1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Belgia – ciekawostki o życiu Belgów i ich mentalności

Belgia – ciekawostki o życiu Belgów i ich mentalności

Gofry belgijskie to jedna z najpopularniejszych słodkich przekąsek, pochodzących z tego kraju. (Fot. iStock)
Belgowie mają do siebie dystans, są pogodzeni z rzeczywistością i zdolni do kompromisów. Może to właśnie sprawia, że choć żyją w niewielkim w porównaniu do sąsiadów kraju, który na dodatek od lat zmaga się z ryzykiem rozpadu – to właśnie w ich stolicy decydują się losy Europy.

Usłyszałam kiedyś rymowankę: „pluie en Novembre, Noël en Décembre”, co w wolnym stylizowanym przekładzie mogłoby zabrzmieć: „kiedy w listopadzie pada, w grudniu Boże Narodzenie przypada”. To tzw. blague belge, czyli francuski dowcip o sąsiadach z północy, z serii: „a wiesz, że w Belgii…?”. Cały smaczek w tym, że opowiedziała mi go przyjaciółka z Brukseli, której z kolei opowiedział znajomy Belg.

I w tej opowiastce zawiera się zespół pożytecznych cech, które warto brać za przykład: poczucie humoru, dystans do siebie i pogodzenie z faktami.

Mentalność Belgów – surrealizm i zwanze

Ola Chirowska mieszka w Brukseli od 30 lat z niewielkimi przerwami, więc to ją poprosiłam o podpowiedzi do tego tekstu. „Od razu przychodzi mi do głowy filozoficzne podejście do pogody i surrealistyczny dowcip” – powiedziała.

O nienarzekaniu na klimat będzie później, bo wpisuje się to w dużo szerszy kontekst, zacznę od specyficznego poczucia humoru. Benoît Poelvoorde, najbardziej popularny belgijski – i zdaniem Michela Hazanaviciusa, reżysera „Artysty”, najlepszy francuskojęzyczny – aktor (u nas znany m.in. z roli Brutusa w „Asteriksie na olimpiadzie” i boga w absurdalnej skądinąd komedii „Całkiem nowy testament”) upatruje jego źródła w tym, że Belgowie mają właściwie trochę „wywalone” na wszystko. „Nie nosimy na ramionach płaszcza z gronostajów jak Francja, która ma wielką historię. Belgia jest jak ziarno groszku. Przy obiedzie możemy obrażać króla, bo mamy to w nosie” – odpowiedział na pytanie, co dla niego oznacza być Belgiem.

Z kolei brukselski dziennikarz Jean-Pierre Stroobants uważa, że belgijski humor to przede wszystkim zdrowe połączenie autoironii, skromności i kpiarstwa. I bez kompleksów przywołuje wpadkę premiera Yves’a Leterme’a sprzed kilkunastu już lat, który na zaproszenie do odśpiewania hymnu państwowego zaintonował… „Marsyliankę”.

Belgijskie poczucie humoru ma wiele twarzy. Przede wszystkim pojawia się podział na bardziej dosadny dowcip waloński i raczej autoironiczny model flamandzki, oraz zupełnie odrębne zwanze w Brukseli, wywodzące się od bajdurzenia czy opowiadanie bzdur. Zwanze ma specyficzny słodko-gorzki koloryt, ale podobno za takie dowcipy obrażają się tylko zrzędy. Jest też ten wspomniany już humor surrealistyczny, którego najlepszym współczesnym przykładem jest Le Chat de Geluck, czyli rysunkowa postać kot autorstwa Philippe’a Gelucka. Znany po prostu jako „Kot” ma wszelkie ludzkie przywary oraz cierpi na otyłość. Poza kilkunastoma komiksami na koncie Kot ma swoją gazetę, profile w mediach społecznościowych i należy do czołówki belgijskich celebrytów.

Dziś jest nawet bardziej popularny niż jego rodak René Magritte, jeden z najwybitniejszych malarzy surrealistów, który wypracował niezależny od paryskiej bohemy styl. Kilka lat temu Magritte doczekał się własnego muzeum w ojczyźnie, które warto odwiedzić niezależnie od fascynacji czy nie awangardą. Nieco ciemne i utrudniające obejrzenie ekspozycji oświetlenie traktuję jako surrealistyczne mrugnięcie oka…

Płaski kraj

Mój płaski kraj z niekończącymi się mgłami, strugami deszczu na dobranoc i niebem tak szarym, że aż trzeba mu przebaczyć – śpiewał Jacques Brel. Rzeczywiście, Belgia ma dość jednostajny klimat, a wycieczkę do Ostendy lepiej zaplanować z myślą o zdrowotnych spacerach po pięknej promenadzie niż wylegiwaniu się na plaży i kąpielach, bo Morze Północne jest sporo chłodniejsze nawet od Bałtyku. Jednak Ola z rodziną spędziła na belgijskim wybrzeżu niejedne wakacje.

To niewątpliwie wpływ jej męża Serge’a, który wspomina, że przed pierwszym zimowym przyjazdem do Polski uprzedzano go, żeby się dobrze ubrał, bo będzie zimno. Nie widział w tym nic nadzwyczajnego, skoro śnieg i mróz, i posłusznie spakował grube swetry. No i mocno tego żałował, bo – jak opowiadał później – Polacy dramatycznie przegrzewają mieszkania. Zatem wożony równie przegrzanym samochodem między domostwami różnych członków rodziny i przyjaciół raz na stracił zaufanie do polskiej percepcji temperatury. (I kiedy podczas pewnej wizyty u nich powiedziałam, że w domu jest zdumiewająco ciepło, Serge przyznał, że to ze względu na mnie…). To prawda, w Belgii jest niby cieplej, ale za to bardziej wilgotno, więc koniec końców wychodzi na jedno.

Mam teorię, że to filozoficzne, a może raczej realistyczne podejście do pogody to element belgijskiej tożsamości, która każe akceptować fakty. I skoro kraj leży akurat w tym miejscu, trzeba to przyjąć do wiadomości. Il faut vivre avec... (fr. trzeba z tym żyć) i jak najwięcej skorzystać. Sądzę, że właśnie dlatego Belgowie chętnie spędzają czas w plenerze i cenią naturę. Nie bez powodu znajduje się tu kilkanaście tysięcy kilometrów ścieżek rowerowych, m.in. ciągnący się ponad 1400 km szlak Ravel, dostosowany także dla spacerowiczów, amatorów jazdy konnej i piechurów, również użytkowników niepełnosprawnych.

Bruksela leży w ścisłej czołówce najbardziej zielonych stolic na świecie, a od 1971 roku co dwa lata na tutejszym Grand-Place, który jest historycznym rynkiem, wykwita dywan o wymiarach 70 x 24 m. Składa się z tysięcy kwiatów begonii i dalii, traw oraz kory, których ułożenie – za każdym razem jest to inny motyw – zajmuje około ośmiu godzin i towarzyszy mu akompaniament muzyczny. Najbliższy dywan jest zaplanowany na 11-15 sierpnia 2022 roku. I jak zwykle na pewno ściągnie masę turystów.

Wśród samych Belgów niezwykle popularny jest też festiwal hiacyntów w lesie Hallerbos. Trwa przez trzy tygodnie i według statystyk kwitnące kwiaty – a mówimy o całych hiacyntowych łąkach – podziwia blisko 10 tys. osób dziennie. Z powodu pandemii już drugi rok z rzędu odwołano oficjalne wydarzenie, tj. nie ma np. specjalnej linii autobusowej, jednak natura nic sobie nie robi z lockdownu i kwiatowe połacie są równie spektakularne jak zawsze.

Warto ustąpić

Z belgijskiego poczucia rzeczywistości wynika również granicząca ze sztuką umiejętność kompromisu. I choć dziś w biznesie promuje się raczej zasadę win-win, to Belgowie – może właśnie dlatego, że tak realistyczni – trzymają się swojej strategii. Nie wiadomo, jaki byłby w innym przypadku los Belgii, która w 1830 roku oderwała się od Królestwa Niderlandów z względu na brak wolności religijnej, a dziś religia katolicka nie jest już żadnym spoiwem dla tak bardzo różniących się od siebie Walonów i Flamandów. Po każdych wyborach w Brukseli długo negocjuje się powstanie rządu federalnego. To właśnie tutaj trwał najdłuższy w Europie, blisko 1,5-roczny, kryzys rządowy. A jednak Belgia wyszła z niego zwycięsko, podczas gdy podobnego rodzaju, choć zdecydowanie krótsze, problemy w Libanie doprowadziły to zwane kiedyś Szwajcarią Bliskiego Wschodu państwo na skraj bankructwa.

Federacyjna struktura (Flandria, Walonia i Region Stołeczny), trzy języki, pałac królewski w pobliżu międzynarodowych organizacji, wielu zagranicznych urzędników w Brukseli – pogodzenie tego wszystkiego wymaga chodzenia na ustępstwa. Ale i stwarza wiele możliwości, a także ciekawych mieszanek kulinarnych.

Należy do nich danie moules-frites, czyli małże z frytkami. I o ile o pochodzenie frytek toczy się spór między Francją a Belgią, to ojczyzną moules-frites jest bezdyskusyjnie ta ostatnia, a dokładniej walońskie miasto Liège, gdzie ponoć zostały podane po raz pierwszy w 1875 roku.

„Niepasujące” do siebie składniki można znaleźć w innym belgijskim specjale, mort subite (fr. nagła śmierć) – nazwijmy go drinkiem na bazie piwa – w którym do charakterystycznego w smaku gueuse dodaje się syrop z owoców granatu. Dziś nie jest to może nic nadzwyczajnego, ale receptura powstała na długo przed aktualną modą na piwa kraftowe i smakowe.

Oba te przykłady bledną jednak wobec połączenia, na pomysł którego wpadł farmaceuta Jean Neuhaus w połowie XIX w. – postanowił mianowicie zabić gorzki smak leków... oblewając je warstwą czekolady. Jego innowacyjność zrobiła z Belgów pierwszych na świecie czekoladziarzy (a Neuhaus należy nadal do najpopularniejszych marek pralinek); to na stołecznym lotnisku Zaventem sprzedaje się najwięcej czekolady na świecie. Ola przysłała mi kiedyś rysunkowy dowcip ze zdaniami, które irytują poszczególne europejskie nacjie. W przypadku Szwajcarów brzmi ono: „belgijska czekolada jest najlepsza”. I nawet trochę ich rozumiem, bo Jean Neuhaus przeprowadził się do Brukseli z... okolic Berna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze