1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Japonia – czego o życiu w prostocie i zachwycie możemy nauczyć się od jej mieszkańców?

Kobieta w tradycyjnym japońskim stroju przed świątynią Senso-ji w dzielnicy Asakusa (Tokio) (Fot. iStock)
Sushi, samuraje i może jeszcze kwitnące wiśnie, bo te zostały utrwalone w zwyczajowej nazwie kraju, choć niewielu obcokrajowców jest w stanie zrozumieć symbolikę zjawiska… Nasza wiedza na temat Japonii jest powierzchowna, tymczasem od jej mieszkańców możemy nauczyć się nie tylko tak popularnego minimalizmu.

Można by uznać za symboliczne to, jak bardzo różnią się od siebie – podobnej przecież wielkości, jeśli spojrzeć na mapę świata – Japonia i Polska. Weźmy najprostszy przykład z antropologii codzienności: jeśli spróbujecie pomachać Japonce czy Japończykowi z daleka na pożegnanie, to przynajmniej w kilku przypadkach skończy się na tym, że – zamiast istotnie się pożegnać – zachęcimy ją czy jego do powrotu, i to ze skutkiem natychmiastowym. Bo w Japonii energiczne machanie dłonią dół i w górę – obrazowo mówiąc „na królową angielską” – to gest przywołujący.

Niełatwo przyjdzie nam prawdopodobnie przyjąć, że buty należy zdejmować przed każdym niemal wejściem: do pokoju hotelowego, mieszkania, muzeum, galerii. A jeśli musimy iść do toalety, przed drzwiami będą czekać specjalne „toaletowe” kapcie. Powinniśmy być również przygotowani na wypadek, gdyby z zamówionej na śniadanie kanapki z jajkiem wypłynęło surowe żółtko, może się też okazać, że kupiony lizak lub cukierki nadziewane są suszoną rybą. Dorzućmy do tego odruchowe japońskie myślenie „hierarchiczne” (czy człowiek, z którym jestem właśnie w interakcji, stoi niżej czy wyżej ode mnie w hierarchii i co to dla mnie i dla niego oznacza), postrzeganie indywidualizmu raczej jako wady utrudniającej życie i ekstremalnie daleko posuniętą, jak na nasze standardy, powściągliwość w okazywaniu uczuć, jeśli jest się w innym gronie niż rodzina.

Oczywiście można też dodać, że są i wyraźne punkty wspólne, na przykład to, że politycy u władzy widzą zagrożenie lub zbędną fanaberię w równości kobiet i mężczyzn, ale tym razem ma być konstruktywnie. Czego zatem powinniśmy się uczyć od Japończyków? Jakie cechy ich kultury, nawyki i zwyczaje przydałyby się nam na co dzień?

Sławiony na Zachodzie minimalizm obejmuje także rozmiary domów i ich wyposażenie. (Fot. iStock)

Wspólnota w nagości

Ofuro, sento, rotenburo, onsen. Każda z tych nazw oznacza trochę co innego, nawet jeśli sami Japończycy często używają ich wymiennie. Upraszczając, to nazwy łaźni, kąpielisk, kompleksów spa, w których można się wykąpać; a gdzie wulkany, tam i gorące źródła – najgorętsze japońskie ofuro mają nawet 74°C, choć zazwyczaj temperatura wody wynosi niewiele ponad 25°C. Takich miejsc jest w Japonii mnóstwo. Zagląda się do nich z powodów praktycznych (domowe łazienki bywają mikroskopijne) i dla czystej, nomen omen, przyjemności – żeby się odprężyć czy nawet spotkać ze znajomymi. Po wejściu do przedsionka od razu zdejmuje się całe ubranie, nie ma mowy o zgorszeniu i wstydzie. W Japonii używa się terminu hadaka-no tsukiai, czyli wspólnota (albo przyjaźń) w nagości, która to nagość z definicji ma być wyzwalająca, łagodzić obyczaje, a nawet znosić na czas kąpieli różnice społeczne. Podobna koncepcja dotyczy więzi rodzinnych. Widok ojca kąpiącego się ze swoimi wcale nie maleńkimi dziećmi nie gorszy. Taka wspólna kąpiel – ramię w ramię i po szyję w wannie (różnej od naszej: zwykle wyższej i kwadratowej lub okrągłej) staje się okazją, żeby pobyć razem, pogadać czy się powygłupiać.

W idei wspólnoty w nagości można by wreszcie dopatrywać się korzystnego wpływu na wzmacnianie relacji między kobietami. Co prawda historycznie w łaźniach myto się w jednej przestrzeni bez względu na płeć, ale wraz z otwieraniem się Japonii na zachodnie wpływy w drugiej połowie XIX wieku (po ponad 250 latach izolacji) pojawił się podział nie tylko na osobne wejścia, lecz także osobne sale do kąpieli. Dzisiaj to właśnie tego typu przybytków jest zdecydowanie więcej niż łaźni koedukacyjnych, ale „skutkiem ubocznym” owej zmiany jest naturalna przestrzeń, w której panują idealne warunki do wzmacniania siostrzeństwa. Dziewczynki mają okazję kąpać się obok matek, sąsiadek, koleżanek, dojrzewających nastolatek i starszych pań; oswajają się z własną i cudzą cielesnością, uczestnicząc w tym wyjątkowym kobiecym mikroświecie.

Temperatura wody w japońskim ofuro może wynosić nawet 74°C. (Fot. iStock)

Ryż i herbata

O japońskiej diecie najlepiej pisać krótko, jako że chodzi o umiar. W kuchni, choć nie tylko w niej. Japonia to naprawdę nie wyłącznie sushi i ramen. A nawet przyglądając się tylko tym dwóm potrawom, warto uświadomić sobie, że ich dostępne u nas wersje daleko odbiegają smakiem od tego, co cenią lokalni smakosze. Za dużo, za tłusto, za słono, za ostro, za mało świeżo – z takim komentarzem mógłby się spotkać niejeden właściciel i kucharz knajpki chcącej uchodzić za japońską. Serek kanapkowy w rolce z surową rybą?! Sos sojowy lejący się strumieniami?!

Ramen i sushi to najbardziej rozpoznawalne japońskie dania. (Fot. iStock)

Oczywiście i na Japonię działa efekt globalizacji: fast food i coraz więcej przetworzonej żywności na rynku muszą skutkować pogłębianiem się problemu otyłości, a jednak w porównaniu z resztą świata Japończycy i tak wypadają rewelacyjnie. Ten jeden z najbardziej długowiecznych narodów, gdzie średnia długość życia mężczyzn to ponad 79 lat, kobiet – więcej niż 85 lat, jest także jednym z najszczuplejszych. Otyłość dotyka ledwie 3 proc. (!) mieszkańców. Jak to możliwe? Jeśli pomyślimy o popularnej tradycyjnej przekąsce ochazuke, czyli miseczce białego ryżu zalanej gorącą zieloną herbatą, czy jeszcze prościej: o kulce nieprzyprawianego ryżu lekko tylko oprószonej solą i owiniętej wodorostem – wiele rzeczy staje się jasne. Najbardziej pożądaną cechą w japońskiej kuchni jest delikatność smaku i właśnie prostota, poszczególne składniki mają wybrzmiewać, nie powinno się ich zagłuszać, stąd niemalże nieobecność gęstych sosów. Pomieszanie marynowanego imbiru z nie mniej wyrazistym chrzanem wasabi to dla znawców zbrodnia – imbir ma oczyszczać usta i żołądek pomiędzy kolejnymi porcjami sushi.

Aleja pamięci z restauracją Izakaya, do której wieczorami zaglądają ludzie biznesu. (Fot. iStock)

Jak najmniej mięsa, jak najświeższe ryby i owoce morza, jeśli już smażona w głębokim tłuszczu tempura – to w maleńkich porcjach. Bo umiar dotyczy także rozmiaru. Spójrzmy na wielkość tradycyjnych japońskich talerzy, półmisków, miseczek i czarek do herbaty, a łatwiej będzie nam zrozumieć, jak to możliwe, że w dawnych czasach przybysze z Zachodu brali je za zastawy dla lalek. Ta filigranowość nigdy nie wyszła w Japonii z mody, także jeśli chodzi o ludzką posturę. No, może wyłączając zawodników sumo.

Z szacunkiem

Do dziś można podpatrzeć wzruszającą scenę – na przykład na stromych schodach prowadzących do buddyjskiej świątyni – kiedy to mężczyzna wnosi na plecach nie dziecko, a drobniutką starszą panią. To obraz głęboko zakorzeniony w tradycji, utrwalony przez literaturę i filmy. Symbol przywiązania syna do matki, który to syn, także zgodnie z tradycją, jeśli jest najstarszy (mówimy o czasach, kiedy oczywistością była wielodzietność) ma obowiązek zostać w domu rodziców, tam mieszkać z żoną i wraz z nią zajmować się nimi aż do ich śmierci. Obecne realia są zupełnie inne. Pomijając fakt, że w zhierarchizowanym społeczeństwie z wiekiem zyskuje się coraz silniejszą pozycję, duże znaczenie ma fakt, że dzisiejsi siedemdziesięciolatkowie i starsi (choć wiek emerytalny to 60 lat, w praktyce Japończycy często pracują 10–15 lat dłużej) zarabiali na swoje składki jeszcze w czasach cudu gospodarczego. (Nie wchodząc w szczegóły, od ponad 30 lat japońska gospodarka mierzy się z kryzysem, nie ma już takiej stabilności zatrudnienia, do tego sukcesywnie spada przyrost naturalny). Dzisiejsi emeryci są więc przede wszystkim liczni i niezależni finansowo. Obchodzony jest nawet Dzień Szacunku dla Starszych, Keir-no hi, w którym to w różnych częściach Japonii odbywają się festyny i przyjęcia dla seniorów. Ale ten szacunek objawia się także tym, że od japońskich babć, chociaż wiele z nich mieszka w tym samym domu co wnuki, społeczeństwo nie oczekuje obowiązkowej opieki nad dziećmi. Nic na siłę, mają cieszyć się emeryturą, podróżować, chodzić na zajęcia – nieważne, czy na kaligrafię, sztukę ikebany czy miesięczny kurs wykładów o Chopinie. Piękna idea, godna naśladowania.

Różowy deszcz

Nazwa „Kraj Kwitnącej Wiśni” zobowiązuje. Faktycznie najpiękniej jest w Japonii, kiedy zaczynają kwitnąć wiśnie, czyli wczesną wiosną. We wszystkich mediach mówi się tylko o tym, w którym mieście rozwinęły się właśnie pączki. Rozpoczyna się hanami, dosłownie „podziwianie kwiatów”, gigantyczny piknik. Ludzie wylegają na ulice, rozkładają pod drzewami maty, jedzą, piją, plotkują. To prawda, że ogólnokrajowemu kwitnieniu wiśni towarzyszy medialne zamieszanie, firmy wysyłają pracowników na obowiązkowe wycieczki po godzinach pracy, a całe wydarzenie skomercjalizowało się do tego stopnia, że w każdym sklepie znajdziemy wiosną gadżety z motywem wiśniowych płatków, od słodyczy i breloków po całe zastawy stołowe, sprzęty AGD czy ubrania. Tak, wszystko to prawda, a jednak w japońskim hanami nadal jest coś niezwykle urokliwego i autentycznego. Zawsze ktoś zaintonuje jedną z najbardziej znanych japońskich pieśni poświęconą właśnie temu zjawisku.

Piękno wiśni jest naprawdę ulotne, japońskie wiśnie kwitną tylko przez kilka dni. (Fot. iStock)

Opiewane w tradycyjnej poezji piękno wiśni jest naprawdę ulotne, bo też japońska odmiana tych roślin – sakura – nie daje jadalnych owoców, służy wyłącznie do tego, żeby ją podziwiać. Przez kilka dni, potem płatki zaczynają opadać. Ale to także piękny widok: śnieg o lekko różowym zabarwieniu przy temperaturze sięgającej nierzadko 30°C.

Ciekawe, jak by to było, gdybyśmy w Polsce co roku zbierali się masowo i patrzyli w zachwycie na zjawisko przyrody – razem, zgodnie, w jednym czasie?

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze