1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pierwsze na szczycie. O polskich taterniczkach w rozmowie z Anną Król

Pierwsze na szczycie. O polskich taterniczkach w rozmowie z Anną Król

Anna Król, autorka książki o pionierkach polskiego taternictwa; Wanda Jeromin nad Morskim Okiem, około 1908 roku. (Fot.Krzysztof Opaliński; zbiory tatrzańskiego parku narodowego w Zakopanem)
Wspinały się, bo chciały, bo miały odwagę realizować marzenia. Wbrew stereotypom, na przekór kpiarzom, pomimo niebezpieczeństw. Anna Król wyruszyła śladami pionierek polskiego taternictwa. Dosłownie i w przenośni.

Wspaniałe są te zdjęcia pierwszych taterniczek. Śledzenie ich życiorysów musiało być przygodą.
Rzeczywiście, trochę przypominało detektywistyczne śledztwo albo wręcz szukanie igły w stogu siana. Czasem ktoś coś powiedział, przekierował do drugiej osoby, wskazał na inne archiwum niż to, w którym szukałam. Raz miałam poczucie, że utknęłam z życiorysem Heleny Dłuskiej, brakowało mi informacji na jej temat. Wtedy przez zupełny przypadek Sylwia Chutnik wspomniała mi o wizycie w Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie i podała nazwisko Dłuskiej, która była przecież siostrzenicą Skłodowskiej-Curie. Dyrektor muzeum skontaktował się z muzeum w Paryżu i z jakimiś dalekimi krewnymi Skłodowskiej. Wygrzebał mi list, który nigdy nie był publikowany, i mi go wysłał. Podobnie było z Różą Drojecką. Opowieść o jej przyjaźni z Jerzym Leporowskim była dla mnie tajemnicą. Dopowiedziała ją jej synowa, mieszkająca dziś w Wiedniu.

Anonimowa taterniczka, lata 20. XX wieku. (Fot.zbiory tatrzańskiego parku narodowego w Zakopanem)

Od czego zaczęła się twoja fascynacja nimi?
Najpierw były ścianka wspinaczkowa i wyjazdy na skałki, do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Potem trafiłam w Tatry i odkryłam, że wspinanie się tam oznacza zupełnie inne emocje. Postanowiłam lepiej poznać te góry i zdecydowałam się na szkolenie taternickie. Właśnie wtedy zaczęłam się interesować pierwszymi taterniczkami. A było ich naprawdę sporo: Helena Dłuska, Wanda Herse, siostry Skotnicówny, Wanda Jeromin, Zofia Paryska, Róża Drojecka, by wymienić kilka z nich. I gdy już wiedziałam, że napiszę o nich książkę, to pomyślałam, że niesamowicie byłoby przejść wszystkie te drogi, po których one się wspinały. Zwłaszcza że dziś mało osób po nich chodzi.

Polskie aktywistki, od lewej: Eugenia Waśniewska, Wanda Stokowska, Wanda Herse (w garniturze), Zofia Tabęcka. Siedzą od lewej: Justyna Budzińska--Tylicka, Helena Zaborowska, Zofia Stankiewicz, Paulina Dicksteinowa, Maria Papieska, około 1904 roku. (Fot.zbiory tatrzańskiego parku narodowego w Zakopanem)

Dlaczego?
Drogi, którymi wspinano się sto lat temu, dziś należą do tak zwanych klasyków. Choć to piękne, trudne i tajemnicze przejścia, często też skorodowane i miejscami niebezpieczne, nie są typowymi drogami sportowymi i nie stanowią wyzwania dla wspinaczy, którzy chcą bić kolejne rekordy. Chyba tylko Zamarła Turnia i oczywiście Mnich wciąż są atrakcyjne dla wspinaczy.

Podczas lektury twojej książki miałam wrażenie, że powielanie dróg, którymi chodziły pierwsze taterniczki i na których często tragicznie kończyły, było dla ciebie sporym wyzwaniem emocjonalnym.
To prawda. Najsilniej to odczułam na Ostrym Szczycie, tam, gdzie wspinały się Jagienka Honowska i Zośka Krókowska. Nazywano je pionierkami samodzielności, bo wspinały się w miejsca niedostępne wówczas dla nikogo. Ich historia wypadku w Kominie Häberleina na Ostrym Szczycie w 1928 roku wydaje mi się najtragiczniejsza, a jednocześnie tajemnicza, bo nie wiadomo do końca, co się stało, nie było świadków, a wypadek zdarzył się na łatwym terenie. Podczas wspinaczki towarzyszyły mi niepokój i nieokreślony lęk.

Anna Król podczas wspinaczki poołudniową ścianą Zamarłej Turni. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Koniec lat 20. w polskiej historii taternictwa jest fascynujący. Coraz więcej młodych kobiet się wspina, zdobywają kolejne szczyty, często brawurowo, choć z naszej perspektywy ich ubiór i sprzęt – swetry, wełniane pumpy i podbite gwoźdźmi trzewiki – ledwo nadawały się na spacer po górach.
Zdecydowanie nie porwałabym się na Zamarłą Turnię z jedną liną i jednym karabinkiem metalowym czy stalowym, a one to robiły. Myślę, że wtedy to wszystko było takie ekscytujące i szalone, bo było pierwsze, nikt tego wcześniej nie robił. Sama lubię wyzwania i robię rzeczy trudne podczas wspinaczki, ale też zawsze staram się mierzyć siły na zamiary. Jasne, zdarzało mi się igrać z niebezpieczeństwem, ale nigdy z widmem śmierci. Choć gdyby spytać tych dziewczyn, pewnie odpowiedziałyby podobnie. To były radosne, pełne energii kobiety.

Od lewek Siostry Marzena i Lida Skotnicówny w towarzystwie Zofii Galicówny. (Fot.zbiory tatrzańskiego parku narodowego w Zakopanem

Co je gnało w góry? Ambicja, ciekawość, rywalizacja czy po prostu potrzeba kontaktu z naturą?
Myślę, że w dużej mierze to ostatnie, choć była też w nich chęć rywalizacji. Widać to po sposobie, w jaki wspinały się siostry Lida i Marzena Skotnicówny. Starsza z nich, 18-letnia Marzena, miała taką idée fixe, żeby robić coś wspólnie w gronie kobiet, wspinać się razem. Jej matka Maria w fabularyzowanej biografii swoich córek „Uśmiech Tatr” cytuje dziennik Marzeny, z którego wynika, że mocno zastanawiała nad swoją przyszłością: czy podporządkować się tradycyjnemu modelowi kobiety, która potrzebuje zaopiekowania, czy może skorzystać z tego dobrego czasu dla kobiet, by zmieniać świat, jednoczyć dziewczyny we wspólnej pasji. Jej młodsza siostra była typem chłopczycy, a że mieszkały w Tatrach, to zamiast chodzić po drzewach, Lidia zaczęła się wspinać. Bardzo utalentowana, w górach robiła niesamowite rzeczy. Miała zaledwie 16 lat, gdy obie z siostrą zginęły w 1929 roku podczas wspinaczki na południowej ścianie Zamarłej Turni.

Zatytułowałaś książkę „Kamienny sufit” i mam wrażenie, że góry były takim sufitem, także społecznym, który kolejne taterniczki próbowały przebić.
Dla mnie ten sufit to są bardziej ograniczenia, które nosimy w sobie. Ale bez wątpienia tamte dziewczyny musiały się też mierzyć z osądem społeczeństwa, z opiniami kolegów, którzy uważali, że kobiety nie nadają się do wspinaczki, bo wcale nie chcą zwyciężać, wolą być pokonane, w końcu to leży w ich naturze.
Wanda Jeromin była dla mnie przykładem kobiety, która musiała w pewnym momencie zrezygnować z siebie i swojej pasji. Wspinała się z największymi, choćby z uznawanym niemal za Boga naczelnikiem TOPR Mariuszem Zaruskim. Ale pojawiły się problemy ze zdrowiem, kłopoty rodzinne i się wycofała. Zaczęła prowadzić sklepik i to był koniec wspinaczki.
Z kolei krótka, ale intensywna kariera Jagienki Honowskiej pokazuje, że wcale nie trzeba ulegać panującym stereotypom, że jak kobieta robi coś typowo męskiego, to musi być „babochłopem”. Jagienka była prześliczną dziewczyną, która uwodziła facetów, niemalże prowadziła ich na sznurku, i jednocześnie rewelacyjnie się wspinała.

Większość pierwszych taterniczek zagrała najważniejszą kartą – w górach straciły życie. W książce piszesz, że góry dają i zabierają. Co ty tam dostajesz i co zostawiasz?
Wciąż czuję, że więcej z gór biorę, niż w nich zostawiam. Góry mnie porządkują i przypominają o miejscu człowieka w świecie, w przyrodzie. Ich widok mnie koi, a jednocześnie jest niepokojący. W górach jesteś tylko gościem, one cię przyjmują, ale musisz przestrzegać ich zasad; wiedzieć, jak się zachować, czego nie robić. Wspinaczka od początku wiązała się dla mnie przede wszystkim z testowaniem siebie: jak bardzo jestem w stanie przesunąć granicę, czy panuję nad swoimi emocjami, co przeżywam, czy się boję.

Pisarka w Dolinie Pięciu Stawów, stylizowana na pierwsze taterniczki. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Boisz się?
Tak, w górach często się boję. Ale mam swoje sposoby na opanowywanie emocji i sprawdzanie, czy to jest coś, co ja chcę robić, czy to jest dla mnie ważne, dlaczego w ogóle to robię. No i mam też swoje mantry – często mówię sama do siebie podczas wspinaczki, coś sobie tłumaczę. Miałam parę takich sytuacji, w których stałam gdzieś na półce skalnej i pytałam siebie: czy ja naprawdę chcę tu być? Wspinaczka jest sportem totalnie pochłaniającym, nie da się wspinać i myśleć o czymś innym. Zanim zrobię jakiś ruch, muszę być pewna, że wiem, jak zrobić kolejny.

Na jednym ze zdjęć w książce widać twoją wysuszoną, otartą dłoń. Co góry robią z twoim ciałem?
Góry nauczyły mnie lepszego panowania nad ciałem – mam na myśli przygotowanie fizyczne, ale też metody jego relaksacji. Pewnego razu wchodziłam z partnerem wspinaczkowym Konradem na Ostry Szczyt, kiedy piękna pogoda w jednej sekundzie zamieniła się w burzę. Zaczął padać lodowaty deszcz, momentalnie zrobiło mi się zimno, miałam zgrabiałe dłonie i palce, prawie ich nie czułam. Siedzieliśmy w kałuży wody, nie mogąc się ruszyć, cała dygotałam. Nagle uświadomiłam sobie, że gdy zacznę oddychać głębiej, to jest szansa, że się odprężę i przestanę się trząść. Łatwo jest poddać się panice i myślę, że to wiele osób zgubiło. Ja dopiero w górach zrozumiałam, że potrafię rozmawiać z moim ciałem i że sobie poradzę, bo wiem, co robić. Czym innym jest kwestia eksploatacji ciała. Z gór zawsze wracam z siniakami, obdrapanymi nogami. Ale te ślady to integralna część mnie.

I ślad twojej siły, sprawności.
Wanda Rutkiewicz miała bardzo duże, mocne i lekko zdeformowane przez lata wspinaczki dłonie. Strasznie się ich wstydziła. Ja już nie maluję paznokci, bo ciągle mam pozdzierane i wysuszone od magnezji. Poza tym ja lubię się ubrudzić, spocić. W górach w ciągu 15 minut od wyjścia ze schroniska jest się już spoconym, a po 15 godzinach – bardzo brudnym [śmiech]. A potem jest ten wspaniały moment zmycia z siebie emocji całego dnia pod prysznicem, wyciszenia. Bardzo wiele przeżyć zapisuje się w ciele. Wspinaczka też.

Fot. Zwierciadlo.pl

Anna Król, pisarka, z wykształcenia teatrolożka. w 2012 roku stworzyła Fundację „Kultura nie boli”, jest pomysłodawczynią i dyrektorką międzynarodowego Big Book Festivalu, kieruje Big Book Cafe. Wspina się, jest taterniczką, niedawno nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się jej książka „Kamienny sufit. Opowieść o pierwszych taterniczkach”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze