1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Obwiniam system – o ofiarach przemocy domowej rozmawiamy z autorką książki "Śladów pobicia brak"

Obwiniam system – o ofiarach przemocy domowej rozmawiamy z autorką książki "Śladów pobicia brak"

Sarah Everard nie miała krótkiej spódniczki, nie była pijana, szła główną ulicą, a nie boczną… Dostosowała się do „reguł gry”. I chyba właśnie dlatego jej przypadek wywołał taki odzew. Londyn, 13 marca 2021 roku. Transparent „Ona tylko szła do domu”, kwiaty i znicze w miejscu pamięci w Clapham Common. (Fot. Don Rutledge, HANNAH MCKAY/Reuters/Forum)
Pandemia to najgorsze, co mogło się przytrafić ofiarom przemocy domowej – mówiła przed Kongresem USA Rachel Louise Snyder, autorka książki „Śladów pobicia brak”. W rozmowie dla „Zwierciadła” zwraca uwagę na to, że jeśli chcemy pomóc ofiarom , musimy najpierw skupić się na edukowaniu i resocjalizacji potencjalnych sprawców przemocy domowej.

Koordynatorki z polskiej Niebieskiej Linii dla ofiar przemocy domowej donoszą, że na początku pandemii zalała ich fala mejli i telefonów z prośbami o wsparcie. W Stanach było podobnie?
Statystyki dotyczące zgłoszeń przemocy domowej idą w górę, choć nie wiemy, jak bardzo. Za to wiemy więcej na temat statystyk dotyczących wskaźników zabójstw, bo, jak wiadomo, w Stanach mamy fiksację na punkcie posiadania broni. I te dane w każdym większym i mniejszym mieście w Stanach idą drastycznie w górę.

Pandemia to najgorsze, co mogło się przytrafić ofiarom przemocy domowej – dokładnie te słowa wypowiedziałam przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, gdzie niedawno występowałam jako główny mówca w temacie przemocy domowej. Mamy w Stanach przyzwoity system pomocy dla ofiar poważnych incydentów, ale nie jesteśmy zbyt dobrzy w zapobieganiu im. I to jest obszar, na którym powinniśmy się skupić.

Zwłaszcza teraz, podczas pandemii, gdy wiele organizacji pomocowych działa w sieci.
Wyobraź sobie, że jesteś ofiarą przemocy domowej i nagle wszystkie systemy wsparcia, na których mogłaś polegać, przestają działać. Podobnie gdy jesteś osobą stosującą przemoc – co możesz zrobić, gdy wszystkie grupy interwencyjne dla sprawców przeszły do online’u i przestały być obowiązkowe, bo nie ma jak tego odgórnie skontrolować? Ale warto odnotować, że te grupy, które postanowiły działać nadal, rejestrują 80-procentową obecność. To pokazuje, że nie robimy wystarczająco dużo dla sprawców, wolimy trzymać się stereotypu, że przemocowiec nigdy nie przestanie stosować przemocy. Ale jeśli chcemy pomóc ofiarom, musimy się skupić najpierw na nich.

Organizacja UN Women UK ogłosiła w marcu wyniki swojego sondażu: jedna na trzy kobiety w Wielkiej Brytanii doznała przemocy, a cztery z pięciu ankietowanych doświadczyły molestowania seksualnego w miejscu publicznym. Co roku 85 tysięcy kobiet w Anglii i Walii zostaje zgwałconych. Nic dziwnego, że morderstwo Sarah Everard, którą porwał i zabił policjant, gdy wracała do domu, wstrząsnęło opinią publiczną i wywołało falę protestów.
Zobacz, Sarah Everard zrobiła wszystko zgodnie z zasadami: nie miała krótkiej spódniczki, wracała wcześnie do domu, nie była pijana, szła główną ulicą, a nie boczną… Dostosowała się do „reguł gry”, jakie rządzą kulturą gwałtu. I chyba właśnie dlatego jej przypadek wywołał taki społeczny odzew. Już od siebie dodam, że to także kwestia rasy. Była biała, młoda i piękna. Nie słyszymy zbyt często o kobietach z Tanzanii czy Ugandy, które doświadczają przemocy. Krzywda białej dziewczyny nadal silniej przyciąga uwagę opinii publicznej. Wiele kobiet utożsamia się z Sarah, bo prowadzą podobny styl życia, dlatego to tak rezonuje.

W tyle głowy wciąż mi dzwoni, że policjant to ktoś, do kogo mogę zwrócić się o pomoc.
Statystyki dotyczące przemocy domowej, do której dochodzi w domach wojskowych i policjantów, są niemal dwukrotnie wyższe niż przeciętna w społeczeństwie. I dla mnie to jest prawdziwy kryzys. W Stanach spadek zaufania do policji widać od dawna, choćby w ruchach posługujących się sloganem „Defund the police” [„Zlikwidować policję”], które pokazują, że kulturowo i obyczajowo ten system wyrządza nam więcej szkody niż pożytku.

No tak, policja to część systemu, który ma nas chronić, tymczasem zarówno w Stanach, jak i w Polsce spada zaufanie społeczne do władz mundurowych.
Mam wrażenie, że w moim kraju stopniowo obciążaliśmy policję sprawami, za które w ogóle nie powinna być odpowiedzialna, bo nie jest odpowiednio szkolona, czy to w kwestii przemocy domowej, czy radzenia sobie z chorobami psychicznymi. Na szczęście coraz więcej słyszę o eksperymentalnych programach, w których uczestniczą mundurowi. W książce opisuję jeden z nich, w ramach którego policja uczy się negocjacji podczas interwencji, gdy ma do czynienia z uzbrojonym sprawcą. Niestety, „eksperymentalny” oznacza, że te programy wciąż nie są powszechne.

Pozostaje pytanie, jak zmienić system, żeby zaczął działać.
Pomysłów nie brak. Na przykład w Kalifornii działa gorąca linia pomocowa, w której telefony odbierają pracownicy socjalni – gdy dzwoniący nie potrzebuje policjanta, ale właśnie kogoś z pomocy społecznej, to ma do niego bezpośredni dostęp. W taką stronę powinniśmy zmierzać. System powinien uczyć cię rozróżniać, kiedy potrzebny jest ci pracownik socjalny z jego kompetencjami, a kiedy przyda się zaangażowanie ze strony policji.

Nocą po ulicach Waszyngtonu jeździ specjalny wóz, w którym aktywistki społeczne razem z policją odbierają zgłoszenia dotyczące przemocy domowej. W ten sposób obie strony uczą się swojej pracy i nawzajem wspierają. Potrzebujemy alternatywnych rozwiązań, także w więziennictwie. Dysponujemy programami interwencyjnymi dla sprawców przemocy, ale nie ma badań, które wskazywałyby nam, które z nich rzeczywiście pomagają.

W Wielkiej Brytanii sprawcy mogą zadzwonić na specjalną linię, żeby zgłosić przemoc albo chęć jej dokonania i otrzymać wsparcie. Od początku pandemii liczba dzwoniących wzrosła o 65 proc. Nasz system nie ma takim osobom nic do zaoferowania oprócz interwencji i odosobnienia.

Uważasz, że przemoc domowa powinna zostać zakwalifikowana jako przestępstwo z nienawiści?
Jestem wobec tego sceptyczna. Bo kto miałby o tym decydować, na przykład podczas interwencji? Wydaje mi się, że policja nie jest zbyt dobra w radzeniu sobie z nowymi, bardziej zniuansowanymi sytuacjami, które ktoś musi zinterpretować, zanim podejmie działania. Za każdym razem, gdy kładziesz odpowiedzialność na barkach stróżów prawa, nie wiadomo, czy otrzymasz właściwy rezultat. Zwłaszcza że mamy wszystkie potrzebne narzędzia prawne. Za to nie mamy systemu, który stawia na resocjalizację i trwałą zmianę zachowania. Co się wydarzy, gdy zakwalifikujesz czyn jako przestępstwo z nienawiści? W rezultacie sprawca dostanie poważniejsze zarzuty i trafi do więzienia na dłużej. Pojawi się problem masowych aresztowań i przepełnionych więzień. Trzeba inaczej.

Jak?
Nowy Jork ma ciekawe programy dla młodocianych przestępców, takich w wieku 14–22 lat, którzy mają na koncie pierwsze wykroczenie. Jeśli zostanie im postawiony zarzut, powiedzmy przestępstwa z użyciem broni, to zamiast stanąć w kolejce do więzienia, muszą nosić bransoletkę z GPS, pracować w ośrodku kultury i odbywać sesje terapeutyczne.

To trochę pytanie o to, jak wychowywać nasze dzieci. Czy lepiej karać, gdy zachowują się źle, czy chwalić, kiedy zachowują się dobrze? Ja obstaję za tym drugim rozwiązaniem. Wolę wzmacniać dobre zachowania, a nie karać za złe.

W Wielkiej Brytanii sprawcy mogą zadzwonić na specjalną linię, żeby zgłosić przemoc albo chęć jej dokonania i otrzymać wsparcie. Od początku pandemii liczba dzwoniących wzrosła o 65 proc. „Edukujcie swoich synów”. Tysiące ludzi uczestniczą w czuwaniach ku pamięci Sarah Everard. (Fot. Guy Smallman/Getty Images/GALLO IMAGES)

No właśnie, zmiana zachowania powinna zacząć się wcześniej, w domu albo w szkole – w miejscu i momencie, gdy jeszcze wiele można zrobić.
To też jedna z rzeczy, na jakie zwróciłam uwagę podczas mojego wystąpienia przed Kongresem. Nie mamy pieniędzy na edukowanie sprawców przemocy, dlatego tak ważne są programy dla młodzieży, bo uzupełniają to, czego może nie dostali w domu.
Nasz kraj jest podzielony na 50 stanów, co oznacza 50 różnych pomysłów na edukację. W niektórych stanach w ogóle nie bierze się pod uwagę edukacji związanej z przemocą domową, podobnie jak nie ma tam edukacji seksualnej. No, chyba że nazwiemy nią abstynencję seksualną, bo to zalecają w Teksasie [śmiech].

Przed wystąpieniem przed Kongresem rozmawiałam z lekarką z oddziału ratunkowego, która powiedziała mi, że to nie COVID-19 zostanie jej w pamięci z ostatniego roku, ale przypadki przemocy wobec dzieci. Ta pandemia przygotowuje do życia kolejne pokolenie sprawców przemocy i ofiar. Dlatego dla mnie odpowiedź jest jasna: musimy edukować nasze dzieci.

Myślę, że jest i trzecia droga, czyli edukowanie świadków przemocy, by nie bali się reagować.
Nazwij mnie Pollyanną [bohaterka powieści Eleanor H. Potter], ale jestem przekonana, że każdy z nas może wpłynąć na zmniejszenie przemocy na świecie. Czasem wystarczy zapukać do sąsiadów z małymi dziećmi i zapytać: „Hej, może zabiorę twoje dzieci na godzinę na plac zabaw, a ty sobie odpoczniesz?”. To jest coś, co zagubiliśmy w naszej erze nowoczesności i indywidualizmu, czyli odpowiedzialność za wspólnotę i dbanie o siebie nawzajem.

Myślisz, że jesteśmy takimi egoistami, że wolimy się nie mieszać?
Myślę, że tkwi w nas ogromny strach przed tym, by za bardzo się nie zaangażować, ale też by nie wchodzić ludziom z butami w życie, zwłaszcza w Stanach, gdzie każdy ma broń. Dlatego trzeba szukać innych rozwiązań. Nie sądzę, że uda nam się całkowicie rozwiązać problem przemocy domowej, ale kiedy będziemy o tym mówić otwarcie, zarówno między sobą, jak i publicznie – to jest szansa na zmiany. Wierzę w moc ruchów #MeToo, Time’s Up czy brytyjskiego Reclaim the Streets, bo one mają w sobie potencjał wielkiej zmiany społecznej. Tylko potrzeba na to czasu. Jak mówił Mahatma Gandhi: „Nie robię tego, bo chcę zobaczyć zmianę w swoim życiu, tylko po to, żeby doświadczyło jej następne pokolenie”.

Tytuł twojej książki w oryginale brzmi: „To, czego nie wiemy o przemocy domowej, może nas zabić”. Czego ty nie wiedziałaś i czego się nauczyłaś?
Najpierw musiałam zrozumieć, jak niewiele wiem. To był moment prawdziwej pokory. Latem 2010 roku odwiedziłam znajomego, Andre Dubusa. Akurat stałam przed jego domem, kiedy na podjazd podjechała autem jego siostra Suzanne [Suzanne Dubus, córka amerykańskiego pisarza Andre Dubusa seniora, doświadczyła gwałtu, gdy była młodą dziewczyną – przyp. red.]. Rozmowa z nią naznaczyła kolejne lata mojego życia. Suzanne powiedziała mi wtedy, że jej praca polega na przewidywaniu zabójstw w wyniku przemocy domowej, jeszcze zanim do nich dojdzie. Nie wierzyłam, że jest tak źle, że takie badania są nam w ogóle potrzebne. Stałam na tym podjeździe, a Suzanne obalała kolejne stereotypy w mojej głowie. Na przykład taki, że schroniska dla kobiet są dobrym miejscem na ucieczkę od sprawcy albo że policyjne interwencje są właściwą odpowiedzią na przemoc domową. Ten temat mnie zafascynował, dziś nie wyobrażam sobie pisania o czymkolwiek innym.

Jest coś, co z perspektywy ofiary łączy przemoc domową z każdą inną przemocą. To niemożliwość decydowania o sobie. Dziwnym trafem dotyka ona głównie kobiet i dzieci.

W dodatku to kobiety i dzieci muszą przed nią uciekać.
Choćby do wspomnianych już schronisk. Nie myślałam nigdy, jak destrukcyjnym środowiskiem może być takie miejsce. Dlaczego zmuszamy ofiary do uciekania z własnych domów, z ich życia, do miejsc czasem oddalonych o kilkaset kilometrów od ich szkół i pracy? Jakby wraz ze zgłoszeniem przemocy domowej tracili prawo do bezpiecznego miejsca. Dlaczego to oni mają aż tyle poświęcić? Umieśćmy w tych schroniskach mężczyzn i stwórzmy im jakiś rodzaj programu naprawczego. Nie trafią do więzienia, ale nie będą mogli uciec od odpowiedzialności za swoje czyny. Mówię o mężczyznach, bo to oni w znakomitej, przytłaczającej większości są sprawcami przemocy, w tym przemocy domowej.

Piszesz, że rocznie w Stanach ginie około 1200 maltretowanych kobiet. A mimo to przemoc domowa to wciąż tabu.
Po ukazaniu się książki zadzwoniło do mnie kilka koleżanek po fachu, dziennikarek poczytnych gazet. Dopiera ta lektura sprawiła, że miały odwagę przyznać się przed drugą osobą, że ich również dotyczy ten problem.
Duże wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z mężczyznami, którzy przychodzą na zajęcia interwencyjne dla sprawców przemocy. Myślałam, że zobaczę bandę potworów. A zamiast psychopatów spotkałam zwykłych facetów, jakich wszyscy codziennie spotykamy. Pomyślałam nawet, że poszłabym z każdym z nich na piwo, wydawali się wręcz sympatyczni. A jednak w ich życiu wydarzyło się coś, co popchnęło ich do przemocy. Często sami mieli trudne dzieciństwo, też byli ofiarami przemocy domowej i potrzebowali pomocy, a system ich zawiódł.

Dlatego ty obwiniasz system?
Kiedy o nich myślę, przychodzi mi do głowy metafora lasu, z jego podziemnym systemem korzeni, za pomocą których drzewa się ze sobą komunikują. Widzimy pojedyncze drzewa, a zapominamy, że wszystkie są ze sobą połączone niewidzialną siecią, którą wysyłają sobie sygnały i wartości odżywcze. My, jako społeczeństwo, też jesteśmy ze sobą połączeni. Niestety, szybko zapominamy, że jesteśmy jednym ekosystemem i że gdy jedno z nas cierpi, to reszta także prędzej czy później będzie cierpieć.

Ty także doświadczyłaś przemocy domowej jako dziecko, ze strony swojego ojca.
Pewnie cię to zaskoczy, ale mam poczucie, że moje doświadczenia z dzieciństwa nie wpłynęły na mnie znacząco. Na pewno nie miały wpływu na to, że zajęłam się tym tematem. Może myślę tak dlatego, że jestem stara i to było dawno temu, a mój ojciec, który różnie mnie traktował, już nie żyje. Powiedziałabym też, że była to raczej przemoc sytuacyjna niż pasmo wydarzeń pasujących do schematu chronicznej przemocy domowej. W tym czasie byłam pełną złości i buntowniczo nastawioną do świata nastolatką, często uciekałam z domu. Gdy dziś wracam do tych wspomnień już jako dorosła kobieta i matka córki, to myślę: „O kurczę, co ja ze sobą wyprawiałam!” [śmiech]. Choć chyba jednak nie byłabym tak surowa wobec siebie jak mój ojciec. Ale z pewnością te doświadczenia sprawiły, że dużo zastanawiałam się nad tym, czym jest przemoc emocjonalna i czy byłabym ją w stanie zidentyfikować, rozpoznać w związku. Chciałam ją zrozumieć, by w przyszłości umieć wyznaczać granice, których nie powinno się przekraczać nawet w rozmowie.

Rozmawiałaś z tatą o tym już jako dorosła osoba?
Ojciec zmarł tuż przed pandemią, ale pogodziliśmy się dużo wcześniej. W końcu był jedynym dziadkiem mojej córki, łączyła ich silna więź i jego strata wciąż jest bolesna. Podczas ostatnich świąt, jakie z nim spędziłam, powiedział mi, że przeczytał moją książkę – a to pierwsza, jaką wziął do ręki, choć na koncie mam ich już kilka. Po lekturze przyznał, że zawsze wymagał ode mnie więcej niż od moich przyrodnich braci i sióstr, bo nie chciał być oskarżony o faworyzowanie. Dlatego był dla mnie bardziej surowy. Po tych słowach wiedziałam, że już więcej nie powie, to tyle i aż tyle z przeprosin, na jakie się zdobył. 

Rachel Louise Snyder amerykańska pisarka i dziennikarka, laureatka licznych nagród za reportaże. Publikowała w „New Yorkerze” i „Washington Post”. Jej książka „Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej” została uznana przez „New York Timesa” za jeden z najlepszych tytułów 2019 roku. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze