1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Natalia Sadowska – mistrzyni warcabów

Natalia Sadowska – mistrzyni warcabów

Po partiach, podczas których muszę być w ciągłym skupieniu, czuję się, jakbym przebiegła maraton. W warcabach nie można pozwolić sobie na żaden nieobliczony wcześniej ruch – mówi Natalia Sadowska, dwukrotna mistrzyni świata w warcabach stupolowych. (Fot. Artur Jarzecki)
Mecz życia zaczęła od porażki, a mimo to w finale pokonała najlepszą zawodniczkę w historii warcabów kobiecych. I to jeden z wielu niespodziewanych zwrotów akcji w karierze dwukrotnej mistrzyni świata Natalii Sadowskiej, która odsłania przed nami magię gry na stupolowej warcabnicy.

W szkole lepsza była pani z polskiego czy z matematyki?
Stanowczo z matematyki, ale uprzedzając kolejne pytanie, od razu dodam, że nie trzeba mieć umysłu ścisłego, by dobrze grać w warcaby. Znam wiele osób, które w szkole były zdecydowanie lepsze z przedmiotów humanistycznych, a mimo to świetnie sobie radzą na warcabnicy i odnoszą w tym sporcie spore sukcesy. Nie ma żadnych reguł i nie warto kierować się obiegowymi wyobrażeniami. Bez względu na zdolności, jakie przejawia dziecko, trudno na tym etapie określić, czy ktoś ma predyspozycje do warcabów, czy też nie. Przede wszystkim musi pokochać ten sport, poczuć pasję, a później w toku gry nauczy się wszystkiego i wyrobi w sobie cechy prawdziwego warcabisty.

Czyli jakie?
Na przykład dobrą wyobraźnię i pamięć fotograficzną, bo warcabista musi przeprowadzać w głowie obliczenia na osiem, dziesięć ruchów do przodu. A strategię trzeba modyfikować na bieżąco, dostosowując się do posunięć przeciwnika. Możliwości jest bardzo dużo. Wybieram trzy najbardziej prawdopodobne warianty i oczami wyobraźni widzę ich końcowe pozycje. Dopiero wtedy podejmuję decyzję, który z tych scenariuszy będę realizować w dalszej grze. Pozycje i obliczenia mogą się zmieniać z każdym ruchem, dlatego trzeba być kreatywnym i elastycznym. Nie chodzi o odtwarzanie strategii z podręczników, ale przede wszystkim o tworzenie własnych planów i pomysłów na warcabnicę. Najważniejszą cechą jest chyba jednak cierpliwość, bo partie klasyczne trwają średnio pięć godzin, a rekordowa skończyła się dopiero po ponad ośmiu. Jako mała dziewczynka potrafiłam siedzieć nad warcabnicą bardzo długo, wcale mnie to nie nudziło ani nie męczyło, choć na co dzień nie byłam aniołkiem. I to się w zasadzie nie zmieniło. W życiu wciąż często brakuje mi cierpliwości, ale podczas gry mam jej niespożyte pokłady. Tak działa magia warcabów. Wiele badań potwierdza, że dzieci z różnego typu nadpobudliwościami, dzięki nim stawały się opanowane i spokojne, a po roku regularnego grania, problem nadpobudliwości w wielu przypadkach całkowicie znikał. Jest to więc także forma terapii.

Zaczęła pani grać jako siedmiolatka. Zastanawiam się, co tak małą, pełną energii dziewczynkę zachwyciło w statycznych, poważnych warcabach?
To pozory, że warcaby są statyczne i poważne. Spodobała mi się właśnie dynamika tej gry, to, jak szybko mogłam zbijać piony, biec do damki. Od dziecka lubię wygrywać i rywalizacja w warcabach dodawała mi skrzydeł. Na początku dla zachęty tata i dziadek oczywiście dawali mi fory, ale kiedy miałam dziesięć lat, zaczęłam samodzielnie zwyciężać bez żadnej taryfy ulgowej. Od tej pory graliśmy już na poważnie. A im wyższy poziom, tym bardziej okazuje się, że statyczność gry w warcaby jest złudna. To co prawda sport siedzący, ale wymaga świetnej kondycji fizycznej. Po ważnych partiach, podczas których muszę być w ciągłym skupieniu, czuję się, jakbym przebiegła maraton. I nie jest to żart ani przesada. W warcabach nie można pozwolić sobie na żaden nieobliczony wcześniej ruch, a najmniejszy błąd może spowodować przegranie całej partii. W związku z tym przez pięć godzin mózg non stop działa na pełnych obrotach. To ogromny wysiłek dla całego organizmu. Dlatego staram się dbać o kondycję, regularnie ćwiczę, zwracam uwagę na odpowiednio zbilansowaną dietę.

Warcaby, w które gramy w domach, różnią się chyba od tych rozgrywanych na turniejach?
Oczywiście, przede wszystkim te turniejowe mają większą planszę. Standardowa warcabnica ma 64 pola i 12 pionów. Na tej, na której rozgrywane są turnieje, jest 100 pól i 20 pionów. To wiele zmienia. Warcaby stupolowe są bardziej złożone, dają dużo więcej możliwości i pewnie jeszcze bardzo długo nie zostaną rozpracowane, tak jak 64-polowe, w których wielu wariantów można się po prostu nauczyć na pamięć. W grze turniejowej jest to niemożliwe.

A wydaje się, że warcaby to takie prostsze szachy.
Tymczasem szachownica ma tylko 64 pola, jak prostsze warcaby. Ludzie często myślą, że to spokrewnione sporty, ale w rzeczywistości łączy je tylko pole bitwy. To tak jakbyśmy porównywali siatkówkę z koszykówką. Tu i tu jest piłka oraz boisko, ale to koniec podobieństw. Plany gry, ruchy, wszystko jest inne. Choć zapewne szachistów i warcabistów łączą pewne cechy, predyspozycje czy sposób myślenia. Nie oznacza to jednak, że szachista poradzi sobie z grą w warcaby i na odwrót.

Kto był pani pierwszym mentorem w warcabowym świecie?
Na początku nie miałam trenera, byłam samoukiem. Często grałam w turniejach, na których podglądałam innych zawodników i głównie z tych obserwacji czerpałam wiedzę. Nie wstydziłam się pytać, chciałam wiedzieć, gdzie popełniam błędy, co mogę zrobić lepiej. Przez pierwsze pięć lat uczyłam się więc od wszystkich po trochu, oglądałam, jak grają najlepsi. Kiedy zaczęłam już grać zawodowo, trenerzy młodzieży zmieniali się praktycznie co roku. A więc moje umiejętności były sumą różnych doświadczeń, szkół i wiedzy wielu mentorów. Dopiero w 2015 roku zaczęłam trenować z białoruskim arcymistrzem Jewgienijem Watutinem, bez którego nie byłoby chyba moich największych sukcesów. Bardzo mnie zmienił. To najspokojniejszy człowiek na świecie, a ja, zanim zaczęliśmy współpracować, grałam dość agresywnie, na warcabnicy byłam chuliganką. Trener ostudził mój temperament, sprawił, że zaczęłam grać spokojniej, za to bardziej wyrachowanie. To przynosi lepsze efekty.

Przy warcabnicy wydaje się pani wyjątkowo zrelaksowana i pogodna.
Kolega powiedział mi kiedyś, że kiedy gram, wyglądam na złą i niemiłą. Teraz bardziej kontroluję mimikę twarzy i mowę ciała. Nawet w trudnych momentach, gdy sytuacja na planszy nie układa się po mojej myśli, staram się zachować zimną krew i robić dobrą minę do złej gry, aby przeciwnik nie poczuł się zbyt pewnie. To taka zagrywka psychologiczna, ale w środku zawsze jest napięcie i adrenalina, jak w każdym sporcie. Staram się jednak nie kalkulować, nie myśleć o zwycięstwie czy porażce, nie wybiegać w przyszłość. To tylko generuje stres. Warcaby nauczyły mnie bycia tu i teraz, chłodnego, logicznego myślenia, godzenia się z porażkami, ale też sztuki wychodzenia z tarapatów. To się przydaje w życiu, a miniony rok był tego najlepszym przykładem.

Ma pani jakieś konkretne wydarzenie na myśli?
Jak wielu ludzi straciłam główne źródło utrzymania, czyli turnieje warcabowe, i musiałam poszukać innego zajęcia. Dziś pracuję w firmie ubezpieczeniowej jako analityk do spraw operacji z językiem niderlandzkim. To stanowisko także zawdzięczam warcabom, bo dzięki nim nauczyłam się języka – grywałam w barwach holenderskiego klubu MTB Hoogeveen. Obawiałam się etatu, bo dotychczas nie musiałam trzymać się sztywnych ram czasowych każdego dnia. Okazało się jednak, że poradziłam sobie bez problemu. Teraz od 7 do 15 jestem analitykiem, a po godzinach – warcabistką.

Nie przeszło pani przez myśl, żeby zrezygnować z gry?
Nigdy, nawet kiedy po kilku przegranych z rzędu turniejach zdarzały się momenty frustracji. Warcaby od zawsze były moją pasją, grałam, bo chciałam, nikt mnie nie zmuszał, nie popychał w tym kierunku. Do dziś jestem nimi zafascynowana, uwielbiam to, że można je odkrywać bez końca, wciąż jeszcze mnie zaskakują, dzięki nim nieustannie uczę się czegoś nowego. Nie byłabym w stanie z tego zrezygnować.

Na szczęście w tym sporcie górna granica wieku chyba nie istnieje.
Zdecydowanie, choć z moich obserwacji wynika, że kobiety grają zawodowo średnio do 55. roku życia. Tymczasem mężczyźni nawet po siedemdziesiątce wciąż rozgrywają turnieje na wysokim poziomie. Być może ta różnica wynika z tego, że panów jest zdecydowanie więcej w tym sporcie. Bez wątpienia warto grać jak najdłużej. Badania potwierdzają, że nawet rozgrywanie kilku partyjek towarzyskich tygodniowo w podeszłym wieku zapobiega chorobie Alzheimera czy demencji.

To zróbmy test pamięci. Przypomina sobie pani swoją pierwszą wygraną?
Jednym z moich pierwszych ważnych sukcesów wcale nie była wygrana, a zajęcie trzeciego miejsca na mistrzostwach Europy w grze błyskawicznej dzieci do lat 10. Akcja w tej grze jest wartka, każdy zawodnik ma tylko 5 minut + 3 sekundy na każde posunięcie. To były moje pierwsze międzynarodowe zawody. Jadąc na nie, niczego nie oczekiwałam, a już na pewno nie miejsca na podium. To upewniło mnie, że jestem na dobrej drodze i chcę grać w warcaby zawodowo.

Czy warcabistki hucznie świętują zwycięstwa?
Tak, ale dopiero po zakończeniu całego turnieju. Nigdy nie świętowałam pojedynczej partii, bo na tym etapie do pełni ekscytacji jeszcze daleko. Lubię dograć turniej do końca. Każda zwycięska partia oczywiście pobudza produkcję endorfin, ale to jeszcze nie jest wygrana.

Jest pani dwukrotną mistrzynią świata w warcabach stupolowych, ale na koncie tych sukcesów jest znacznie więcej. Który cieszy najbardziej?
Bez wątpienia tytuł mistrzyni świata, który zdobyłam w 2018 roku w Rydze, pokonując Zoję Gołubiewę, szesnastokrotną mistrzynię świata. To najbardziej utytułowana zawodniczka w historii warcabów kobiecych. I na razie bezkonkurencyjna, bo jej największa rywalka ma „zaledwie” siedem tytułów mistrzyni świata. Wygrana z taką legendą na pewno długo będzie smakowała najlepiej.

To także zwycięstwo psychiczne, bo chyba nie było łatwo usiąść do warcabnicy z arcymistrzynią?
Przed meczem miałam mnóstwo obaw. Co gorsza, grę zaczęłam od porażki, ale mimo to do końca wierzyłam w siebie. I to chyba było w tej potyczce ważniejsze niż moje umiejętności warcabowe. Wiem, że brzmi to jak banał, ale wiara w siebie naprawdę czyni cuda, dlatego nieustannie nad nią pracuję. W zdominowanym przez mężczyzn świecie warcabistów musiałam to robić niemal od samego początku. Pierwszy finał w męskim turnieju zagrałam jako siedemnastolatka. Nikt nie traktował mnie poważnie, jako godnego rywala. Tymczasem, choć w rozgrywkach brało udział 11 mężczyzn, to ja 10 partii zremisowałam, a jedną wygrałam.

I zapracowała pani na uznanie.
Moje pierwsze sukcesy w męskich turniejach wywołały raczej zaskoczenie. Do tej pory często słyszę, że jako kobieta jestem fenomenem w świecie warcabistów. Wiele osób wciąż się dziwi, że my także możemy grać mistrzowsko.

A czy dla pani jakaś kobieta jest wzorem do naśladowania, mentorką?
Na ten tytuł zasługuje tylko mama. Jest moją największą fanką, zarówno w życiu, jak i warcabach. Dla niej zawsze jestem najlepsza. Doskonale wie, jak mnie pocieszyć, co powiedzieć, a kiedy wcale się nie odzywać, bo bywają takie chwile, które lepiej przemilczeć. Ma niezwykłe wyczucie. Każdy sportowiec powinien mieć takie wsparcie.

Porażki to te momenty, które lepiej przemilczeć?
Absolutnie nie. Przegrane traktuję jak lekcje, nie wstydzę się o nich rozmawiać. Po każdym nieudanym turnieju analizuję, co poszło nie tak, i wyciągam wnioski. Często to, co wydarzyło się na warcabnicy, omawiamy z drugim graczem od razu, na gorąco, po skończonej partii. Dzięki temu ulepszam swoją grę. Nie rozdrapuję ran, szukam sposobów na to, by uniknąć ich w przyszłości.

Zdarza się pani czasami grać tylko dla przyjemności?
Zazwyczaj gram, by wygrać, ale jeden turniej w roku przeznaczam na przyjemności. Nie dbam o wynik, jadę wyłącznie ze względów towarzyskich, skupiam się na drobnych radościach: spotkaniach ze znajomymi, morskich kąpielach, spacerach po mieście. Po prostu dobrze się bawię. Lubię także rozgrywki z siostrzenicą, która dopiero odkrywa warcabowe niuanse. Wiem, że nieustanne przegrywanie szybko zniechęca dzieci, więc zazwyczaj się podkładam. Widzę jednak, że sama coraz lepiej analizuje grę i wyciąga trafne wnioski ze swoich ruchów. Cieszą mnie jej postępy, a dzielenie się wiedzą sprawia mi przyjemność. Od 2013 roku byłam trenerem kadry młodzieżowej Polski, pandemia jednak wszystko zmieniła. Ze względu na ograniczenia przestałam prowadzić treningi indywidualne, nie ma zgrupowań, szkoleń, turniejów. Wszystko jest w chwilowym zawieszeniu.

Ale zapewne są jakieś plany.
Chciałabym po raz trzeci zostać mistrzynią świata. Oczywiście nie będzie łatwo, ale jak już wspominałam, nieustająco wierzę w siebie.

Natalia Sadowska, warcabistka, pierwsza Polka, która została mistrzynią świata w warcabach stupolowych – tytuł zdobyła w latach: 2016 i 2018. Przygodę z warcabami zaczęła w szkole podstawowej. Od 2015 roku jej trenerem jest białoruski arcymistrz Jewgienij Watutin.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze