1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pema Chödrön: "Praktykuj obecność, zatrzymaj się, weź trzy głębokie oddechy i posłuchaj"

Pema Chödrön: "Praktykuj obecność, zatrzymaj się, weź trzy głębokie oddechy i posłuchaj"

Brak poczucia bezpieczeństwa rodzi w nas lęk, który stale próbujemy zagłuszyć. Dlaczego tak bardzo boimy się niepewności? (fot. iStock)
Czujemy niepokój, ponieważ nieustannie próbujemy odnaleźć grunt pod nogami, a to w zasadzie nigdy się nie udaje. Szukamy wciąż stałego punktu odniesienia, a on nie istnieje. Wszystko jest nietrwałe. – pisze buddyjska mniszka w książce „Rusz z miejsca”. Jak radzić sobie z poczuciem niepewności?

Jedną z metafor ego jest kokon. Siedzimy w naszym kokonie, ponieważ się boimy – boimy się swoich uczuć i reakcji, jakie wyzwala w nas życie. Boimy się tego, co może nas spotkać.

Gdyby jednak strategia uników działała, Budda nie musiałby niczego nauczać, gdyż nasze próby ucieczki od bólu, których instynktownie dokonują wszystkie żyjące istoty, skutkowałyby bezpieczeństwem, szczęśliwością i zadowoleniem, i nie byłoby problemu. Budda zauważył jednak, że właśnie zaabsorbowanie sobą, owo poszukiwanie stref bezpieczeństwa, rodzi straszliwe cierpienie. A to nas osłabia, świat staje się przerażający, a nasze myśli i emocje – coraz groźniejsze.

Istnieje wiele sposobów prezentowania ego, zasadniczo jednak jest ono właśnie tym, o czym mówiłam. Doświadczeniem ciągłej nieobecności. Mamy głęboko zakorzenioną tendencję – prawie przymus – by rozpraszać się, nawet wtedy, gdy na świadomym poziomie nie czujemy żadnego dyskomfortu. Swędzenie, choćby słabiutkie, jest stale obecne w każdym z nas. To taki szum rozdrażnienia, nudy, niepokoju.

Podczas mojego odosobnienia doświadczałam głębokiego niepokoju mimo praktycznego braku zewnętrznych rozproszeń. Wyjaśnienie z perspektywy buddyjskiej jest takie, że czujemy ów niepokój, ponieważ nieustannie próbujemy odnaleźć grunt pod nogami, a to w zasadzie nigdy się nie udaje. Szukamy wciąż stałego punktu odniesienia, a on nie istnieje. Wszystko jest nietrwałe. Wszystko podlega ciągłym zmianom – jest płynne, nieustalone i otwarte. Niczego nie da się przyszpilić, zatrzymać na stałe, tak jak byśmy sobie tego życzyli. To w zasadzie nie jest zła wiadomość, wszyscy jednak jesteśmy zaprogramowani na jej odrzucanie. Absolutnie nie tolerujemy i nie znosimy niepewności.

Wydaje się, że brak poczucia bezpieczeństwa to reakcja ego na zmienną naturę rzeczywistości. Mamy skłonność, by uznawać fundamentalny brak stałego oparcia za skrajnie niekomfortowy. Praktycznie wszyscy znamy uczucie braku bezpieczeństwa i odbieramy je jako coś okropnego. To samo trzyletnie odosobnienie odbywała kobieta, z którą kiedyś bardzo się przyjaźniłam. Coś się jednak między nami wydarzyło i czułam, że mnie nienawidzi. Przebywałyśmy razem w bardzo małym budynku, musiałyśmy się mijać w wąskich korytarzach, nie było szansy na ucieczkę. Ona była na mnie bardzo zagniewana i nie chciała ze mną rozmawiać, a to z kolei wzbudzało uczucie głębokiej niemocy. Moje zwykłe strategie nie działały. Nieustannie czułam ból spowodowany brakiem punktu odniesienia, brakiem pokrzepienia. Wszystkie sposoby, jakich dotąd używałam, by poczuć się bezpiecznie i kontrolować rzeczywistość, zawiodły. Próbowałam wszystkich technik, których sama nauczałam od lat, ale nic nie działało.

Pewnej nocy, kiedy nie mogłam spać, poszłam do sali medytacyjnej i siedziałam tam całą noc. Siedziałam z nagim bólem, prawie zupełnie o nim nie myśląc. I wtedy coś się wydarzyło: pojawił się absolutnie jasny wgląd, ukazujący, że moja cała osobowość, cała struktura mojego ego bazowała na niechęci do wejścia w tę przestrzeń bez oparcia. Wszystko, co robiłam, sposób, w jaki się uśmiechałam i mówiłam do ludzi, to, jak chciałam wszystkich zadowolić – wszystko miało na celu uniknięcie właśnie tych uczuć. Zdałam sobie sprawę, że cała nasza fasada, ten mały spektakl, który odgrywamy, opiera się na unikaniu przestrzeni bez oparcia, które przenika nasze życie.

Ucząc się zatrzymywać, bardzo dokładnie poznajemy to miejsce i stopniowo, stopniowo przestaje ono być zagrożeniem. Zamiast się drapać, zaczynamy być obecni. Nie angażujemy się już w nieustanną ucieczkę przed brakiem poczucia bezpieczeństwa. Wydaje się nam, że stawienie czoła naszym demonom oznacza wyzwolenie jakiegoś traumatycznego przeżycia lub odkrycie, że z całą pewnością nie jesteśmy nic warci. W rzeczywistości to wytrzymanie z owym pełnym niepokoju, drażniącym wrażeniem, że nie ma dokąd uciekać, i odkrycie, że – o dziwo! – nie umieramy, nie rozpadamy się. Tak naprawdę odczuwamy głęboką ulgę i wolność.

Jeden ze sposobów praktykowania obecności to zatrzymywanie się, rozejrzenie się i wzięcie trzech głębokich oddechów. Można też po prostu na chwilę usiąść w bezruchu i posłuchać. Zwyczajnie posłuchać dźwięków w pomieszczeniu. Przez minutę słuchaj dźwięków płynących z pobliża. Przez minutę słuchaj dźwięków dobiegających z oddali. Po prostu słuchaj uważnie. Dźwięk nie jest ani dobry, ani zły. To po prostu dźwięk.

Możliwe, że w doświadczeniu słuchania odkryjesz, że posiadasz zdolność bycia uważnym. Zdolność bycia obecnym i czujnym. Z drugiej strony, może być i tak, że umysł gdzieś podryfuje. Gdy tak się zdarzy – niezależnie od tego, czy przedmiotem medytacji jest oddech, dźwięk, wrażenie czy uczucie – kiedy zauważysz, że twój umysł odpłynął, delikatnie zawróć. Wróć, ponieważ teraźniejszość jest cenna i ulotna, ponieważ bez jakiegoś punktu odniesienia, do którego możemy wrócić, nigdy nie zauważymy naszego rozproszenia, tego, że znów szukamy jakiejś alternatywy dla pełnej obecności, alternatywy dla pozostawania z rzeczami właśnie takimi, jakie są, a nie takimi, jakimi byśmy chcieli, by były.

Fragment z książki „Rusz z miejsca” Pemy Chödrön, Wydawnictwo Zwierciadło.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy.

Rusz z miejsca Pema Chödrön Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze