1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kreatywne pisanie – co to jest i na czym polega? Wyjaśnia pisarka Andrea Goldsmith

Kreatywne pisanie – co to jest i na czym polega? Wyjaśnia pisarka Andrea Goldsmith

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu – mówi Andrea Goldsmith, australijska pisarka, która debiutuje na polskim rynku. Jakie ma rady dla początkujących pisarzy?

Jak pandemia wpływa na panią jako pisarkę? Dla niektórych to bardzo produktywny czas.
Wiele zależy od tego, gdzie się mieszka. W Melbourne mieliśmy w zeszłym roku najdłuższy, najbardziej surowy lockdown. To były cztery długie, trudne miesiące zamknięcia. Za to dziś praktycznie nie mamy żadnych nowych przypadków zachorowań, żyjemy normalnie, tyle że na dwór wciąż wychodzimy z maską. Ale jest to rzeczywiście dziwny czas.

Niektórzy ze znanych mi autorów spędzają ten czas bardzo produktywnie, nieustannie piszą i wydają, a inni, w tym ja, niekoniecznie. Mam problemy z koncentracją, rozprasza mnie ten wszechobecny niepokój i nadchodzące ze świata ponure wiadomości związane z koronawirusem.

Niektórzy przyznają, że piszą dzienniki pandemiczne, bo to im pozwala zmniejszyć napięcie i dać ujście emocjom.
Odpowiem jako autorka pisząca fikcję. Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu. Dla mnie siła fikcji polega właśnie na tym, że mogę dawać ujście moim emocjom, niepokojom i refleksjom poprzez ludzi, którzy nie są mną, czyli moich bohaterów. Zwłaszcza teraz szczególnie mocno zatopiłam się w fikcji, by odsunąć od siebie lęki i niepokoje. To wygodne: wziąć kilku bohaterów, obdarzyć ich różnymi cechami, doświadczeniami i zawodami, a potem patrzeć, jak sobie radzą na przykład z tematem wygnania i ucieczki. W „Mozaice życia”, która właśnie ukazuje się w Polsce, jest ich kilkoro. Galina, która po śmierci matki decyduje się na zawsze wyjechać z reżimowej Rosji i wybiera Australię, albo Andrew, mozaikarz, który towarzysko odcina się od innych, skoncentrowany na pracy. No i Sylvie, matka Andrew, która odrzuca swój potencjał i możliwości, jakie daje jej życie.

Bohaterowie „Mozaiki życia” wybierają ucieczkę z kraju, od ludzi...
…albo od siebie samych. Tak naprawdę to temat przymusowej migracji wywołał tę książkę. W latach 2012– 2013 Australia wprowadziła surowe i okrutne zasady postępowania z migrantami i uchodźcami. Ludzie przybywający z Afganistanu, Tajlandii i Iraku, wśród nich także przedstawiciele ludu Rohinga, byli demonizowani przez polityków, choć tak naprawdę potrzebowali naszej pomocy. Przecież nikt nie chce uciekać ze swojego kraju, ucieczka jest ostatnią opcją, która ci zostaje. Chciałam zwrócić na to uwagę. Specjalnie usytuowałam fabułę „Mozaiki życia” w latach 80. zeszłego wieku, bo wobec przykładów z przeszłości nabiera się innej perspektywy. Jest tu więc Rosja przed pierestrojką, bo właśnie wtedy Australia otworzyła granice dla uciekinierów ze Związku Radzieckiego. Wtedy przyjęliśmy zupełnie inną postawę.

Ale niewątpliwie jest to także książka o miłości.
Myślę, że nikt nie wie, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami sypialni. Zależało mi, żeby to pokazać. Nie możemy z góry zakładać uczucia, jego braku czy jego końca. Widzę wśród czytelników tendencję, by myśleć, że jeśli ludzie są małżeństwem od wielu lat, to na pewno są najszczęśliwsi na świecie. Albo że jeśli młodzi, jak Galina czy Andrew, nie uprawiają gorącego seksu, to nic z tego nie będzie. Ale prawda jest taka, że ludzi przyciągają do siebie i trzymają razem bardzo różne motywy i potrzeby. Sylvie i Leonard, rodzice Andrew, urodzili się w latach 30., w czasach, gdy wielu gejów wybierało bezpieczne małżeństwo. Ale Sylvie kocha swojego męża, niezależnie od jego orientacji, i chce z nim być. Życie ludzkie nie jest jednowymiarowe, a nasze decyzje oraz intencje często są nieoczywiste i zaskakujące nawet dla nas samych.

Pisanie to także przepisywanie naszego życia, niektórych jego wydarzeń, korzystanie z doświadczenia, zasłyszanych historii. Jak to jest u pani?
Wszyscy moi bohaterowie są wymyśleni, podobnie jak sytuacje, w których się znajdują. Zawsze powtarzam moim studentom: nie piszcie o swoich przyjaciołach i rodzinie, jeśli chcecie, żeby nadal was lubili (śmiech). Autobiograficzne w moich powieściach są pomysły i idee, które chcę rozwijać. Zależy mi, by akcja rozgrywała się w Melbourne, bo tu mieszkam, więc możemy uznać, że miejsce także ma związek ze mną. No i czasem umieszczam w książkach mojego psa, Lottę. Tyle… Choć gdyby się bardziej zastanowić, to jest tego więcej.

Co na przykład?
Moja mama urodziła się w 1928 roku, czyli była niewiele starsza od książkowej Sylvie, i podobnie jak ona była bardzo inteligentną dziewczyną. Na tyle, że gdyby urodziła się chłopcem, wysłano by ją na uniwersytet. Ale jej rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy, więc uznali, że nie będą w nią inwestować. Chciałam sprawdzić, co to znaczyło być moją matką i innymi kobietami z pokolenia urodzonego na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Dałam też Sylvie moje zamiłowanie do czytania listów, zwłaszcza cudzych, bo to trochę jak podglądanie czyjegoś życia przez dziurkę od klucza. Ale poza tym uwielbiam wymyślać historie, to jest to, co czyni mnie powieściopisarką.

Chciała pani zostać nią już jako ośmiolatka.
Nauczyłam się czytać jako bardzo mała dziewczynka. Moja pozycja w rodzinie była taka, że musiałam się raczej sama sobą zajmować, więc skupiłam się na książkach. Przez pewien czas nawet marzyłam o tym, by żyć w książce, w historii, którą akurat czytam. W końcu zrozumiałam, że opowieść, którą się zachwycam, ma autora, napisał ją jakiś człowiek. Wtedy już wiedziałam, że chcę pisać, że chcę zostać pisarką. Zaczęłam prowadzić pamiętnik, ale przestałam, gdy weszłam w dorosłość.

Poszła pani na studia, wybrała nauki ścisłe i ostatecznie została logopedką. Praca z dziećmi z porażeniem mózgowym musiała być bardzo wymagająca...
I była, dla mnie i dla nich. Wiedziałam, że ich aparat mowy jest na tyle uszkodzony, że już nigdy nie będą mówić, więc moje zadanie polegało na wypracowaniu z nimi innych form komunikacji. To były bardzo inteligentne dzieciaki, ale z powodu trudności z mówieniem chodziły do specjalnych szkół. Tak się złożyło, że moja decyzja o rezygnacji z pracy na rzecz pisania – w tym czasie pisałam już po nocach i w weekendy – zbiegła się ze zmianami w szkolnictwie. Moi podopieczni wreszcie dostali szansę rozwoju i uczenia się w zwykłej szkole. Uznałam, że to znak i ostatni moment, żeby potraktować pisanie jako priorytet, bo jeśli nie zacznę teraz, to potem już tego nie zrobię.

Jedna rzecz chcieć pisać, a druga – umieć. Jaka była pani metoda?
Piszę od dziecka, dla mnie jest to więc po prostu częścią życia. Zaczęłam od opowiadań i choć były dobre, to wiedziałam, że chcę tworzyć powieści. Jeszcze podczas pracy logopedycznej napisałam dwie książki „na próbę”. A potem już jako pełnoetatowa pisarka – swój pełnoprawny debiut, czyli powieść „Gracious Living”.

Coś pani wyznam. Pracy nad pierwszą książką towarzyszy uczucie niesamowitej wolności. Nikt przecież nie wie, kim jesteś, nikt się po tobie niczego nie spodziewa. Można napisać, co się chce, w sposób, w jaki się chce. Ale już przy drugiej powieści było inaczej – czytelnicy mnie znali, pojawiły się oczekiwania, wręcz czułam, że ktoś mi zagląda przez ramię.

Dziś uczy też pani, jak pisać...
Warsztaty kreatywnego pisania przyciągają wielu chętnych, i dobrze. Chciałabym jednak zaznaczyć, że tego typu zajęcia czy programy nie pokazują, jak zostać pisarzem. Jeśli masz być pisarką, to po prostu nią będziesz. Ale za to dzięki takim warsztatom masz szansę, jako początkujący pisarz, poznać osoby, które piszą i utrzymują się z tego, a czasem mają już kilka książek na koncie. Dla mnie to też ciekawe, bo podczas trwania takiego programu lub po nim, mogę zdecydować, czy chcę kogoś prowadzić dłużej, być jego czy jej mentorem. I to jest fascynująca współpraca.

Niektórzy nauczyciele uważają, że każdy powinien pisać. Sądzi pani, że to dobre ćwiczenie, by radzić sobie z emocjami, ale też by lepiej rozumieć siebie?
Uważam, że wszelkie kreatywne ćwiczenia to wspaniały sposób, by spróbować zrozumieć siebie, ale także odkryć swoje miejsce na Ziemi. Takim ćwiczeniem jest pisanie na przykład dziennika.

Moim drugim obszarem zainteresowań i ogromną pasją jest muzyka. Głęboko wierzę, że ona też ma moc ratowania, zwłaszcza tych, którzy przechodzą ciężkie chwile. Główny bohater książki, nad którą teraz pracuję – choć nie jest muzykalny – gdy pewnego dnia słyszy muzykę w restauracji, jest zachwycony, daje się jej porwać. To moment zwrotny w jego życiu.

Co potem się dzieje?
Mogę zdradzić jedynie, że zakochuje się w kobiecie 15 lat od niego starszej. Zawsze chciałam coś takiego napisać! Ale wracając do twórczych ćwiczeń... Znam osoby, które od stresu i napięcia uciekają w czytanie, zwłaszcza w poezję. Czytam właśnie – na potrzeby tej nowej książki – wiersze polskich poetów. Mam tu tomiki Szymborskiej, Zagajewskiego, Miłosza, Herberta, to jest coś wspaniałego!

Oprócz czytania, sposobem na radzenie sobie ze światem są dla wielu osób ćwiczenia fizyczne, choć ja akurat średnio z tego dobrodziejstwa korzystam. Moja siostra na przykład szyje patchworki... Wiem jedno – bez pasji, bez czegoś, co nas napędza i pozwala odpocząć od innych rutynowych czynności, jest nam w życiu o wiele trudniej.

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej.

Polecamy książkę: „Mozaika życia”, Andrea Goldsmith, Wydawnictwo Harde

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze