1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Pokochaj swoją niedoskonałość – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

(Ilustracja: Ada Kujawa)
Nasza prawdziwa natura nie jest ideałem, który musimy osiągnąć – mówi Pema Chödrön. Niezależnie od tego, jakie są nasze przymioty, to one stanowią nasze bogactwo i nasze piękno; to jest to, na co reagują ludzie. Chodzi o odnalezienie prawdziwej natury i mówienie oraz działa­nie w zgodzie z nią.

Fragment najnowszej książki Pemy Chödrön „Życie zaczyna się dzisiaj”

W jednym z wykładów Budda mówi o czterech ro­dzajach koni: doskonałym, dobrym, słabym i bar­dzo złym. Jak mówi sutra [pismo z naukami Buddy – przy. red.] doskonały koń rusza, zanim bat dotknie jego grzbietu; wystarczy cień bata lub cichy szept woźnicy, żeby koń ruszył. Do­bry koń biegnie przy najlżejszym dotyku bata na grzbiecie. Słaby koń nie ruszy, dopóki nie poczuje bólu, a bardzo zły koń nawet nie drgnie, dopóki ból nie przeniknie go do szpiku kości.

Kiedy Shunryu Suzuki przywołuje tę opowieść w swo­jej książce „Zen Mind, Beginner’s Mind” („Umysł zen, umysł początkującego”), mówi, że kiedy ludzie po­znają tę sutrę, zawsze chcą być najlepszym koniem, ale tak naprawdę, kiedy medytujemy, nie ma zna­czenia to, czy jesteśmy najlepszym, czy najgorszym koniem. Co więcej, Suzuki twierdzi, że w rzeczy­wistości, naprawdę okropny koń jest najlepszym praktykującym.

Dzięki ćwiczeniom zrozumiałam, że praktykowa­nie nie polega na byciu najlepszym, dobrym, złym czy najgorszym koniem. Chodzi o odnalezienie naszej prawdziwej natury i mówienie oraz działa­nie w zgodzie z nią. Niezależnie od tego, jakie są nasze przymioty, to one stanowią nasze bogactwo i nasze piękno; to jest to, na co reagują ludzie.

Pewnego razu rozmawiałam z Chögyamem Trung­pą Rinpoczem o tym, że nie jestem w stanie pra­widłowo wykonywać ćwiczeń. Właśnie rozpoczę­łam praktykowanie wadżrajany („diamentowa droga”, czyli praktyka przyjmowania rezultatu jako drogi), której elementem są wizualizacje. Ale nie mogłam niczego zwizuali­zować. Próbowałam i próbowałam, ale nic z tego nie wychodziło. Wykonując tę praktykę, czułam się jak oszustka, ponieważ wydawało mi się to aż tak nienaturalne. Byłam bardzo przygnębiona, po­nieważ miałam wrażenie, że innym udaje się wi­zualizować wszystko i bardzo dobrze sobie radzą. Chögyam Trungpa Rinpocze powiedział: „Zawsze jestem podejrzliwy w stosunku do tych, którzy mówią, że wszystko idzie dobrze. Jeżeli myślisz, że wszystko idzie dobrze, to zazwyczaj jest to przejaw pewnego rodzaju arogancji. Jeśli jest ci za łatwo, to się po prostu relaksujesz. Nie podejmujesz praw­dziwego wysiłku i dlatego nigdy nie dowiesz się, co to znaczy być w pełni człowiekiem”. Tak więc za­chęcił mnie, mówiąc, że póki mamy takie wątpli­wości, nasza praktyka jest dobra. Kiedy zaczniesz myśleć, że wszystko jest doskonałe, i poczujesz sa­mozadowolenie i wyższość nad innymi, zachowaj ostrożność!

Dainin Katagiri Roshi [mistrz zen, z pochodzenia Japończyk – przyp. red.] opowiedział kiedyś o swoim doświadczeniu bycia najgorszym koniem. Kie­dy po raz pierwszy przyjechał do Stanów Zjedno­czonych, był młodym mnichem blisko trzydziestki. Wcześniej przez długi czas przebywał jako mnich w Japonii, gdzie wszystko było precyzyjne, czyste i schludne. W Stanach Zjednoczonych jego ucz­niami zostali hipisi z długimi, brudnymi włosami, w poszarpanych ubraniach i bez butów. Nie lubił ich. Nic nie mógł na to poradzić, po prostu ich nie znosił. Ich styl urągał wszystkiemu, co było dla niego ważne. Mówił tak: „Cały dzień dawałem wy­kłady o współczuciu, a w nocy szedłem do domu i płakałem, ponieważ wiedziałem, że nie ma we mnie żadnego współczucia. Ponieważ nie lubiłem moich uczniów, musiałem pracować o wiele ciężej, żeby rozbudzić moje serce”. Jak mówi Suzuki Roshi w swoim wykładzie, właśnie o to chodzi: zrozumie­nie, że jesteśmy najgorszym koniem, staje się mo­tywacją do tego, żeby bardziej się starać.

W Gampo Abbey mieszkał tybetański mnich, La­ma Szerap Tendar, który uczył nas gry na tybetań­skich instrumentach muzycznych. Mieliśmy czter­dzieści dziewięć dni na naukę muzyki. Myśleliśmy jednakże, że w tym czasie nauczymy się także wie­lu innych rzeczy. Okazało się jednak, że przez czterdzieści dziewięć dni, dwa razy dziennie, uczy­liśmy się tylko gry na talerzach i bębnach. Każdego dnia ćwiczyliśmy na okrągło. Ćwiczyliśmy sami, a potem graliśmy dla Lamy Szerapa, który siedział ze zbolałym wyrazem twarzy. Potem brał nas za rę­ce i pokazywał, jak grać. Potem robiliśmy to sami, a on tylko wzdychał. I tak w kółko, przez czterdzie­ści dziewięć dni. Nigdy nie mówił, że dobrze nam idzie, ale był bardzo miły i bardzo łagodny. Wresz­cie, kiedy było po wszystkim i skończył się nasz ostatni występ, wznosiliśmy toasty i wymieniali­śmy uwagi, Lama Szerap powiedział: „Prawdę mó­wiąc, poszło wam bardzo dobrze. Byliście bardzo dobrzy od samego początku, ale wiedziałem, że jeśli powiem, że dobrze wam idzie, to przestaniecie próbować”. Miał rację. Zachęcał nas do ćwiczeń w łagodny sposób, dzięki czemu nie było w nas zło­ści i nie straciliśmy serca do gry. Wiedzieliśmy, że to on zna się na tybetańskich instrumentach, gdyż grał na nich już jako dziecko, a my po prostu mu­sieliśmy ćwiczyć. Tak więc przez czterdzieści dzie­więć dni naprawdę ciężko pracowaliśmy.

W ten sam sposób możemy pracować sami ze so­bą. Jeśli siedzimy tutaj i uważamy, że nasza medy­tacja, nasze oryoki [praktyka uważności podczas jedzenia – przyp. red.] czy sposób naszego funkcjono­wania w świecie należą do kategorii najgorszych koni, wcale nie musimy być wobec siebie surowi. Możemy okazać zrozumienie i wykorzystać to ja­ko motywację do dalszych prób rozwijania siebie, do odnalezienia własnej prawdziwej natury. Dzię­ki temu nie tylko ją odnajdziemy, ale też dowiemy się czegoś o innych ludziach, ponieważ w głębi ser­ca prawie każdy z nas czuje, że jest najgorszym ko­niem. Możesz uważać, że ktoś jest arogancki lub że ty sam taki jesteś, ale każdy, kto kiedykolwiek choć przez chwilę zachowywał się arogancko, wie, że to tylko przykrywka, pod którą skrywane jest głębokie przekonanie, że jest najgorszym koniem i wciąż próbuje udowodnić, że jest inaczej.

W swoim wykładzie Suzuki Roshi mówi, że medy­towanie i cały proces odkrywania swojej prawdzi­wej natury to jeden nieustający błąd i że zamiast stać się przyczyną depresji czy zniechęcenia, w rze­czywistości staje się motywacją. Kiedy zauważysz, że się pochylasz, niech to będzie powód, żeby usiąść prosto, nie z pogardy dla siebie, ale z poczucia du­my ze wszystkiego, co cię spotyka, dumy z tego, kim jesteś, będąc taki, jaki jesteś; dumy z dobroci, z uczciwości lub z poczucia bycia najgorszym – co­kolwiek o sobie myślisz – z poczucia dumy i wyko­rzystania jej jako bodźca do dalszego działania.

Linia Karma Kagyü, buddyzmu tybetańskiego, w któ­rej szkolą się uczniowie Chögyama Trungpy, jest niekiedy nazywana „linią pomyłek”, ponieważ mą­drzy i czcigodni nauczyciele tej linii raz za razem „dawali popalić”.

Najpierw był Tilopa, który był szalony, kompletnie dziki. Jego najważniejszym uczniem był Naropa. Naropa tak bardzo skupiał się na rozważaniu pojęć i koncepcji i był tak prze­intelektualizowany, że zajęło mu dwanaście lat, od­kąd go potrąciła ciężarówka i odkąd był podda­wany wszelkiego rodzaju próbom przez swojego nauczyciela, aby zaczął się budzić. Był tak skon­centrowany na pojęciach, że gdy ktoś mu coś po­wiedział, on odpowiadał: „O tak, ale z pewnością przez to musisz rozumieć tamto”. Tak działał jego umysł. Jego najważniejszym uczniem był Marpa, który słynął z wybuchowego charakteru. Wpadał w szał, bił ludzi i wrzeszczał na nich. Poza tym był pijakiem znanym z niewiarygodnego uporu. Jego uczniem był Milarepa, morderca! Rin­pocze zwykł mawiać, że Marpa został uczniem dharmy, ponieważ myślał, że może zarobić dużo pieniędzy, przywożąc teksty z Indii i tłumacząc je na język tybetański. Milarepa został jego uczniem, ponieważ bał się, że pójdzie do piekła za to, że mordował ludzi, i był z tego powodu przerażony.

Uczniem Milarepy został z kolei Gampopa (od je­go imienia pochodzi nazwa Gampo Abbey). Gam­popa był arogancki, ponieważ wszystko przycho­dziło mu z łatwością. Na przykład w noc przed pierwszym spotkaniem z Gampopą Milarepa po­wiedział uczniom: „No cóż, jutro przybędzie ktoś, kto ma być moim najważniejszym uczniem. Sowi­cie wynagrodzę osobę, która przyprowadzi go do mnie”. Kiedy Gampopa przybył do miasta, pewna stara kobieta wybiegła na jego widok i powiedziała: „Och, Milarepa powiedział nam, że przybędziesz i że masz zostać jednym z jego najważniejszych uczniów. Chcę, żeby moja córka zaprowadziła cię do niego”. Więc Gampopa pomyślał: „Muszą uwa­żać mnie za naprawdę gorący towar”. Pewny siebie poszedł na spotkanie z Milarepą, przekonany, że zostanie przywitany z wielkimi honorami. Ale Mi­larepa kazał go zamknąć w jaskini i nie chciał go widzieć przez trzy tygodnie.

Jeśli chodzi o najważniejszego ucznia Gampopy, pierwszego Karmapę, wiemy o nim jedynie, że był wyjątkowo brzydki. Mówiono, że wyglądał jak mał­pa. Ponadto znana jest opowieść o nim i trzech in­nych najważniejszych uczniach Gampopy, którzy zostali wyrzuceni z klasztoru za pijaństwo, śpiewy i tańce oraz łamanie klasztornych reguł.

Każdemu z nas może to dodać otuchy. Oto siedzą przed nami mędrcy, przed którymi się kłaniamy. Możemy oddawać im pokłony, gdyż stanowią przy­kład mądrości oświeconego umysłu, ale być może warto kłaniać się im także dlatego, że są zagubieni, zdezorientowani, nerwowi – tak samo jak my. Sta­nowią dobry przykład ludzi, którzy nigdy nie zre­zygnowali z siebie oraz nie bali się być sobą i dzięki temu odnaleźli swoją prawdziwą wartość i swoją prawdziwą naturę.

Rzecz w tym, że nasza prawdziwa natura nie jest ideałem, który musimy osiągnąć. To jest to, kim jesteśmy właśnie teraz, z kim możemy się zaprzy­jaźnić i świętować.

Życie zaczyna się dzisiaj Pema Chödrön Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze