1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dla wsi na wsi

Dla wsi na wsi

Monika: "Słyszałam: „Kto ci siedzi z dziećmi?”; „Jaki ten twój chłop dobry, że ci na to pozwala”. Pojawiały się też spekulacje, że łącząc kilka funkcji, z pewnością zaniedbuję rodzinę".(Fot. Radosław Kaźmierczak)
Do aktywności społecznej czy politycznej nie wystarczą tu pasja i poczucie misji. Przydają się gruba skóra i puszczanie uwag mimo uszu. Dzięki temu łatwiej im robić swoje, gdy pojawiają się niekonstruktywna krytyka, protekcjonalne uwagi czy podszepty życzliwych, żeby wracać do domu i zająć się tym, co kobiecie naprawdę przystoi. Poznajcie Monikę, Sylwię i Annę, wiejskie liderki. A może nawet siłaczki.

Polska wieś przechodzi zauważalną transformację. Zwiększa się areał upraw i poziom automatyzacji w gospodarstwach. Zmienia się też struktura ludności – aż 11 proc. mieszkańców wsi to obecnie osoby przybywające z miasta (dane z 2016 roku). Tym, co podlega jednak zdecydowanie zbyt wolnej metamorfozie, jest podejście do kobiet angażujących się w pracę na rzecz lokalnej społeczności. Dosyć szybko natykają się bowiem na szklany sufit – niewidzialną barierę utrudniającą im, zwłaszcza w sferze polityki, dojście do wysokich pozycji, a więc również realnego sprawowania władzy czy możliwości wprowadzania zmian. Pozostaje im najczęściej praca u podstaw i skupianie się na potrzebach swojej wiejskiej społeczności, zwłaszcza jej kobiecej części. Energię wykorzystują w stowarzyszeniach, fundacjach czy kołach gospodyń wiejskich, które przeżywają obecnie renesans. O drodze, którą pokonuje wiele wiejskich aktywistek, opowiadają Monika Dudek, Anna Chrzanowska oraz Sylwia Janczyk z podkrakowskich wsi.

Kobiety kobietom

W kuchni Moniki Dudek wisi makatka z kobietą pokazującą gest Kozakiewicza. Otrzymała ją w prezencie, ponieważ znana jest z wyrażania własnych, często niepopularnych w środowisku wiejskim opinii. Zapytana o to, jak to jest być kobietą aktywną społecznie i politycznie na wsi, odpowiada: – Bardzo trudno. Gdyby nie to, że wierzę w to, co robię, powinnam już milion razy zrezygnować. Kobiety na wsi zawsze mają pod górkę. Finalnie to mężczyźni zostają burmistrzami, dyrektorami czy prezesami. Dlaczego? Winne są układy polityczne oraz powszechne przekonanie, że kobieta matka jest złą kandydatką, bo przecież musi zadbać o rodzinę. Sprawa zaangażowania mężczyzny w wychowanie dzieci i prowadzenie domu nie jest poddawana ocenie społecznej.

Dekadę temu z trzyletnią córką przy boku zakładała Fundację „Kobieta w Regionie”, później z rocznym synem na ręku startowała w wyborach do rady miejskiej. Wygrała. – W tamtym czasie większość kierowanych do mnie pytań oscylowała wokół tradycyjnych obowiązków kobiety. Słyszałam: „Kto ci siedzi z dziećmi?”; „Jaki ten twój chłop dobry, że ci na to pozwala”. Pojawiały się też spekulacje, że łącząc kilka funkcji, z pewnością zaniedbuję rodzinę – wyznaje. – Na szczęście miałam też wsparcie mądrych kobiet. I partnera – mówi. Kobiety działające na wsi w sferze polityki muszą się też mierzyć z protekcjonalnym traktowaniem. – Za mojej kadencji w radzie gminy było nas siedem kobiet na 21 radnych. Dwie były przewodniczącymi komisji, w tym ja, a jedna wiceprzewodniczącą rady. Żadna z nas nie pełniła kluczowych funkcji, w komisji budżetu czy inwestycji. Zajmowałyśmy się głównie kwestiami zdrowia, kultury czy edukacji, ponieważ tak jest przyjęte – wspomina. Podobnie jest w przypadku sołtysek i członkiń kół gospodyń wiejskich, których rolę się marginalizuje. – Na wsiach coraz częściej sołtyskami zostają kobiety. I są w tym świetne! Uważam jednak, że są w tej roli „tolerowane”. Przez mężczyzn stanowisko to, chociaż wymaga dużego zaangażowania, uznawane jest za nie dość dochodowe i niewystarczająco prestiżowe. Dezawuują oni także działania kół gospodyń wiejskich, choć publicznie je chwalą. Ja też usłyszałam kiedyś od jednego z włodarzy, że za bardzo się kojarzę z kulturą ludową. Baby mają piec placki i pomagać w organizacji festynów. Niestety, większość kobiet nawet nie dostrzega problemu.

Czy planuje jeszcze powrót do polityki? – Mam 48 lat – najwyższa pora zająć się sobą, skupić na fundacji i wykorzystać swoje talenty – wyjaśnia. – Zajmujemy się szeroko rozumianą aktywizacją kobiet wiejskich oraz regionem, czyli tym, co jest mi bliskie ze względu na pochodzenie i mieszkanie na wsi, a także wykształcenie etnologiczne – wyjaśnia. Sztandarową imprezą fundacji jest Noc Świętojańska w Tenczynku, folkowe spotkanie nad Stawem Wrońskim. – Organizujemy też warsztaty ekologiczne i konkurs na tradycyjny bukiet Ziele z Ziół oraz warsztaty dla dzieci Leśna Akademia – dopowiada. Dla Moniki kluczowe są także działania na rzecz polepszenia sytuacji kobiet wiejskich. – Fundacja „Kobieta w Regionie” była aktywnym partnerem Stowarzyszenia Doradców Europejskich PLinEU w projektach „Mama wraca do pracy” czy „Kobiety. Liderki. Obywatelki”, a w ramach Projektów Partnerskich Grundtviga przyjęliśmy w Tenczynku kobiety z obszarów wiejskich z Turcji, Irlandii, Cypru, Hiszpanii, Niemiec – wymienia. Na fali przetaczających się przez Polskę strajków kobiet do fundacji zgłosiła się młoda krzeszowiczanka, która chciała wziąć udział w kursie edukatorów seksualnych. – Z ramienia fundacji skierowaliśmy ją na szkolenie i wierzymy, że to dopiero początek naszych działań związanych z podejmowaniem trudnych, nadal często stanowiących na wsi tabu tematów, w tym seksualności. Chcemy także mówić głośno o przemocy wobec kobiet – zapewnia Monika.

Gotowa do akcji

Sylwia Janczyk ma 35 lat, jest mamą, żoną, specjalistką do spraw kadr i płac oraz prezeską fundacji skupiającej się na potrzebach mieszkańców wsi. Ma za sobą niemal dekadę służby w lokalnym OSP, aktywność w miejscowym stowarzyszeniu i nieprzyjemną przygodę polityczną. Mieszka w oddalonych o kilka kilometrów od północnych granic Krakowa Maciejowicach. Chociaż pracuje w mieście, znajduje czas i siłę, aby wykorzystać swój potencjał w działaniach na rzecz lokalnej społeczności. – Im więcej mam obowiązków społecznych, zawodowych i rodzinnych, tym lepiej jestem w stanie się zorganizować. Praca społeczna, czy to na rzecz konkretnych osób, czy wspólnoty lokalnej, to moja pasja – mówi.

Pracuje na rzecz Maciejowic, ale nie zawsze jest jej łatwo działać w tej konkretnej wsi. Chociaż mieszka tu od 14 lat, fakt, że pochodzi z sąsiedniej miejscowości, zdaniem części rodowitych maciejowiczan zamyka jej drogę do objęcia funkcji publicznych, w tym politycznych. Nie jest przecież „swoja”. – Po latach służby w straży pożarnej chciałam działać jako radna. Okazało się, że lokalne powiązania polityczne były zbyt silne. Z obawy, że będę próbowała coś zmieniać, zrobiono wiele, abym przegrała w wyborach samorządowych. Podczas kampanii padło wiele przykrych słów, głównie ze strony mężczyzn – sołtysa i kolegów z OSP. Usłyszałam między innymi, że powinnam iść tam, skąd przyszłam – a więc do rodzinnej wioski. Rozpuszczano także nieprawdziwe informacje na mój temat, że chcę zlikwidować szkołę podstawową lub że jako kobieta nie mam odpowiednich kwalifikacji. Najgorsze jest jednak to, że przeciwko mnie – na prośbę ówczesnego i obecnego wójta – wystartował naczelnik OSP, wtedy jeszcze mój bardzo dobry znajomy. Na wsi to pewny kandydat do wygranej – mężczyzna i strażak – opowiada wyraźnie poruszona.

Próba wejścia do polityki kosztowała Sylwię stratę nie tylko dobrego imienia i znajomości, lecz także jej największej życiowej pasji. – W 2012 roku, gdy zaczynałam przygodę z OSP, byłam pierwszą kobietą strażaczką w gminie. Niektórzy druhowie byli przeciwni mojej obecności i mówili, że nie wyjadą z babą do akcji. W momencie, gdy zrobiłam podstawowe szkolenie strażackie, zdałam najlepiej z całej drużyny szkolenie z komory dymowej i zdobyłam uprawnienia ratownika medycznego, sytuacja się poprawiła. Miałam plany, aby stworzyć kobiecą drużynę pożarniczą, zdobywałam dofinansowanie, pisałam projekty, prowadziłam księgowość jednostki i oczywiście jeździłam na akcje. W momencie gdy pojawiła się polityka, wszystko się rozpadło, nie mogłam zaufać ludziom, którzy mnie oczerniali. Mam swój honor i postanowiłam odejść – mówi ze smutkiem.
Oficjalnie nadal jest członkinią drużyny, ponieważ nie przyjęto jej rezygnacji. W jej szafie wisi mundur bojowy, a jej serce zaczyna szybciej bić, gdy syreny wyją na alarm. Jak sama mówi – strażakiem się jest, a nie bywa, dlatego zdarza się, że jeszcze wyjeżdża na akcje. – Nie jestem osobą, która długo pielęgnuje urazę, więc gdy wiem, że brakuje obsady, jadę do akcji. Po niej wracam jednak do domu, a nie do jednostki jak reszta… – wyjaśnia. Dodaje, że woli myśleć o tym, co przed nią: – Życie toczy się dalej, dlatego nie spoczęłam na laurach i nadal się angażuję w różne akcje lokalne i sama je inicjuję.

Co będzie robić w najbliższym czasie? – Zorganizuję spotkania dla mieszkańców wsi na temat profilaktyki czerniaka – choroby, którą sama, miejmy nadzieję, mam już za sobą. W planach mam też aktywizację kobiet z gminy Kocmyrzów-Luborzyca i Maciejowic – spora ich część nie pracuje zawodowo, ponadto nie ma tu wiele okazji do wyjścia z domu. Jednym z celów mojej fundacji jest też pomoc dzieciom chorym i potrzebującym, między innymi poprzez zbiórki pieniędzy. Zobaczymy, co los przyniesie, bo pomagać trzeba wtedy, gdy to potrzebne, niekoniecznie wedle planu.

Sylwia: „Gdy zaczynałam przygodę z OSP, byłam pierwszą kobietą strażaczką w gminie. Niektórzy druhowie byli przeciwni mojej obecności i mówili, że nie wyjadą z babą do akcji”. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Pięć dekad aktywności

Anna Chrzanowska ma 68 lat i charyzmę oraz energię, której mogą jej pozazdrościć dużo młodsze liderki. Chociaż dawno mogłaby przejść na emeryturę, nadal spełnia się w pracy w Starostwie Powiatowym w Krakowie, a także w działaniach na rzecz lokalnej społeczności w Waganowicach. Przed zmianą ustroju była przewodniczącą związków zawodowych i działała aktywnie w radzie rodziców szkół, do których chodziły jej dzieci. W latach 90. była przewodniczą Rady Gminy Słomniki, potem przez dwie kadencje pełniła funkcję radnej powiatu krakowskiego. W 2006 roku zaczęła działać w lokalnym kole gospodyń wiejskich, któremu od ośmiu lat przewodniczy. Jak sama mówi, żeby być działaczką na wsi, trzeba sporo wytrwałości. – Praca społeczna to zadanie trudne, niewdzięczne, dla osób zdeterminowanych i lubiących ludzi. Na wsi działaczki pro bono często spotykają się z niezrozumieniem i komentarzami typu: „Gdyby nie miała z tego korzyści, toby tego nie robiła”. Trzeba być odpornym na takie opinie, nie zwracać uwagi na malkontentów, tylko robić swoje, aby coś zmienić – wyjaśnia. Zapytana o to, jak znaleźć czas na aktywność na rzecz wsi, mówi pewnie: – Osoby, którym się chce chcieć, są wielozadaniowe – radzą sobie i w domu, i zawodowo, i znajdują czas na aktywność społeczną czy polityczną.
Dodaje jednak, że sporą przeszkodą jest tradycyjny podział ról, zgodnie z którym kobiety zajmują się domem i siedzą cicho, a mężczyźni są decyzyjni i rządzą. – Chociaż coraz więcej jest dokoła sołtysek, nadal zbyt rzadko kobiety zajmują stanowiska na wyższym szczeblu w administracji samorządowej – mówi. Dlaczego? Jak wyjaśnia, muszą one stawić czoła nie tylko kontrkandydatom, ale przede wszystkim stereotypom i układom wspierającym mężczyzn u władzy. – Gdy startowałam w wyborach samorządowych w 2018 roku, przekonałam się, do czego mogą się posunąć mężczyźni. Dwa dni przed zgłoszeniem list do komisji wyborczej burmistrz, którego wiele lat wcześniej wspierałam w wyborach na to stanowisko, zaproponował start przeciwko mnie naczelnikowi OSP. Taka kandydatura to na wsi pewny zwycięzca. On, ze względu na łączącą nas sympatię, nie zgodził się, gdyż było dla niego jasne, że to celowe działanie, aby mi zaszkodzić. Znalazł się jednak inny chętny – opowiada.

Anna: „Na wsi działaczki pro bono często spotykają się z niezrozumieniem i komentarzami typu: „Gdyby nie miała z tego korzyści, toby tego nie robiła”. Trzeba być odpornym na takie opinie, nie zwracać uwagi na malkontentów.(Fot. Radosław Kaźmierczak)

Po przegranych wyborach Anna postanowiła skupić się na kole gospodyń i działaniach na rzecz lokalnej społeczności. W praktyce pokazuje, jak łączyć kilka funkcji i rozciągnąć dobę do maksimum. Pracując zawodowo, przewodniczy kołu, śledzi biuletyn informacji publicznej, w którym szuka komunikatów o dotacjach i grantach, pisze i rozlicza projekty, organizuje wyjazdy i kursy dla kobiet. – Kiedyś koła gospodyń wiejskich kojarzyły się z paniami sprowadzającymi kurczęta i paszę na wieś czy obsługującymi dożynki. W naszych szeregach mamy obecnie trzy pokolenia waganowiczanek. Nie wyparłyśmy się tradycyjnego gotowania czy pieczenia ciast, ale skupiamy się też na własnym rozwoju oraz pomocy charytatywnej. Nasze działania są różnie odbierane. Przeważnie pozytywnie, ale zdarzają się słowa krytyki i zawiść. Co ciekawe, głosy pochodzą nie tylko od mężczyzn, lecz także od innych kobiet – opowiada Anna. Czy pomiędzy gotowaniem, treningami nordic walkingu, wyjazdami na akcje charytatywne mają czas na celebrowanie wyjątkowości kobiecego kręgu? – W naszej siedzibie na piętrze remizy OSP mamy duży stół. Często siadamy przy nim i prowadzimy długie, szczere rozmowy o życiu. Jesteśmy w różnym wieku, ale wspieramy się i po prostu staramy się nawzajem rozumieć. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze