1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Manufaktura Majolika w Nieborowie – powrót do przeszłości ze współczesnym sznytem

Kubki ze wzorami zapożyczonymi z delftów, kafli w stylu holenderskim. Zdjęcie obok: Nunu Radziwiłł, Teresa Tarnowska i Michał Grzegorczyk (Fot. Robby Cyron)
Zobacz galerię 17 Zdjęć
Choć tuż obok działa muzeum, zrewitalizowana manufaktura w Nieborowie nie odtwarza z muzealnym zacięciem tego, co już było. Przeszłość jest dla tego miejsca i tworzących je ludzi dobrym punktem odniesienia, nie ograniczeniem. 140-letnia tradycja spotyka się tu ze współczesnością i ze świeżością spojrzenia.

Maufaktura Majolika w Nieborowie. Adres: aleja Lipowa 35, Nieborów – w połowie drogi między Łodzią a Warszawą, do pobliskiego Łowicza jest stąd kwadrans. Zabytkowy pawilon, w którym działa manufaktura Majolika Nieborów, stoi na pałacowym dziedzińcu, kilkaset metrów od granicy ogrodu w stylu francuskim i barokowego pałacu. W pomieszczeniach służących za pracownie i magazyny na półkach i stołach piętrzą się nie tylko gotowe wyroby manufaktury, lecz także stosy biskwitu (porcelanowej ceramiki po pierwszym wypaleniu), surowych glinianych naczyń jeszcze przed włożeniem ich do pieca czy masywnych gipsowych form, z których robi się odciski i odlewy. Z początku wydaje się, jakby czas, tak jak w pałacu i na dziedzińcu, także tutaj stanął w miejscu. Trzeba chwili, żeby to pierwsze wrażenie ustąpiło zupełnie innemu.

Kredens z biskwitowymi misami i paterami (Fot. Robby Cyron)
Teresa Tarnowska wyjmuje surowe naczynie z formy. (Fot. Robby Cyron)
Gotowe owalne miseczki z porcelany (Fot. Robby Cyron)

Działająca od ponad czterech lat Majolika Nieborów to z jednej strony rzeczywiście powrót do przeszłości. W roku 2017 Nunu Radziwiłł i jej siostra Teresa Tarnowska, zainspirowane pomysłem kuratorki nieborowskiego pałacu (oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie) Moniki Antczak, zdecydowały się reaktywować ideę swojego przodka – Michała Piotra Radziwiłła. To on w 1881 roku, po tym, jak odziedziczył podupadający majątek, zamknął przypałacowy browar, a w jego miejsce stworzył specjalizującą się w wyrobach majolikowych Fabrykę Fajansów Artystycznych i Kafli Piecowych. Książę sprowadził z Francji doświadczonego ceramika Stanisława Thiele’a, ale i osobiście zajmował się projektowaniem i zdobieniem poszczególnych obiektów. W pracy wykorzystywano lokalny surowiec, zatrudniano miejscowych rzemieślników, pracę znalazło tu także kilka ówczesnych uczennic warszawskiej szkoły plastycznej. Początki działalności manufaktury to okres jej świetności – otwierały się przedstawicielstwa w Warszawie, we Włocławku, w Kijowie i Sankt Petersburgu. W katalogu z połowy lat 80. XIX wieku, prezentującym ofertę nieborowskich zakładów, znalazło się blisko 200 modeli ceramiki.

Także dzisiejsze wyroby z Nieborowa sygnowane są inicjałami MPR (od Michał Piotr Radziwiłł), a sam zasłużony założyciel Fabryki Fajansów Artystycznych – wykadrowany z archiwalnej fotografii powiększonej do rozmiarów ludzkiej postaci i naniesionej na jedną ze ścian pracowni – zerka na każdego, kto odwiedza manufakturę. Tyle że sygnaturę z inicjałami zaprojektowano na nowo, tak żeby była bardziej „graficzna”, a w bezpośrednim sąsiedztwie naściennego wizerunku Michała Piotra magazynowane są przedmioty, które, choć są ukłonem w stronę tradycji, jednocześnie ją przełamują. Nunu Radziwiłł: – Naszym celem nie jest odtwarzanie z muzealnym zacięciem tego, co już było. Nasze projekty zawsze są autorskie, nawet w tych z pozoru bardzo tradycyjnych znaleźć można jakiś twist. Co chwila nas korci, żeby zrobić coś mniej lub bardziej szalonego.

Pies Fo, zwany też chińskim lwem. Historyczny Fo, z którego wzięto formę, to kadzielnica. Gdy włożymy do środka stożkowe kadzidełko, z pyska i nozdrzy zacznie się widowiskowo dymić. (Fot. Robby Cyron)
Talerzyk z sową – cytatem z księgi „Ptaki Ameryki” z 1827 roku (Fot. Robby Cyron)
Seria inspirowana delftami (Fot. Robby Cyron)

Na wytwarzanych tu naczyniach znajdziemy najróżniejsze cytaty zaczerpnięte z obiektów będących na wyposażeniu pałacu. Na kubkach i talerzykach – scenki rodzajowe z nieborowskich delftów (czyli kafli w stylu holenderskim, którymi wyłożona jest pałacowa sień i klatka schodowa; Majolika produkuje zresztą także kafle). Są też roślinne motywy ze starych tablic botanicznych czy fragmenty obrazów. Charakterystyczne „tulipanowe” filiżanki mają swój pierwowzór, można je znaleźć także na otwartej w tym samym pawilonie stałej wystawie historycznej majoliki. Tyle że w nowej wersji nadają się też do picia. Coś, co półtora wieku temu wcale nie było takie oczywiste: naczynia majolikowe, a więc wykonane z materiału podobnego do porcelany, ale bardziej zanieczyszczonego i wypalanego w niższej temperaturze, nierzadko przeciekały. Służyły głównie jako ozdoba stojąca za szybą kredensu. – Majolika jako materiał jest na dzisiejsze czasy mało praktyczna – wyjaśnia Michał Grzegorczyk z zespołu manufaktury. – W przedmiotach użytkowych zastąpiliśmy ją więc, metodą prób i błędów, porcelaną. Ale też nie chcieliśmy z majoliki zupełnie rezygnować. Została w kilku przedmiotach ozdobnych, no i oczywiście w nazwie.

W pracowni powstaje w sumie około 20 stałych wzorów. I chociaż oprócz nich wypuszczane są nowe, krótsze serie – choćby świece z autorskimi kompozycjami zapachowymi w szkliwionych naczyniach – a popyt na tutejsze wyroby cały czas rośnie, zespołowi zależy na utrzymaniu tej skali i charakteru przyjacielsko-rodzinnego przedsięwzięcia. Nunu Radziwiłł: – Na początku chcieliśmy po prostu zrewitalizować to miejsce. Uruchomić faktycznie działającą manufakturę. Muzeum w Nieborowie reaktywowało pracownię majoliki już w roku 1981, ale odbywały się tu przede wszystkim warsztaty, powstawały pojedyncze kopie dawnych naczyń. Oczywiście my także mamy swoje ograniczenia. Czasem trudno nam wytłumaczyć komuś, kto robi u nas większe zamówienie, dlaczego jego realizacja tak długo trwa. Ale tu naprawdę nie da się niczego przyśpieszyć.

Samo pierwsze wypalanie to 48 godzin. Wcześniej trzeba jeszcze zrobić odlew, osuszyć go, wyczyścić. Po pierwszym wyjęciu z pieca – stygnięcie, szlifowanie, malowanie, drugie wypalanie, znowu stygnięcie, złocenie, na koniec trzecia wizyta w piecu. Na przygotowanie jednej partii naczyń potrzeba minimum dwóch–trzech tygodni, nie mówiąc o stratach po drodze. – Otwarcie pieca – tłumaczy Nunu Radziwiłł – to moment próby. Właściwie nigdy nie wiemy, co zastaniemy w środku. Najdziwniejsza przygoda, jaka nam się dotąd przydarzyła, to kiedy wstawiliśmy do pieca dużą miskę, a po wypale odkryliśmy, że jej nie ma. Nie ma i już. W końcu doszliśmy do tego, że się rozpuściła. A płynna masa elegancko wlała się do kubków, które stały niżej. Ale to też ważne doświadczenia, bo zawsze zastanawiamy się, dlaczego coś nam nie wychodzi. W tym przypadku miska powinna być wypalana w niższej temperaturze, zapomnieliśmy o tym i straciliśmy i miskę, i kubki. Inną kwestią jest to, że po naszych rzeczach widać, że są ręcznie robione, to nie są idealne serie wykonywane maszynowo. Trafi się nierówny brzeżek, odcień szkliwa wyjdzie odrobinę jaśniej czy ciemniej. Dla nas ta niedoskonałość jest wartością.

Jaszczury to, podobnie jak Pies Fo, jeden z najbardziej charakterystycznych tutejszych wzorów. (Fot. Robby Cyron)
(Fot. Robby Cyron)
Bohaterka XIX-wiecznego portretu stała się inspiracją do stworzenia porcelanowej serii z Leontyną, poniżej wisi jeden z talerzy stworzonych dla Hotelu Europejskiego. (Fot. Robby Cyron)
Nunu Radziwiłł przy pracy (Fot. Robby Cyron)
„Tulipanowe” filiżanki z 24-karatowym brzeżkiem (Fot. Robby Cyron)

Zgodnie przyznają, że ten rodzaj pracy, w której niczego nie można przyśpieszyć i trzeba działać w skupieniu, z uwagą, ma w sobie wiele z medytacji. Są dni, kiedy dużo rozmawiają, w radiu gra muzyka, ale i takie, kiedy pracuje się w milczeniu. Czasem ktoś wpada tu tylko po to, żeby się wyciszyć. Jak wtedy, gdy zaprzyjaźniona pani weterynarz spytała, czy nie mogłaby pomagać, „żeby się zresetować”. Co nie znaczy, że nie jest to także ciężka fizyczna praca. Teresa śmieje się, że najwięcej hałasu robi swoim „karabinem maszynowym”, potężną wiertarką z końcówką do mieszania ceramicznej masy. Wiadra nią wypełnione swoje ważą, formy do odlewów także.

Stały zespół tworzą dwie siostry, Michał Grzegorczyk, a od jakiegoś czasu także Magda Socha. – Poza tym – dodaje Teresa – raz w tygodniu pracuje tu nasza 86-letnia mama. Powtarza nam: „Nie przyjechałam tu, żeby odpoczywać i chodzić na spacery”, po czym zastawia cały stół miskami i talerzami i uczciwie, solidnie szlifuje.

Michała nazywają swoim ceramicznym guru. Teresa: – Powiedzieć, że zanim tu trafiłyśmy, niewiele z siostrą wiedziałyśmy o ceramice, to eufemizm. Nie miałyśmy absolutnie żadnego doświadczenia. Początki były strasznie trudne, wszystkiego uczyłyśmy się krok po kroku.

Michał prowadził z koleżanką pracownię ceramiczną w Warszawie. Poznali się przez krewną Nunu i Teresy. Na propozycję współtworzenia manufaktury zgodził się natychmiast. – Nawet się nie zastanawiałem – przyznaje z uśmiechem. – Pożegnałem się grzecznie w starej pracy i nikt mi się nie dziwił. Takie wyzwania zdarzają się w życiu rzadko.

Biskwit (porcelana po pierwszym wypale) i już gotowy kubeczek (Fot. Robby Cyron)
Regał z formami do odlewów (Fot. Robby Cyron)
Michał Grzegorczyk złoci brzeg kubka, krwistoczerwony płyn zmieni kolor pod wpływem temperatury. (Fot. Robby Cyron)
Podstawki pod kadzidełka z sygnaturą MPR – taką samą, jaką malowano w XIX wieku. (Fot. Robby Cyron)

Wyzwaniem było też ich debiutanckie zamówienie: kilkadziesiąt ozdobnych talerzy dla nowo wyremontowanego Hotelu Europejskiego w Warszawie. Podołali, wyciągnęli odpowiednie wnioski, dochodząc do tego, jak uprościć cały proces. Zamówienie z hotelu miało też wymiar symboliczny – nie bez powodu trafiło pod nieborowski adres. Książę Michał Piotr Radziwiłł właśnie w Europejskim pokazywał na wielkiej wystawie kolekcję fajansu ze swojej manufaktury. Historia zatoczyła koło. Nie tylko w tym przypadku. Cały kompleks pałacowy w Nieborowie ma dla rodziny Radziwiłłów wartość sentymentalną. Teresa: – Czujemy się tu jak w domu. W okolicy mieszka sporo osób, których rodzice pracowali jeszcze u naszych dziadków. I pamiętają przedwojenny pałac. Janusz Radziwiłł, pradziad Teresy i Nunu, na samym początku 1945 roku oficjalnie przekazał warszawskiemu Muzeum Narodowemu nieborowski majątek. Uratował go tym samym przed losem większości podobnych obiektów w Polsce rozkradanych i niszczonych w latach 40. i 50. Pod muzealną kuratelą, jako wspólne dobro narodowe, pałacowy wystrój i wyposażenie pozostały do dzisiaj właściwie nietknięte.

Do pracy w manufakturze dojeżdżają z Warszawy, zwykle razem. Czasem auto zamienia się w mobilne biuro, ale bywają takie dni, kiedy można docenić ten moment, kiedy wjeżdża się do Nieborowa – trochę jak do innej rzeczywistości. Manufaktura Majolika – tutaj czas płynie inaczej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze