1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kąpiele leśne – na czym polega japońska technika shinrin-yoku? Wyjaśnia dr Katarzyna Simonienko

Kąpiele leśne – na czym polega japońska technika shinrin-yoku? Wyjaśnia dr Katarzyna Simonienko

– Las daje ogromne pole do popisu dla psychoterapeutów. Można tu pracować na metaforach, lękach, relacjach. W lesie dużo osób dostrzega odniesienia do swojego życia – to też jest dobry punkt wyjścia, aczkolwiek nie należy przesadzać, żeby nie wejść za głęboko – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, certyfikowana przewodniczka kąpieli leśnych i autorka książki „Lasoterapia” (wyd. Dragon). (Fot. Kamil Simonienko)
Kąpiel leśna to termin, który robi ostatnio furorę. Czym się różni od zwykłego spaceru po lesie, a czym od terapii lasem – wyjaśnia dr Katarzyna Simonienko, psychiatra i certyfikowana przewodniczka takich kąpieli.

Dziś coraz chętniej i częściej chodzimy do lasu. Co zrobić, żeby jak najlepiej wykorzystać taką wycieczkę? W swojej najnowszej książce radzi pani, by iść powoli, z nikim nie rozmawiać, wyłączyć komórkę, a włączyć wszystkie zmysły.
Takie zasady stworzyli japońscy badacze, którzy zajmowali się wpływem kąpieli leśnych na ludzkie zdrowie i samopoczucie. Myślę, że ma to sens, bo jeśli się przyjrzymy technikom relaksacyjnym, których obecnie się używa, chociażby w terapii poznawczo-behawioralnej, to one wszystkie koncentrują się wokół prawidłowego oddechu, relaksacji mięśni i uważności. Podobnie podczas kąpieli leśnych – najważniejsze jest, by wyłączyć mechanizm ruminacji, czyli natrętnego wracania myślami do spraw, które nas zajmują: jestem ja i jest przyroda. Nic więcej przez najbliższą godzinę nie będzie mnie absorbować. Oczywiście to nie jest takie proste, bo czasem im bardziej nie chcemy o czymś myśleć, tym mocniej to nas męczy. Zatem pozwalamy sobie zauważyć ten proces i znowu powracamy uwagą do przyrody.

Druga rzecz to głębokie zaangażowanie zmysłów, co wpływa na układ współczulny i przywspółczulny. W lesie powinien nam się wyostrzyć nie tylko wzrok, ale i słuch, dotyk czy węch. Dlaczego to takie ważne? Bo ciało się wtedy odpręża w całości, inaczej pracują układy krwionośny i oddechowy, inaczej wydzielają się hormony. Spada też poziom cukru, ale nie hipoglikemicznie, on się po prostu normalizuje, dlatego w lesie nie musimy obawiać się na przykład, że zemdlejemy.

Kąpiel leśna tym się różni od zwykłego spaceru, że skupiamy się na relacji z przyrodą, na jej obserwacji i na doznaniach zmysłowych. Podczas spaceru często z kimś rozmawiamy albo mamy słuchawki na uszach. Sama kiedy wychodzę na spacer z psami, całą uwagę skupiam na tym, czy czegoś akurat nie jedzą, czy smycz się nie zaplątała albo czy z naprzeciwka nie nadchodzi inny pies... Zamiast się odprężać, jestem zaabsorbowana różnymi sprawami, więc to wciąż nie jest to.

Ale można też zażywać kąpieli leśnych w towarzystwie: psa, dzieci czy partnera...
Oczywiście. Pod warunkiem że nie będą oni w centrum naszej uwagi. Chodzi o to, byśmy razem współodczuwali kontakt z przyrodą i dali sobie przestrzeń na milczenie czy brak komunikacji. Po fakcie można oczywiście to wszystko przegadać. Tak też się robi w kąpielach leśnych.

A czemu „kąpiel”, a nie „spacer” lub choćby „prysznic”?
Japońskie shinrin yoku można metaforycznie tłumaczyć właśnie jako kąpiel leśną, ale dosłownie chodzi o zanurzenie się w atmosferze lasu za pomocą wszystkich zmysłów. Istotny jest proces zanurzenia, zanurkowania – żeby las nas dogłębnie zamknął w sobie. Kiedy oglądam to, co znajduje się na ściółce, w mchach i runie leśnym, przypominam sobie eksplorowanie rafy koralowej. To jak nurkowanie po skarby ukryte między liśćmi.

A czy grzybobranie może być formą leśnej kąpieli?
Może, jak najbardziej, tylko znów istotne jest nasze nastawienie. Jeśli idziemy na grzyby z myślą, że wreszcie prześcignę teścia, będzie to już troszkę inny mechanizm – ujawni się żyłka myśliwego, leśnego zbieracza, będziemy działać pod wpływem adrenaliny. Jeśli jednak grzybobranie jest dla nas przyjemne dla samego grzybobrania i czerpiemy radość z tego, że po prostu sobie chodzimy, znajdujemy grzyby albo i nie – to rzeczywiście ma znamiona kąpieli leśnej.

To, czy spacerujemy po lasach gospodarczych, czy tych naturalnych, ma znaczenie?
Różnica jest ogromna. Mówię to na podstawie praktyki, bo jeśli chodzi o badania, to jesteśmy dopiero w ich trakcie. Powstaje fantastyczny międzynarodowy projekt badawczy Dr. FOREST, Polska też weźmie w nim udział. Myślę, że wyniki będą jednoznaczne.

Teoretycznie każdy las wydziela substancje aktywne. Natomiast las naturalny jest o wiele bardziej bioróżnorodny, jest tam więc dużo więcej elementów, które mogą na nas oddziaływać. Oraz procesów, do których można się odnieść metaforycznie, a których nie ma w lasach hodowlanych, chociażby dlatego że brakuje tam zamierającego drzewa, samodzielnie wysiewających się siewek, które są potem w różnym wieku, czy drzew dziuplastych. W lasach naturalnych, właśnie dzięki temu, że jest w nich martwe drewno, jest też dużo organizmów nadrewnowych: grzybów, śluzowców, chrząszczy. Gleby są bardziej żyzne, mają bogatszą florę bakteryjną.

Bardzo bym chciała, by lasów naturalnych było w Polsce więcej. Oczywiście lasy mają nam też dostarczać drewna czy papieru – i temu służą lasy hodowlane. Ale już to, że Puszczę Białowieską przekształca się w taki sposób, by stanowiła źródło surowca, zamiast otoczyć ją opieką i pozwolić, by żyła swoim życiem – nie jest dobre. To cudowne i unikalne miejsce. Świetnie poradziłaby sobie z renaturalizacją początkowo zmienionych przez człowieka obszarów, gdybyśmy tylko dali jej trochę odetchnąć.

A jest różnica między kąpielami w lasach liściastych i iglastych?
Jest, i zasadza się ona głównie na kwestii olejków eterycznych. Lasy iglaste wydzielają trochę więcej substancji aromatycznych. Są też korzystniejsze pod względem alergicznym, bo mniej się w nich pyli. Jeśli ktoś ma problemy z drogami oddechowymi, to polecam mu właśnie spacery po lasach iglastych. Natomiast mam wrażenie, że las liściasty dodaje trochę więcej wigoru. Jest najbardziej efektywny wiosną i latem, bo powierzchnie zielone wytwarzają wtedy substancje czynne. Las iglasty jest „czynny“ praktycznie cały rok.

W książce znalazło się rozróżnienie lasoterapii od shinrin yoku. Pisze pani, że ta pierwsza to połączenie kąpieli leśnych ze zdobyczami współczesnych technik psychoterapeutycznych i metod relaksacyjnych.
Shinrin yoku to jest prosty spacer uważnościowy, metoda opracowana w Japonii. Ponieważ to stosunkowo nowa dziedzina wiedzy, niektóre organizacje używają zamiennie określeń „kąpiel leśna” i „terapia lasem”. Trochę jest w tym racji, bo kąpiel leśna ma spory potencjał terapeutyczny, ale Forest Therapy Institute, w którym się kształciłam, mocno te dwie kwestie oddziela; i ja z tym podziałem się zgadzam, bo ma więcej sensu. W technikach terapeutycznych można bardzo dużo uzyskać, dokładając inne elementy do tego, co wynika z samej przyrody. Jej działanie wzmocni praca z oddechem, z ciałem, trening Schultza czy Jacobsona, praca z wyobrażeniami, z przeniesieniem...

Las daje ogromne pole do popisu dla psychoterapeutów. Można pracować na metaforach, lękach, relacjach. W lesie dużo osób dostrzega odniesienia do swojego życia – to też jest dobry punkt wyjścia, aczkolwiek nie należy przesadzać, żeby nie wejść za głęboko, bo to nie jest jednak regularna psychoterapia – nie można czegoś rozgrzebać, a potem zostawić. Dlatego raczej szłabym w kierunku poznawczo-behawioralnym, zmniejszania stresu i napięcia, niż psychoanalitycznym. Przeczuwam, że psychoterapia oparta na relacji z naturą będzie naszą przyszłością.

Czyli można powiedzieć, że kąpiele leśne to jest coś, co każdy z nas może przeprowadzić na własną rękę, a terapia leśna powinna być jednak prowadzona przez terapeutę?
Najważniejsze rozróżnienie jest takie, że terapia dotyczy osób z rozpoznanym zaburzeniem, kąpiele są natomiast dla wszystkich: chorych i zdrowych, a zwłaszcza dla tych, którzy chcą się zrelaksować. Terapia lasem jest idealna dla kogoś, kto boryka się z problemem lub ma za sobą jakieś leczenie, na przykład onkologiczne, jest po stresie czy traumie – i potrzebuje rehabilitacji. Powinna być prowadzona pod okiem specjalisty, chociażby z tego względu, że takie osoby mają bardzo dużą wrażliwość i mogą doświadczyć niepokoju czy zbyt wielkiego pobudzenia. Obok nich powinna znaleźć się wtedy osoba, która kompetentnie zareaguje.

Szukałam w słowniku etymologii słowa „las” i trafiłam na słowo „gaj” obecne we wszystkich językach indoeuropejskich. Pochodzi od prasłowiańskiego słowa oznaczającego: rosnąć, zarastać, leczyć, opiekować się, pozwolić rosnąć. Tak też działa psychoterapia.
W kolejnej książce piszę o tym, że w naszej jako ludzkości relacji z lasem zaszło coś, co jest obecne także w dojrzewaniu czy procesie psychoterapii. Początkowo byliśmy od lasu zależni – tak jak małe dziecko jest zależne od matki. To była matka surowa, karząca, wymuszająca szacunek. Potem poznaliśmy technologie i się przeciwko takiej matce zbuntowaliśmy – stwierdziliśmy, że relacja z nią jest nam do niczego niepotrzebna, mamy przecież antybiotyki, samoloty, rezonanse magnetyczne – właściwie natura jest tylko do wykorzystania i zostawienia. To był swego rodzaju bunt nastolatka. Teraz dorośliśmy i zauważyliśmy, że dojrzałość i samodzielność niekoniecznie musi polegać na odcięciu się od mamy, tępieniu czy wojnie z nią – że zdrowa relacja to niezależność, ale też integracja zależności. Szkoda, że tak późno to zrozumieliśmy, bo już sporo zdążyliśmy zniszczyć.

Mówi pani, że przyroda czy las przypomina pani matkę. Co mnie z kolei przywiodło na myśl moją mamę. Wychowała się blisko lasu. Nauczyła mnie zbierać grzyby i je rozpoznawać. Zawsze mi powtarzała, że w lesie mam się zachowywać cicho. Nie łamać gałązek, nie wzniecać poszycia butami, nie krzyczeć i nie biegać.
Ja byłam wychowywana tak samo. Moi rodzice nie są związani zawodowo z lasem, ale często zabierali nas do lasu na wycieczki. Zawsze powtarzali, że trzeba się zachowywać cicho z szacunku do zwierząt, które tam żyją. Bo jesteśmy u nich w gościach. To wzbudzało moją ciekawość, bo pojawiała się też pewna obietnica – jeżeli będę wystarczająco cicho, to zwierzęta wyjdą z ukrycia i je zobaczę. I tak się wiele razy zdarzyło. Siedziałam sobie w szałasie i nagle przychodziła bardzo blisko sarna i się pasła albo wiewiórki ganiały się po drzewach, a ja trwałam tak w bezruchu długimi minutami. Do dziś wyznaję zasadę, że wchodząc do każdego lasu, nieważne, czy naturalnego, czy hodowlanego, powinniśmy zachowywać się tak, by minimalnie ingerować w życie jego mieszkańców. Czyli szanujemy okresy lęgowe ptaków, nie słuchamy muzyki z odtwarzaczy, nie krzyczymy. Jeśli są przepisy mówiące o tym, że nie należy schodzić ze szlaku, nie robimy tego; jeżeli jest to unikalna część z rzadkimi roślinami – niczego nie zrywamy. Staram się również nie wydeptywać nowych ścieżek i chodzić tylko po tych już wyznaczonych. Ale też nie popadajmy w skrajność, bo bywa, że osoby bardzo wrażliwe na przyrodę czują się w lesie intruzami. A przecież kiedyś żyliśmy w lasach. I nadal możemy, potrzeba tylko szacunku i zrozumienia. Jeśli nie mamy na celu skrzywdzenia natury, ona też nas nie skrzywdzi.

Mnie las od zawsze pociągał, jako dziecko mogłam do woli korzystać z prywatnego lasu wujka i cioci. Stopniowo zaczęłam poznawać coraz więcej osób związanych z lasami, stwierdziłam, że zostanę przewodnikiem leśnym, potem napisałam książkę, a obecnie jestem zaangażowana w wiele działań na rzecz ochrony przyrody. Ale tego wszystkiego nie byłoby, gdybym nie chodziła do lasu i czuła się tam jak intruz. Nie rozwinęłabym takiej miłości.

Podczas pierwszej fali pandemii rekordy popularności bił film dokumentalny „Królestwo”. Pokazuje on, jak na przestrzeni wieków karczowaliśmy lasy i puszcze, niszcząc dom dla dzikich zwierząt. W Internecie krążą filmiki z sarnami chodzącymi ulicami głównych miast, ale też dzikami plądrującymi przyosiedlowe śmietniki. Mówimy, że wkraczają na nasz teren. Tymczasem jest dokładnie na odwrót...
Polecam również serię dokumentalną „Nasza planeta” Davida Attenborough oraz jego film „Życie na naszej planecie” z 2020 roku. Sam ma już prawie 100 lat i pokazuje, jak przez ten czas zmieniło się środowisko. O naszym podejściu do dzikich zwierząt mówi wiele to, co obecnie dzieje się z odstrzałem wilków. Jeśli wilk ma duży teren łowiecki, gdzie jest odpowiednio dużo saren i jeleni, którymi się żywi, będzie trzymał się swojego terytorium. Natomiast jeśli wycinamy lasy i jego rewir zaczyna się kurczyć, on tego nie rozumie. Będzie szukał pożywienia na tym samym obszarze, tylko w innych źródłach. To nie przyroda wchodzi nam do miast, tylko my wchodzimy w przyrodę naszymi miastami. Cała odpowiedzialność leży więc po naszej stronie.

Więcej w książce: „Lasoterapia” Katarzyny Simonienko, wyd. Dragon

Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, certyfikowana przewodniczka kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską, autorka książki „Lasoterapia” (Wydawnictwo Dragon). Swoim pacjentom przepisuje las na receptę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze