany dwunasty krok na drodze wychodzenia z nałogu dotyczy tego, by dać nadzieję tym, „którzy jeszcze cierpią”. Nie mówię, że nie mam nałogu, bo ma się go już zawsze, ale dzięki sile wyższej, jak ją nazywamy, choroba mnie już nie topi. Do tego udało mi się coś osiągnąć, poczuć spełnienie – jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno. Swój pierwszy scenariusz kinowy pisałem wiele lat temu, będąc na terapii, wszystko jest możliwe. Naprawdę wszystko. Pamiętam, jak podczas spotkania z Ewą Woydyłło powiedziałem do niej z przerażeniem, że boję się, że jak rzucę nałóg, to przestanę być artystą. Na co ona, dość nawet, jak mi się wtedy wydało, brutalnie, zapytała: „A cóż pan jako artysta do tej pory osiągnął?”. Więc wtedy miałem poczucie bycia artystą, dziś nie czuję się przesadnie artystą, ale… dla odmiany coś tworzę!

A czy nie kusi pana czasem, żeby wydostać się choćby na chwilę z mroku kryminału?
Kusi, oczywiście! Kusi mnie komedia. Miłość mnie kusi… Zresztą w mojej kolejnej powieści już się trochę odkryłem. Mam tylko nadzieję, że dostrzegą i docenią to czytelnicy.

Igor Brejdygant
, scenarzysta, pisarz, reżyser, fotograf i aktor. Urodził się w 1971 roku w Poznaniu. Studiował na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest autorem powieści kryminalnych: „Szadź”, „Rysa”, „Paradoks”, „Układ”, a także twórcą scenariuszy filmowych i serialowych, między innymi: „Palimpsest”, „Zbrodnia”, „Prosta historia o morderstwie”

Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN. Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN.

  1. Psychologia

I że cię opuszczę, gdy będziesz się niszczyć. Broń się przed współuzależnieniem

Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnieni partnerzy są odpowiedzialni, perfekcjonistyczni i nadopiekuńczy. Ale przede wszystkim łączy ich wstyd i lęk. O to, co powie rodzina, znajomi, co będzie dalej. Wierzą, że może bliski pójdzie po rozum do głowy, nie chcą wstrząsu.

A wstrząs jest jedynym rozwiązaniem – mówi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Ludzie szybko orientują się, że są współuzależnieni?
Najczęściej zauważają to dopiero na terapii, po rozmowie z kimś bliskim albo gdy zaczynają szukać książek i artykułów na temat uzależnienia partnera. Bo z tym uświadomieniem sobie, że bliski choruje, różnie bywa.

To znaczy?
Ludzie miesiącami, czasem latami, potrafią nie zauważyć, że partner jest uzależniony. Bo przecież to fajnie lubić seks, wszyscy piją albo fajni ludzie palą haszysz. Ciężej jest to pewnie też dostrzec osobie, która nigdy nie miała podobnych doświadczeń. Jeżeli już kiedyś byliśmy w relacji, w której druga osoba czegoś nadużywała, albo doświadczyliśmy tego w dzieciństwie, będziemy czujniejsi. Zauważymy nalewanie sobie kolejnej szklanki whisky, pobudzenie poalkoholowe. Wiele też zależy od typu człowieka. Jesteśmy szczerzy wobec siebie czy wolimy problemy zamiatać pod dywan? Mamy odwagę konfrontować się z drugą osobą czy raczej uciekamy? Związek z uzależnionym bywa prawdziwym teatrem. Jedno z partnerów udaje, że nie ma ze sobą problemu, drugie udaje, że w to wierzy.

Chyba alkoholizm partnera najłatwiej dostrzec?
Niekoniecznie. Tak jak mówiłam, w naszej kulturze mnóstwo ludzi uważa, że alkohol jest wspaniały. Upijanie się też nie budzi kontrowersji. To normalny sposób odreagowania dla zmęczonych pracoholików, dla rodzin, które spędzają wspólnie święta, czy osób, które organizują imprezy. Na ilu była pani imprezach, gdzie nie było alkoholu? Szybciej czasem da się dostrzec uzależnienie od hazardu czy zakupoholizm. Mamy konkretne dowody – wypływy pieniędzy z konta.

Ale prędzej czy później zaczynamy widzieć, że coś jest nie tak?
Najczęściej wtedy, gdy bliska osoba zaczyna zawodzić. Mąż miał odebrać dzieci, ale nie odbierze, bo wypił. Rano miał gdzieś pojechać, a o czwartej rano skończył imprezę z kumplem. Nałóg wpływa na życie. Chemiczne używki powodują również to, że człowiek dłużej śpi, choruje, ma kaca. Powoli też zmniejsza się jego motywacja i zdolność konstruktywnego działania. Na to można przymykać oczy tylko do pewnego momentu. Przebudzeniem bywa wstrząs. Miałam pacjentkę, której mąż lubił sobie wypić wieczorem kilka piw. W pewnym momencie zachorowało dziecko, musieli jechać do szpitala. Ale on nie mógł prowadzić, w środku tygodnia był nieprzytomny, śmierdział. Ona wściekła się z powodu tego, że ją zawiódł. Dopiero potem zaczęła analizować i rozumieć, że to już długo trwa.

Dużo osób chyba też ukrywa swój nałóg?
Nałogowiec patrzy partnerce w oczy i mówi: „Ja piłem? Ty chyba zwariowałaś!”. Ciężko mu wziąć odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jeśliby przyznał, że na przykład pije, musiałby się leczyć, zrezygnować z tego, co to daje. A daje mnóstwo. Alkohol, haszysz, seks, zakupy – to dla niektórych jedyna deska ratunku, ucieczka przed smutkiem, nudą, samotnością, stresem. Dlatego tak trudno się przyznać.

Gdyby miała pani pomóc i powiedzieć, czym jest współuzależnienie – żebyśmy się już nie oszukiwali?
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. Bo tworzą warunki, w których nałogowiec żyje sobie jak pączek w maśle. On nie idzie na sanki z dziećmi, a potem na rodzinny obiad, choć obiecał, bo zapił. Ona mówi więc dzieciom i teściowej, że męża boli główka. Albo on nieustannie spłaca jej kartę kredytową, którą ona co chwilę czyści, choć sam ciężko pracuje. Współuzależniony nieustannie chroni partnera przed światem zewnętrznym. Jednocześnie w domu go kontroluje. Zagląda do barku, ile wypił. Każe mu robić testy antynarkotykowe, sprawdza, gdzie i po co chodzi. Uzależniony staje się bezwolny, złości go ta kontrola, ale ma też wygodnie. Ktoś inny zajmuje się całą tą męczącą codziennością.

Ale przecież mówi się, że tak ważne jest w związku wsparcie?
Wsparcie tak, ale przecież nie za wszelką cenę. Poza tym wsparcie dotyczy dwóch osób, a nałogowiec nie umie nic dać, choć oczywiście zdarzają się partnerzy, którzy mówią: „Na początku mi to nie przeszkadzało, był po alkoholu weselszy, była po alkoholu bardziej otwarta”.

Współuzależniony cierpi?
Bardzo. Ale często nie zdaje sobie z tego sprawy. On musi dać radę. Nie zauważa, że jego życie powoli zaczyna toczyć się tylko wokół tej drugiej osoby. O tym często mówią żony alkoholików. Czekanie w domu i sprawdzanie, w jakim stanie wróci mąż. Sięgnie na imprezie po alkohol czy nie? Usiądzie wieczorem bez piwa? To jest ogromne napięcie.

Dlaczego jedni od razu potrafią zostawić partnera nałogowca, inni tkwią z nim latami w związku?
Współuzależnienie jest ściśle związane z podejściem do miłości. Jeśli ktoś rozumie miłość jako stopienie się, będzie chciał być z kimś za wszelką cenę, bo potrzeba bycia jest ponad innymi potrzebami. I nawet jeśli ktoś widzi, że ta druga osoba się niszczy, przy okazji niszczy też jego – oszukuje się. I pozwala też siebie oszukiwać. Są natomiast osoby o zdrowych granicach, które kochają na zasadzie „Jestem z tobą, zależy mi, ale jeśli nie traktujesz mnie poważnie, pakuję się i odchodzę”.

Czy osoby współuzależnione – poza kochaniem za bardzo – mają jakieś wspólne cechy?
Mają dużo wspólnych cech. Często są bardzo odpowiedzialne, perfekcjonistyczne, nadopiekuńcze. Poza tym współuzależnienie to jest nie tylko uzależnienie od osoby, która ma problem, ale też uzależnienie od bardzo wielu rzeczy. Od ludzi, bo co powiedzą, od wyobrażeń o własnej przyszłości, od lęku, co będzie dalej. I te lęki nie zawsze są paranoją, do tej pory są w Polsce środowiska, gdzie po rozwodzie, który wynikał z jego problemu z alkoholem, ona przestaje być zapraszana, zostaje uznana za dziwaczkę, jej własne przyjaciółki ją odrzucają, bo co to za fanaberie, wszyscy przecież piją.

Zna pani takie kobiety?
Oczywiście. I to właśnie kobiety. Bo przecież to one głównie zostają z partnerem. Średnio dziewięciu na dziesięciu mężów alkoholiczek odejdzie, jeden zostanie. W przypadku współuzależnionych żon: jedna odejdzie, dziewięć zostanie. To wynika z naszej kultury. Mężczyźni nie są przygotowywani do tego, żeby się kimś opiekować. A uzależniony tej opieki potrzebuje, bo jego życie jest chaotyczne. Tu przyjedzie pijany taksówką, tam zapomni portfela. Który mąż zejdzie zapłacić kolejny raz za pijaną żonę? A kobieta to zrobi, jeszcze pójdzie od sąsiadki pożyczyć. Bo dla niej najważniejsze jest, żeby mąż wrócił do domu. Rodzina zresztą często wspiera tę nadopiekuńczość.

Miałam pacjentkę, której partner robił po alkoholu afery, zdarzyło się, że ją szturchał, wyzywał. Poradziłam jej, żeby powiedziała o tym mamie, teściowej, bratu męża. I co się okazało? Jej własna matka, która ją kocha i pomaga jej przy dzieciach, na hasło: „Musimy coś zrobić, chyba go zostawię”, zacisnęła usta i powiedziała: „No, moja droga, ty sobie wyobrażasz, że życie jest usłane różami. Ja 50 lat przeżyłam z twoim ojcem, dałam radę. Dlaczego ty masz nie dać? A dzieci? Pozbawisz ich ojca?”.

Dzieci cierpią chyba bardziej, gdy żyją w takiej rodzinie?
Oczywiście. Ile ja znam takich historii! Żona poszukuje męża, wyciąga go z baru, kasyna, śledzi. Dzieci siedzą same w domu. Współuzależniony nie chce tego widzieć. Zamiast oddać energię dzieciom, skupia ją na chorym człowieku. Czyli dzieci nie mają żadnego obecnego, uważnego rodzica. Argument „bo dzieci” jest absurdalny. One potrzebują przede wszystkim stabilnego domu, nawet jeśli jest w nim tylko samotna matka. Ale my, kobiety, byłyśmy uczone trwania za wszelką cenę. To się dopiero teraz zmienia. Jak żona ma się uwolnić od męża, gdy jej własna matka jest przeciwko?

Współuzależnienie u młodych osób zdarza się rzadziej. Kobiety koło trzydziestki, które były na studiach za granicą albo dużo podróżowały, znają swoją wartość i dużo szybciej reagują. One realizują plan swojego życia – jeśli po drodze trafi się człowiek uzależniony, szybko go usuwają. „Okej, podobał mi się ktoś, potem okazał się nieodpowiedzialny. Pali haszysz, bierze kokainę, cokolwiek, nie chce mu się pracować. Jest hultajem i wałkoniem, nie bawię się w to”.

Co robić, gdy, dajmy na to, mam dwoje dzieci i brak możliwości wyprowadzki z dnia na dzień?
Pierwsza rzecz: przestać robić z tego tabu. Zdarza się, że oferuję jako psycholog pomoc, bo rozumiem, że ktoś nie chce od razu odsłaniać się przed znajomymi. Na przykład umówiłam się z pewną dziewczyną, że zadzwonię do niej koło 20.00, gdy będzie z mężem. I ona będzie rozmawiać ze mną jak z kimś bliskim. Zaproszę ją na urodziny, spacer. A ona powie głośno: „Chętnie bym się spotkała, ale nie mogę, bo Jurek pije”. I dalej będziemy odgrywać rozmowę, w której ona pierwszy raz zacznie opowiadać o tym, co się w domu dzieje. Tak zrobiłyśmy. Mąż wpadł w szał: „Co ty wygadujesz?! Kto to był?”. „Moja przyjaciółka, zapraszała mnie, żebym z nią wyjechała” – odrzekła ona. „Ale jaka przyjaciółka?!”. „To nie ma znaczenia”. „Jak ty możesz o mnie tak mówić?!” – atakował ją. A ona, trzymając się faktów, spokojnie odpowiadała: „A co? Nieprawdę mówiłam? Nie pamiętasz, jak leżałeś na klatce schodowej, zwymiotowałeś na dywan, jechałeś po pijaku?”. On się wścieknie, trzaśnie drzwiami, ale już nigdy nie będzie mógł powiedzieć: „Wymyślasz, nie ma problemu”, bo już wie, że komuś o tym powiedziałyśmy.

Następnym razem już jest łatwiej. Przychodzi teściowa, zachwyca się mieszkaniem, a my mówimy: „Mama nie wie, co się dzieje, gdy nie ma gości. Przecież Jurek codziennie pije. Bez piwa nie spędzi wieczoru. Prawda, Jurek, powiedz mamie, pijesz co wieczór cztery piwa?”. Trzeba rozkłuć ten balon. Oczywiście teściowa się obrazi, Jurek się obrazi, ale już nikt nigdy nie powie: „Wymyślasz”. Następuje konfrontacja. Nałogowiec udaje też, że nie ma problemów. Trzeba mu więc pokazywać te problemy: wywalili cię z pracy z powodu picia, zasnąłeś na urodzinach naszej córki, przeleżałeś całą niedzielę. I nie dawać przerzucać na siebie winy. A nałogowcy mają do tego ogromne tendencje. Winny jest cały świat. Trzymajmy się faktów: „Czy to ja zapomniałam zapłacić rachunek za prąd i nam wyłączyli? Ja się upijam?”. To jest bardzo trudne, ale od tego zależy wszystko. Musimy zacząć głośno o tym mówić.

Współuzależniony mówi: „Robię awantury, to nie działa”.
Ale nie mamy robić awantur. Awantury eskalują problem, druga osoba ma powód, żeby uciec w nałóg. Trzeba tylko trzymać się faktów. My się nie kłócimy, wiemy, że mamy rację. Musimy też przestać cokolwiek załatwiać za partnera. Zrobić rozdzielność finansową, nie spłacać jego długów, nie wyciągać go z taksówki. Niech śpi na klatce schodowej, jego sprawa. Trzeba się uwolnić od tego strasznego wstydu. Sąsiadka mówi, że on leży na schodach? Odpowiadamy, że jest dorosły i co mamy zrobić. Koniec, kropka. Niech on skonfrontuje się ze sobą i sam zacznie się wstydzić.

Wiele osób boi się innego wstydu. Że w oczach ludzi przestaną być idealną rodziną.
Tylko że tu już nie ma idealnej rodziny. Hipokryzja niszczy przede wszystkim nas. Jeżeli nie zrobimy jakoś drastycznego ruchu, to będzie coraz gorzej. Bo uzależnienie partnera będzie postępować. A im dłużej w tym jesteśmy, im więcej rzeczy robimy, żeby przyklepać problem, tym bardziej się pogrążamy.

Mamy siłą zmusić partnera do pójścia do AA albo innej grupy gdzie zajmują się uzależnieniami?
Ależ my nie mamy go do niczego zmuszać! Możemy mu pomóc znaleźć kontakt, dopingować go, ale on sam musi chcieć. Naszym zadaniem jest zadbanie o siebie. Dużo dobrego dają spotkania z kobietami w podobnej sytuacji. Rozmowy z kimś, kto już jest dalej niż my, kto poradził sobie. Długie spacery, siłownia, spotkania z przyjaciółkami. Nie mamy siły? Zmuszajmy się. Osoba współuzależniona też ma ogromną lekcję do przerobienia – nie koncentrować się już na kimś innym, a na sobie.

Życie z kimś, kto wychodzi z nałogu, też jest ciężkie?
Tak, to tak naprawdę egzamin, trudny moment. Bo osoba, która na przykład odstawia używki chemiczne, jest w kiepskim stanie. Ma psychiczne i fizyczne dolegliwości. Jest zmęczona, rozdrażniona. Zaczynamy myśleć: „Już lepiej było, kiedy pił” albo robimy afery. Nie rozumiemy, dlaczego mamy teraz znosić kolejne stany. Potrzeba ogromnej cierpliwości, wyrozumiałości. Tylko wtedy związek ma szansę wrócić na normalne tory. Do tego musimy się liczyć z nawrotami.

Ja poznałam mojego męża (Wiktora Osiatyńskiego – przyp. red.), kiedy miał przerwę w piciu. On potrafił miesiącami nie sięgać po alkohol. Wtedy nie pił siedem miesięcy. Bo kiedy pisał książkę, nie pił. A potem nadrabiał. Gdy zorientowałam się, co się dzieje, powiedziałam wprost: „Kiedy pijesz, nie chcę cię widzieć”. Potrafiliśmy się na Nowym Świecie minąć i nie powiedzieć sobie „dzień dobry”. Ale może to wynikało z tego, że byłam przyzwyczajona do samotności? Moja mama wcześnie umarła, nie miałam rodzeństwa. My wzięliśmy ślub dopiero wtedy, kiedy nasza córka miała osiem lat. Wcześniej nawet nie mieszkaliśmy razem. Dopiero gdy on poszedł na leczenie w Stanach Zjednoczonych, to trzy lata później wzięliśmy ślub.

Udało się wrócić do normalności?
Mój mąż nie pił 32 lata, ale w domu zawsze był alkohol. Gdy wyjeżdżał, przywoził mi dobre wino, swojej mamie nalewkę. Niektórzy wpadają w inne uzależnienia, mój mąż zaczął jeść słodycze – o pierwszej w nocy zrywał się i szedł do lodówki. Trudno, coś za coś.

Czyli jest pani zwolenniczką radykalnych rozwiązań?
Tak. Innego wyjścia nie ma. Tylko wstrząs, a potem długa praca jest w stanie uratować rodzinę czy związek. Ale najpierw oboje musimy uratować siebie.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka, terapeutka uzależnień. Pracuje w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, związana z Fundacją im. Stefana Batorego, autorka wielu książek, w tym „Rak duszy. O alkoholizmie”.

  1. Psychologia

Życie w iluzji - kim jest kobieta współuzależniona?

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Twój wewnętrzny mikroskop nastawiony jest na niego: co robi, jaką ma minę, czy zjadł, czy wypił kawę, co czuje, czy załatwił sprawy, których sam powinien pilnować? Nie bawisz się na imprezie, kopiesz go pod stołem, żeby więcej nie pił. Myślisz: „Czemu siedzi z boku? Może już wypił? Gdzie schował butelkę?” Jeśli tak, to ten artykuł jest dla ciebie i o tobie.

Zawsze sobie radzisz. Jeśli on roztrwoni wszystko i nie masz na mleko dla dzieci, pożyczasz od matki emerytki, sprzedajesz biżuterię po babci, nie idziesz na dodatkowe studia, choć pomogłyby ci w karierze. Myślisz, że to ostatni raz, ostatnie twoje poświęcenie. Ale alkoholik, hazardzista, każdy uzależniony, wywoła kolejny kryzys. Będzie tak, dopóki się z nim nie rozstaniesz. Wmówił ci, że pije, ćpa, gra itd. przez ciebie. Jak będziesz milsza, gospodarna, szczuplejsza, przestanie! Chodzisz więc wokół niego na rzęsach, spełniasz nierealne wymagania, żeby tylko był zadowolony. Ulegasz jego manipulacji, bo tak jak wy teraz żyli też twoi rodzice.

No więc pilnujesz jego spraw, umawiasz do dentysty itd. Napisałaś za niego pracę dyplomową i prosiłaś tylko, żeby przeczytał. Masz czas, bo rezygnujesz z siebie: „Kiedy już go uzdrowię, zajmę się sobą”, ale to „uzdrawianie” nigdy się nie kończy i każdego dnia pochłania tyle sił, że zapominasz o swoich ambicjach. Wierzysz, że poradzisz sobie z jego nałogiem, choć jest coraz gorzej. Ty jednak tego nie widzisz, bo sama już zachorowałaś, jesteś współuzależniona, jesteś koalkoholiczką. I jeśli nawet zdarzy się cud i on przestanie, ty będziesz potrzebowała odwyku od bycia współuzależnioną.

Kiedy on przestaje, ona zaczyna

Kiedy Robert, 36-letni inżynier, przestał pić, w lodówce zaczął znajdować wino. To Ewa, jego żona, do czasu gdy pił abstynentka, zaczęła przynosić alkohol i zapraszać koleżanki.

„Nie pijcie przy mnie – prosił. – Mogę się nie powstrzymać, dla mnie to męka”. Ewa: „Jak piłeś, to byłeś porządnym człowiekiem. Teraz jesteś śmieć, lepiej, żebyś pił”, i potok pretensji: „Nie nadajesz się na męża ani na ojca, tylko do zapłodnienia, a potem wykastrować!” – z byle powodu wszczynała awantury. Robert zwykle wychodził, nie zawiązując nawet sznurówek. Ale ile można wychodzić? Ewa była jedyną kobieta, którą uderzył. Miał tak straszne poczucie winy, że mogła nim dyrygować: „Zrób to, zrób tamto…” .

– Myślałem, że gdy zrozumiem, jak ją skrzywdziłem, pijąc, zmienię się tak, że będzie nam dobrze. Poszedłem więc na AL-Alone, grupę dla współuzależnionych, tam chodzą żony alkoholików – mówi Robert. – Trudno mi było: mężczyzna alkoholik i kobiety ofiary pijaków, ale też ze zdumienia otwierałem oczy, jak bardzo krzywdziłem bliskich…

Po roku na jednym z mitingów wszystkie kobiety jak w transie zaczęły utyskiwać na mężczyzn, że to podłe ludzkie śmieci, a Robert zobaczył w nich Ewę. Żadna, jak i jego żona, nie widziała swojego współuzależnienia, tego, że nie tylko pijak był winny temu, jak wyglądało ich życie. Zaczął namawiać Ewę, żeby teraz ona poszła z nim na miting AA i poczuła jego ból. Wyśmiała go: „Ja jestem ofiarą, ty sprawcą! Ty się lecz, ja jestem zdrowa!”.

Wziął się jeszcze raz w garść i postanowił żyć jak prawdziwy mąż, razem z Ewą gospodarować, pomagać jej, dowiedzieć się, na co idzie pensja, którą jej oddawał. Awantura była straszna. Ewa odmówiła wspólnego gospodarowania i powiedziała, że nie będzie już z nim spać. „Nie zasługujesz na mnie!” – usłyszał.

Ostatnie dwa lata Robert był z nią tylko ze względu na syna, ale gdy Piotruś wykrzyczał mu w twarz: „Wypier….. z domu”, zrozumiał, że chłopak rośnie w atmosferze wrogości i pogardy. Spakował się z poczuciem, że jeśli jeszcze choćby jeden dzień zostanie w domu, to zacznie pić. Do sądu Ewa przyszła w sukience, na szpilkach, z makijażem, piękna. Chciała, żeby widział, co traci. Poczuł się jak śmieć. Ale nie poszedł się napić, zadzwonił do sponsora z AA…

Współuzależnienie to adaptacja do złej sytuacji

Zofia Ignatowicz, terapeutka z warszawskiej Poradni Odwykowej „Petra”: – Żona alkoholika marzy, żeby mąż przestał pić, ale jeśli zdarza się ten cud, nie potrafi odnaleźć się w normalnej relacji. Zdrowiejący alkoholik chce sam o sobie decydować, kontrolować siebie. A do tej pory to ona musiała radzić sobie ze wszystkim i z tego czerpała poczucie wartości. Jeśli pozwoli mu być partnerem i prawdziwym mężem, straci to poczucie. Co dostanie w zamian? Wreszcie będzie mogła zająć się sobą, swoimi marzeniami, karierą, urodą, tym, co jej tylko przyjdzie do głowy. Ale ona zawsze żyła sprawami partnera: czemu pije, jak to zrobić, by przestał? I kiedy teraz niczego nie musi i może odpocząć, wpada w panikę: dopada ją poczucie pustki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. A to tak jakby jej samej nie było... Z łatwością odganiała od siebie to przerażające poczucie, kiedy żyła na baczność, skupiona na pokonywaniu kolejnych kryzysów. Łatwo pozbywała się rozpaczy z powodu tracenia samej siebie, strachu przed tym, który ją krzywdził i złościł, bo miał kochać, a zdradza z butelką. Uciec przed tymi emocjami umie tylko w jeden sposób, dalej chce partnera kontrolować. Przeżyła z nim straszne chwile, pragnie zadośćuczynienia, a jeśli tego nie dostaje, prowokuje męża, aby się napił.

Mój tata pił jak mój mąż

Zofia Ignatowicz: – Istotą współuzależnienia jest adaptacja do życia w złych warunkach, w nieprawidłowej relacji z najbliższą osobą. Ta adaptacja zazwyczaj zaczyna się w dzieciństwie, bo osoby współuzależnione pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których jedno z rodziców piło, ćpało, stosowało przemoc lub chorowało psychicznie. Już więc w dzieciństwie nauczyły się uważać na każde słowo, bo byle co mogło spowodować wybuch. Nauczyły się nie liczyć na troskę bliskich, a raczej spodziewać złego traktowania. Ponieważ dobrych relacji nie poznały, kiedy dorosną, nie uciekają przed tym, kto się awanturuje, jest niegodny zaufania.

Kobiety wychowane w zdrowych rodzinach po dwóch, trzech latach, jeśli pijak nie zaczyna terapii, odchodzą. Nieważne, czy mają z nim dzieci, wspólne biznesy, czy nie. Wiedzą, że skrzywdziłyby dzieci, wychowując je w takim domu, i ile ryzykują, prowadząc interesy z kimś, kto nie panuje nad sobą, bo jest uzależniony.

– Mój tata pił, kiedy byłam mała – mówi Ewa. – Pamiętam, jak szarpie się z mamą na schodach, bo mama nie chce go puścić do kumpli. Albo jak wsiadał na motocykl, a mama na rowerze goniła go przez całe miasteczko… Mama była skupiona na ojcu, wszystko kręciło się wokół niego. Mówiła, że tatuś źle się czuje i dlatego krzyczał, że zgubił nasze pieniążki, bo jest chory. Zawsze go usprawiedliwiała. Miałam 20 lat, kiedy tato pijany wracał do domu i zginął w wypadku. Kiedy poznałam Roberta, nie przeszkadzało mi, że pił, bo pił jak wszyscy. Po ślubie, kiedy urodził się Piotr, chciałam, żeby więcej pomagał i wtedy zaczęły się awantury. Nie wierzę w żadne „współuzależnienie” – kręci głową Ewa. – To wymysły alkoholików, kolejne alibi. Faceci po prostu tacy są. Dlatego po rozwodzie nie szukałam kolejnego męża. Zajęłam się wychowaniem syna, żeby nie był jak jego ojciec, pijakiem, śmieciem.

Z pokolenia na pokolenie

Piotr, syn Roberta i Ewy, ma 24 lata, nie skończył studiów, nie zagrzał dłużej miejsca w żadnej pracy. Kiedy Robert się wyprowadził, cała uwaga Ewy skupiła się na synu. Kontrolowała każdy jego krok, pomagała, krytykowała, pouczała. Piotr uciekł od matki, ożenił się z pierwszą dziewczyną, jaką poznał. Matka nadal dawała mu pieniądze, starała się o przedłużenie urlopu dziekańskiego, załatwiała prace itp. Zażegnywała kryzysy, jakie syn wywoływał, podobnie jak robiła to w przypadku jego ojca.

Niedawno, pierwszy raz od rozwodu, Ewa zadzwoniła do Roberta: „Ratuj Piotra! Ty się na tym znasz, jak to zrobić, żeby przestać pić. Ukrywałam to przed tobą, ale on pije, a teraz jego żona odeszła. Boję się o naszego syna”. Robert miał  pretensje, czemu wcześniej mu nie powiedziała. Ewa broniła się, że chyba umarłaby ze wstydu, mówiąc komukolwiek, że jej syn pije. Była pewna, że sama mu pomoże, oduczy. Ale najwidoczniej złe geny Roberta przeważyły.

Zofia Ignatowska: – Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi. Myśli za nich, radzi im, jest przekonana, że wie, co dla nich najlepsze. Dla dzieci to szczególnie szkodliwe, bo nie pozwala im się rozwijać i usamodzielniać, nie daje przestrzeni i swobody. Nawet gdy mają 30 lat, dyktuje, jaką kanapę kupić do ich mieszkania. Ta wieczna kontrola i krytyka sprzyja temu, by dzieci powieliły wzory dostarczone przez pijącego rodzica.

Uderzyłeś mnie pięścią

Marta, 28-letnia menedżerka, zorientowała się, że Patryk pije, dopiero w dniu ślubu. Spił się jak świnia, a po powrocie do domu nie poszedł z nią do sypialni, pił dalej z kuzynem. Czekała, czekała... Wyszła przez balkon, wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Płakała: „To moja noc poślubna!”. Nie mogła wrócić do rodziców, było jej wstyd. Rano wróciła do Patryka. Zrobił jej awanturę, jak mogła, przecież w domu nocuje jego rodzina i on musiał się z nimi napić! Zaczęła go przepraszać…

Uderzył ją pierwszy raz miesiąc po ślubie. Jako jedyna trzeźwa wiozła do pracy jego i kuzyna. Poprosiła, żeby byli ciszej. Chciał uderzyć ją w twarz, ale trafił w szyję. Kuzyn kazał mu wysiąść i oddał cios: „Poczuj się jak Marta!”. Dalej pojechali we dwójkę. Kiedy Marta wróciła do domu, Patryka nie było. Przestraszyła się, że sobie coś zrobi. Już wcześniej straszył ją, że jest w rozpaczy i się zabije, bo ona jest dla niego niedobra, nie dba o dom, myśli tylko o pracy. Pojechała go szukać, bo czuła, jak musi być mu smutno i źle, przecież nie chciał nic złego, był pijany…

Kiedy wieczorem Patryk wrócił, pokazał jej podbite oko i wykrzyczał: „Zobacz, co mi się przez ciebie stało!”. „Masz przestać pić!” – powiedziała mu. I przez miesiąc nie pił. – Byłam szczęśliwa, zaczęłam myśleć o dziecku i o tym, że powinnam więcej uwagi poświęcać domowi – mówi Marta. – Praca pracą, ale przecież małżeństwo jest ważniejsze. Zaczęłam gotować i nie brałam dodatkowych zleceń. Ale Patryk zawsze miał jakieś „ale” i znów zaczął pić.

Po dwóch latach małżeństwa popchnął Martę tak, że stłukła szybę w drzwiach i pokaleczyła nogę. Uciekła zakrwawiona do koleżanki, a on krzyczał za nią, że to jej wina, bo z byle piwa robi problem, że jest jak jego matka. Wróciła po dwóch dniach, bo się o niego martwiła.

Jeszcze trzy razy wyprowadzała się i wracała. – Przecież Patryk to dobry człowiek, mówiłam sobie – wspomina Marta. – Kiedyś kupił mi wielki kosz kwiatów, grał dla mnie na gitarze, nazywał swoim cudem. Przecież to niemożliwe, żeby się tak zmienił!

Któregoś dnia, kiedy uciekła z domu, zanocowała u przyjaciela ze studiów. Przytulił ją, bo płakała, zaczął całować. – Zachwycał się moim ciałem, był taki delikatny, a ja czułam, jak mi tego brakuje: tej delikatności. Patryk śmierdział alkoholem nawet gdy twierdził, że nie pił, i jak kładłam się z nim do łóżka, to odwracałam głowę… Ale od ślubu z nikim się nie spotykałam: tylko Patryk i Patryk. Wtedy u Jaśka coś mi w głowie przeskoczyło i chyba dzięki temu poszłam do psychoterapeutki.

Koalkoholiczka trzeźwieje

Gdyby stłuczona szyba rozcięła tętnicę udową, a nie kolano, Marta mogłaby się wykrwawić na śmierć. Patryk by jej nie pomógł. Nie martwił się o nią. To ona martwiła się o niego. Terapeutka uświadomiła Marcie, że ryzykuje nie tylko szczęście, ale i życie.

Zofia Ignatowicz: – Kobieta współuzależniona ma zaburzoną ocenę rzeczywistości i myśli, że to tyran potrzebuje pomocy, że sam sobie nie poradzi. Głaszcze go więc po głowie, wierzy, że on się poprawi. Wie, że to mężczyzna, ale traktuje go jak dziecko. Tak zdejmuje z niego odpowiedzialność i wspiera nałóg. Myśli magicznie, nie pamięta, ile razy zdemolował mieszkanie, pamięta tylko, że na pierwszej randce był szarmancki i wierzy, że znów będzie taki cudowny jak wtedy. Nie będzie. Osobowość alkoholika, jego system wartości, zdolności intelektualne i wrażliwość – wszystko ulega degradacji i on staje się manipulantem i egoistą, dla którego alkohol jest najważniejszy. Mężczyzna, z którym ona sypia, nie jest tym, z którym chodziła na randki. Miłych chwil jest coraz mniej, ale ona żyje iluzjami. Jak obudzić się z tego złego snu?

– Terapeutka poleciła mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że stoję przed Patrykiem. Co czuję? Ścisk w żołądku, lęk… Czy takie emocje budzi w nas ten, kogo kochamy? No nie – wspomina Marta. – Podczas terapii zdałam sobie sprawę, że bagatelizuję chamstwo Patryka, usprawiedliwiam go, mówiąc, że pije, bo miał zimną jak butelka wódki matkę i ojca, który nigdy go nie przytulił. Analizuję jego zachowanie po to, by znaleźć uzasadnienie: w pracy ma ciężko i dlatego tak się złości. Ukrywam przed nim siniaki i łzy, żeby mu nie było smutno.

Zofia Ignatowicz: – Pierwszy krok ku ozdrowieniu to zrozumieć, że jest się uwikłaną w destrukcyjny układ. Kolejny to zmiana przekonań z: „kluczem do dobrego życia jest to, żeby on się zmienił” w: „kluczem do dobrego życia jest to, żebym ja się zmieniła i zadbała o siebie”.

Ku wolności

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Do tego natręctwa (np. przymus sprzątania, bo pomaga rozładować napięcie i stres), uzależnienie od leków uspokajających (pomagają pokonać poczucie krzywdy i winy) i depresja, bo rezygnując z realnego wpływu na życie, żyją iluzjami, że zmienią pijaka.

Marta poznała te statystki i to też ugruntowało ją w decyzji o rozwodzie. Musi tylko uniezależnić się finansowo od Patryka. Terapeutka pomogła jej skupić się na tym, jak to osiągnąć.

Zofia Ignatowicz: – Jeśli uda się jej całą energię, jaką wkładała w ratowanie męża, skierować na siebie, szybko zdobędzie to, co zaplanuje. Współuzależnione to silne i mądre kobiety, potrzeba im tylko tego, co daje terapia: zdjęcia z nich poczucia odpowiedzialności za picie męża. I przekonanie, że jeden człowiek nie jest odpowiedzialny za uczucia i zachowania drugiego. Mamy wolną wolę.

  1. Seks

Więźniarki przyjemności. O kobiecym seksoholizmie mówi Katarzyna Miller

Erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. (Fot. iStock)
Erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. (Fot. iStock)
Wbrew obiegowej opinii erotomania nie jest męską domeną. Kobiety na równi z mężczyznami nałogowo świntuszą w Internecie, wpadają w masturbacyjne ciągi, uprawiają seks z przypadkowymi partnerami. A jednak kobiecy seksoholizm to wciąż temat tabu – zwraca uwagę Katarzyna Miller.

Zacznijmy od podstaw: seksoholizm i nimfomania to to samo?
Nimfomania to ciągła, wyniszczająca konieczność uprawiania stosunków płciowych, przesłaniająca inne potrzeby kobiety. Natomiast seksoholizm, czyli uzależnienie od seksu, to coś szerszego. Tylko część osób uzależnionych od seksu dąży do stosunku albo orgazmu – bywa, że nawet kilka razy dziennie. Nałogowe zachowania seksualne mogą być bardzo różne. Można być uzależnionym od romansów, od tego dreszczyku związanego z polowaniem i uwodzeniem, bardziej niż od samego aktu. Seksoholiczką może być więc uwodzicielka, która musi zdobyć każdego mężczyznę, choć nie musi wcale iść z  nim do łóżka.

Można być seksoholiczką i nie uprawiać seksu?
Można. Nałogowe myślenie o seksie też należy do tej kategorii. Seks jest zupełnie normalną częścią życia. Dlatego trudno na pierwszy rzut oka określić, czy coś jest już uzależnieniem, czy nie. Tak samo jak z alkoholem: są ludzie, którzy piją sporo, a mimo to nie są uzależnieni, są też trzeźwi alkoholicy, którzy nie piją wcale, a mimo to są w niewoli nałogu... A więc ktoś uzależniony od seksu może uprawiać seks, może się masturbować, ale może tego w ogóle nie robić. Za to może być na przykład skłonny nadawać seksualne znaczenie sytuacjom, które dla innych takiego znaczenia nie mają. Może ciągle fantazjować o seksie. Każde zachowanie seksualne może być nałogowe, czyli kompulsywne.

Dlaczego uzależniamy się od seksu?
Uzależnienie dopada człowieka, który ma w sobie jakiś brak, wieczne poczucie niespełnienia, jest mu w życiu źle. A przy tym nie widzi drogi wyjścia, czuje się bezradny. Ma niskie poczucie wartości własnej, obwinia siebie o to, że tak, a nie inaczej wygląda jego los, cierpi i nie chce cierpieć. Więc zasłania oczy swojej duszy, zajmuje umysł czym innym. W wypadku seksoholizmu to jest seks. Nawet myślenie o nim potrafi nadać życiu sens na dobrą chwilę. Póki organizm się nie uzależni, za każdym razem dostaje to, o co mu chodzi, czyli oderwanie od cierpienia.

Po jakimś czasie chce się jednak więcej...
Bo następuje faza plateau, czyli jest OK, ale już nie ma tego haju co na początku. Właściwie normalny zdrowy człowiek by już przestał. Ale uzależniony nie może przestać, bo się nie nauczył innych sposobów poprawiania sobie nastroju. A zdążył się przyzwyczaić do tego, że mu się ten nastrój poprawia. Więc zwiększa dawkę. Uzależnienie to nic innego jak nałogowe zachowania regulujące emocje człowieka. To manipulowanie swoimi emocjami. Nie mam zamiaru pracować nad tym, by innymi sposobami, które są pracochłonne, czasochłonne i nie tak skuteczne, to „niebo” osiągać. „Holizmy” dotykają ludzi, którzy chcą mieć niebo na ziemi, i to ciągle.

I zaczyna się staczanie. Bo człowiek uzależnia się od substancji chemicznych wytwarzanych przez jego własny mózg – i realny seks, i tworzenie fantazji mają to do siebie, że w ich wyniku wydzielane są naturalne hormony szczęścia, czyli endorfiny. Człowiek przestaje się kontrolować. Nie baczy na to, czy inni to zauważają, bo ludzie i inne sprawy powoli przestają się w jego życiu liczyć. Zaczyna tracić zdrowie. Nie ogląda świata w całości, widzi tylko to, co go uzależnia. Seksoholizm to szczególnie podstępne uzależnienie, bo pozornie to zwykła fizjologia, a widziałam wielu zniszczonych nim ludzi. Czy to na skutek wielodniowych ciągów masturbacyjnych, czy seksualnych przygód, czy ucieczki od rzeczywistości w różowy świat erotyzmu. W tym ostatnim zwłaszcza przodują kobiety.

Są różne uzależnienia. Dlaczego jedni popadną akurat w alkoholizm, a inni uzależnią się od seksu?
Kiedy myślę o seksoholiczkach, pojawia mi się obraz maskotki rodzinnej. Dziewczynki, która grała rolę kogoś, kto rozładowuje napięcia przez swój urok. Najmłodsza albo przymilna, albo ładniutka. I ona prędzej czy później się orientuje, że ten rodzaj zachowania ściąga uwagę. Ona przez to istnieje. Dorośli często delegują dzieci do takich ról. I taka dziewczynka, dorastając, może kontynuować tę drogę wzbudzania w sobie i otoczeniu erotycznego napięcia. A więc nieustannie fantazjuje, romansuje, uwodzi. Może nawet nie być rozbudzona do dojrzałego seksu, ale być seksoholiczką. Jednak główną przyczyną jest molestowanie seksualne. Na seksoholizm narażone są osoby, które jako dzieci były nadużywane albo uwodzone.

Przeczytałam, że ponad 80 procent seksoholików to właśnie ofiary molestowania w dzieciństwie. To przerażające.
Skala tego zjawiska jest wbrew pozorom ogromna. Warto to podkreślić: wszyscy molestowani mają problem z seksem. Nie wszyscy zostaną seksoholikami, ale muszą ten temat przepracować. Molestowane dziecko czuje lęk, ma poczucie winy, bo wie, że dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Obwinia zwykle o to siebie, a więc do siebie czuje obrzydzenie i nienawiść. Szczególnie gdy molestowanie sprawia mu na poziomie fizycznym jakąś przyjemność. Nie umie sobie poradzić z takim zestawem emocji. Więc często wypiera to, co się działo, a w dorosłym życiu ucieka od seksu w ogóle. Ale może też poczuć, że seksualne zachowania to jedyna droga, by poczuć się ważnym, by zdobyć zainteresowanie. I droga do seksoholizmu otwarta.

Myślałam, że molestowanie to konkretny czyn. Rozszerzasz tę definicję.
Molestowanie seksualne to patrzenie na dziecko jak na obiekt seksualny. Skala jest spora: od nieświadomego nastawienia, myślenia o tym, aż do współżycia. W domach, w których rodzic jest niespełniony seksualnie, atmosfera może być przesycona jego seksualnym pragnieniem. Choć wprost nic się nie mówi, nic się nie dzieje. Ale dzieci mogą to napięcie brać na siebie. Niespełniona matka może zawłaszczać tak synka. Gdy matka jest pozaseksualna, napalony tata zaczyna wysyłać sygnały zainteresowania w stronę córki.

To wystarczy, by została seksoholiczką? To jest tylko grunt. Tak wychowana dziewczynka musi mieć jeszcze ów brak w sobie. Jeśli była nadużywana, zaznała wielkiej ulgi i uczucia nagrody w związku z przeżyciem seksualnym – zwykle wystarczy. Może być też tak, że dziewczyna jest nie za bardzo świadoma albo zainteresowana sprawami umysłu. W pewnym momencie życia czuje: jestem seksualna. Znalazła coś, co ją spełnia. A więc będzie to powtarzać. Jak w słynnym doświadczeniu ze szczurami, które naciskały klapkę pobudzającą ich ośrodek rozkoszy w mózgu tak długo i często, aż zdychały. Uzależnienie to powolne wykańczanie siebie, do zatracenia. Człowiek czuje się bezradny wobec przedmiotu swoich potrzeb. Znałam kobietę, która była zarówno seksoholiczką, jak i alkoholiczką – to się świetnie ze sobą łączy. Została zamordowana w swojej własnej piwnicy. Jakiś menel zabójca ją tam ściągnął. Bo zatraciła instynkt samozachowawczy.

 
Dlaczego tak się dzieje?
Bo zostawia się siebie. Zostawia się tego nieszczęśliwego człowieka, którego mamy wewnątrz, zupełnie samego. Przecież owo nieszczęście, które każe uciekać, trwa, nie zniknęło. Dlatego powstało uzależnienie, że ciągle jest ten robak do zalewania, ten smutek wewnętrzny do zasłaniania innymi doznaniami. I człowiek jest coraz bardziej nieszczęśliwy. Ponieważ wybrał coś, co jest używką, ułudą, zamiast siebie samego. W seksoholizmie nie ma znaczenia, z kim się ciupciasz. Ważne, w umownym sensie, że się wykonuje te śmieszne ruchy. Można to robić ze sobą samym. Kiedy dziewczyna pisze, że wielokrotnie w ciągu dnia doprowadza się do orgazmu, to ja się zastanawiam, co ona w ogóle w życiu robi. Bo wygląda na to, że robienie sobie dobrze stało się dla niej najważniejsze. Czy to już seksoholizm? Być może. Trzeba by wiedzieć, czy ona ma kontakty z ludźmi, czy się czegoś uczy, czy coś ją interesuje. Czy tańczy, pływa, chodzi na spacery? To czasem niezauważalny moment, przekracza się niewidzialną linię. I już nie bardzo można przestać.

Ceną uzależnienia jest to, że przestaje się żyć?
Dokładnie. Dziewczyna zaczyna czuć, że jej ciało jest narzędziem, które potrafi zagwarantować jej przeżycia nie z tej ziemi. Albo to, że wokół niej będzie się coś działo, że będą ludzie. To się często zaczyna już w szkole. Są takie dziewczyny, o których wiadomo, że „dają”. Pozwalają się całować, obmacywać. Często nie są szczególnie ładne, zdolne, fajne. Więc jest to pierwsza rzecz, która sprawia, że się czują wyróżnione, ważne. Nagle chłopcy się za nimi uganiają. Taka dziewczyna jest tym owładnięta, podekscytowana. Jest jak w tunelu. Czasem z niego później nie wychodzi. Bo dysponuje swoim ciałem jak towarem, który inni chcą kupić.

I ma poczucie, że nad nimi panuje.
Ma poczucie mocy i władzy nad mężczyznami, bo każdego uwiedzie, doprowadzi do rozkoszy. I w ten sposób udowadnia swoją wartość. Ale może być też tak, że w seksoholizm popadnie kobieta, która nie ma z seksu satysfakcji fizycznej.

Tylko to, że jest chciana?
Płaci własnym ciałem za chwilę bliskości pozornej. Bo jaka to bliskość, skoro przedmiotowo traktuje i siebie, i swoich partnerów? Ale przez chwilę nie jest sama.

Z tego, co mówisz, jeden typ seksoholiczek to takie, którym chodzi o namiastkę relacji, o poczucie mocy albo władzy. Drugi to kobiety, które potrzebują endorfin, fizycznego rozładowania. Tutaj nie musi być kontaktu z drugim człowiekiem, możliwa jest masturbacja i fantazjowanie.
Tak czy siak jest to głód miłości. Erotomani szukają bliskości i miłości, ale nie potrafią nawiązać satysfakcjonujących związków. Chcą więc to osiągnąć niejako na skróty.

Wiemy, że jest sporo mężczyzn seksoholików. Natomiast seksoholizm kobiet to wciąż tabu. Bardziej pogardza się kobietami, które ulegają nałogom.
Jak długo istnieje patriarchat, tak długo będzie pogarda dla kobiet. Bo kobiety mają służyć facetom. Kobiety szybciej się degradują, ponieważ w ogóle są delikatniejsze w swej fizyczności. I społecznie są traktowane inaczej. Kobieta, która się zdegraduje, spotyka się z potępieniem, spotyka wielu mężczyzn, którzy to wykorzystają. I nie zostaną za to potępieni. Mężczyzna, który się degraduje, spotyka wiele kobiet, które go ratują. To jest wielka, niesprawiedliwa różnica, bardzo dla kobiet niebezpieczna. Dlatego kobietom tak potrzebne są kobiety przyjaciółki. Matki niestety częściej pomogą córce alkoholiczce niż seksoholiczce, bo ta ostatnia w ich mniemaniu „jest dziwką”.

Seksoholizm degraduje, bo człowiek uczy się traktować ludzi przedmiotowo...
Jest mądry film na ten temat – „Lulu”. Młodą dziewczynę wprowadza w świat seksu starszy przyjaciel jej brata. Ale nie zaczyna od tego, że ją całuje, powoli dotyka, by ją oswoić i rozbudzić. Każe jej usiąść na fotelu bez majtek i z podniesioną sukienką... Ogląda ją, a potem goli. Zaczyna ją traktować jak przedmiot seksualny. Ona się na to godzi z miłości, z ciekawości, zawstydzenia, nieświadomości. Oczywiście również w niej musi być jakiś brak, który nie pozwala jej powiedzieć: ja tak nie chcę. I przerwać to. Bo to, co się odbywa, jest molestowaniem. Ale ona o tym nie wie. To dla niej wartość, że on poświęca jej  uwagę, „tyle z nią robi”. Odkrywa więc dzięki niemu swoją seksualność, ale w sposób skrzywiony, perwersyjny. On jest w gruncie rzeczy seksoholikiem, który wyucza ją seksoholizmu. Film pokazuje też eskalację jej choroby prowadzącą do zagrożenia życia.

Można więc źle trafić – po ulicy chodzi wielu chorych ludzi. Chorzy ludzie są nauczycielami, dyrygentami, księżmi, psychoterapeutami, lekarzami... I potem się trzeba leczyć z seksoholizmu. Wcześniej należało się wyleczyć z braku wiary w siebie, braku poczucia wartości, braku miłości. Leczenie się z seksoholizmu jest trudniejsze, bo przez ileś lat człowiek nabiera nawyków. Żeby to naprostować, trzeba naprawdę dużo pracy.