1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Tulipany, lwie paszcze, szachownice... Doceńmy rodzime gatunki kwiatów! – apeluje duet Kwiaty&Miut

Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent (Fot. Łukasz Bienicki/ materiały prasowe Kwiaty&Miut)
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent są znani jako duet Kwiaty & Miut. Właśnie wydali swoją trzecią książkę „Elementarz kwiatowy”, w której – tak jak w tej rozmowie – pokazują, że wciąż za mało doceniamy kwiaty. Zwłaszcza te lokalne.

Jaką rolę odgrywają w naszym życiu kwiaty?

Radosław Berent: Od zawsze były nieodzownym elementem naszego życia. Odgrywały ważną rolę w rytuałach religijnych, świeckich uroczystościach i przy szczególnych okolicznościach.

Łukasz Marcinkowski: Pojawiały i pojawiają się w przełomowych momentach życia człowieka, takich jak śluby, chrzciny, urodziny.

R.B.: Także w tym ostatecznym. Wieńce pogrzebowe mają upamiętnić zmarłego i dodać otuchy tym, którzy pozostali.

Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent (Fot. Łukasz Bienicki/ materiały prasowe Kwiaty&Miut)

Ale też najzwyczajniej w świecie kwiaty cieszą. Już samo obcowanie z nimi, uprawianie ich – daje nam poczucie szczęścia. To potwierdzone badaniami.
Ł.M.: Ma też swoją nazwę – hortiterapia. Wystarczy przynieść coś zielonego z ogrodu czy ze spaceru, a od razu robi się nam lepiej.

R.B.: Dla mnie kwiaty są bardzo naturalnym otoczeniem. Zawsze mieliśmy w domu piwonie, mieczyki, kosmosy, róże, bzy. Uważam, że kwiaty są najcudowniejszymi dziełami natury. Bo to radość też dla zmysłów. Faktura i zapach. Przy czym mówimy tu o prawdziwie pachnących kwiatach, a nie tych uprawianych przemysłowo. W dużych aglomeracjach miejskich, gdzie jesteśmy często odcięci od natury, kwiaty domowe zaspokajają potrzebę bliskiego z nią kontaktu.

Są też mocno osadzone w obyczajach, np. przynosi się je choremu, żeby dać mu namiastkę tego świata zewnętrznego, ale mają mu też poprawić nastrój i ulżyć w cierpieniu. W przeszłości kwiaty były również wyznacznikiem statusu społecznego. Kiedy w XVIII wieku zaczęto przywozić rośliny z różnych zakątków świata, kolekcjonerzy płacili za nie fortunę. Posiadanie zróżnicowanego, dużego ogrodu było wyznacznikiem majętności. Dziś już raczej nie myślimy o społecznej roli kwiatów, stały się pięknym obiektem pożądania, fascynacji. Kiedy klienci zobaczą u nas jakieś nowe dla nich gatunki, od razu chcą też je mieć.

Ł.M.: Dzisiejsze czasy kojarzą się trochę z wiktoriańską Anglią. Przy tym całym wzroście industrializacji, rozwoju technologicznym zaczynamy tęsknić za naturą. Chętniej kupujemy kwiaty, jeździmy na wycieczki do lasu i na wieś.

Zwłaszcza wiosną w wielu z nas budzi się większa chęć obcowania z roślinami. O czym pamiętać, zakładając domowy ogródek?
R.B.: Przede wszystkim musimy się zastanowić, jakie mamy warunki: balkon, taras, ogród czy mieszkanie? Do mieszkań polecamy kwitnące gałęzie drzew owocowych. To jest superopcja, często niedoceniana. Namawiamy też do wybierania rzeczy sezonowych: zimą możemy wykorzystać rośliny suszone, potem, czekając na wiosnę, poszukać gałązek drzew owocowych czy roślin cebulowych: tulipanów, narcyzów, szafirków, szachownic. Są zjawiskowe. Sadzimy je na jesieni, więc jeśli zadbaliśmy o to, teraz możemy je zebrać.

Jeśli nasze kwiaty pochodzą z upraw przemysłowych, należy je bardzo dobrze nawodnić. Bierzmy też pod uwagę, czy kupujemy kwiaty, które się rozwijają. Można już spotkać tulipany, które cały czas zachowują kształt łezki. Dla nas jednak ideałem są te jak z niderlandzkich obrazów, czyli ogromne, otwierające się główki tulipanów, no i co najważniejsze, pachnące.

Tulipany w Polsce bardzo lubimy. Ale może warto otworzyć się na inne gatunki?
R.B.: Na przykład anemony czy jaskry. Kiedyś to były często uprawiane rośliny. Zawsze sprawdzą się żonkile, czyli narcyzy, niekoniecznie te żółte, które jednoznacznie kojarzą nam się z Wielkanocą.

Ł.M.: Narcyzy mogą być białe, łososiowe, kremowe. One pięknie pachną.

R.B.: Piękną rośliną zimowego okresu styczeń–luty jest ciemiernik. Albo hippeastrum, czyli zwartnica.

Ł.M.: Warto docenić wczesną wiosnę i nacieszyć się dostępnymi właśnie teraz kwiatami. Są niepowtarzalne i kwitną krótko. Chyba że są to tulipany czy narcyzy z upraw ogrodniczych sterowanych, gdzie cebule są przechładzane, a później wynoszone do pędzenia do szklarni.

R.B.: Te rosnące naturalnie w ogrodzie bez osłon – kwitną zgodnie ze swoim cyklem. Są też ładniejsze, większe i zdrowsze. Mamy też większy wybór odmian. Nagle się okazuje, że istnieje coś więcej niż tylko żółty tulipan Strong Gold, którego ja akurat nie cierpię. On się nigdy nie otworzy, co ma dawać złudzenie, że kupujemy świeże kwiaty. Jako floryści się na to nie zgadzamy.

Kompozycje kwiatowe (Fot. Łukasz Bienicki/ materiały prasowe Kwiaty&Miut)

Przywiązujecie wagę do ekologii i zrównoważonej uprawy. Co to znaczy w praktyce?
R.B.: Na przykład to, żeby kupować kwiaty lokalne. Zawsze to podkreślaliśmy, ale kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z kwiatami, nie wiedzieliśmy, jaka jest skala przemysłu kwiatowego.

Ł.M.: Zaczęliśmy badać temat i okazało się, że kwiaty sprzedawane na polskim rynku w 80 proc. pochodzą z importu, odwrotnie niż np. we Francji. Oczywiście mamy inne warunki pogodowo-lokalizacyjne, ale pomijając ten fakt, ceny paliw kopalnych sprawiły, że ogrodnictwo całoroczne zostało w Polsce zmiecione z powierzchni ziemi. Na szczęście niektórzy, tak jak my, uprawiają kwiaty w tunelu foliowym bez ogrzewania lub na powietrzu. Dzięki temu w sezonie od wiosny do późnej jesieni mamy własne kwiaty. Tak naprawdę jednak w Polsce jesteśmy zalani przez towar z Holandii, który dociera tam z całego świata. Najczęściej są to najtańsze opcje, bo jesteśmy wciąż jednym z biedniejszych krajów Europy i nie stać nas na dobrej jakości kwiaty.

R.B.: Dziś w markecie możemy kupić narcyzy, tulipany, róże pochodzące z zawierającej ogromne ilości chemii produkcji. Nie zgadzamy się na to, żeby w ten sposób wyczerpywać afrykańskie zasoby wody.

Ł.M.: Bo sprowadzając rośliny, sprowadzamy także wodę. Kwiat, tak jak człowiek, składa się głównie z niej, więc nie tylko korzystamy z ich zasobów przy produkcji, ale jeszcze je wywozimy.

(Fot. Łukasz Bienicki/ materiały prasowe Kwiaty&Miut)

Tak naprawdę wszystko zaczyna się właśnie w ziemi, od kompostu. Jeśli rośliny są dobrze odżywione i rosną w ziemi, która ma dużo substancji organicznych, mikro- i makroelementów, jest odpowiednio nawilżona – to mają szansę się rozwinąć. To trochę tak jakby porównać na siłowni człowieka na sterydach z tym, który zdrowo się odżywia. U jednego obserwujemy szybki przyrost mięśni, u drugiego wolniejszy, ale też obaj są w innym stanie zdrowia. Tak samo jest z roślinami. Stare odmiany, które powstały w XVIII, XIX wieku, nie są problematyczne i na pewno nie potrzebują tyle „sterydów”.

R.B.: W naszej branży jest też dużo greenwashingu, czyli ekologicznego ściemniania. Dlatego w naszej szkole uczymy, czym jest zrównoważona florystyka.

Ł.M.: Wiele osób nie rozumie tej idei, bo uważa, że przecież to nie żywność, więc nam nie zaszkodzi… A my dotykamy tych kwiatów, dotykają ich nasi pracownicy, dotykają ich nasi klienci. Przeprowadzono badania wśród osób, które pracują z kwiatami, i wykryto w ich moczu ponad 80 toksycznych substancji.

Chcemy, żeby zrównoważona uprawa kwiatów była normą. Ten trend w ostatnich latach się bardzo rozwinął. Kiedy 9 lat temu otwieraliśmy kwiaciarnię, byliśmy podekscytowani, że możemy mieć w styczniu piwonie. A to oznaczało, że musiały przylecieć z drugiej półkuli. Dziś zadajemy sobie pytanie: czy to jest potrzebne? Warte tego kosztu?

Skąd mamy my, klienci, wiedzieć, czy kwiaty, które kupujemy, pochodzą z Polski?
Ł.M.: Przede wszystkim tam, gdzie kupujemy kwiaty, pytajmy, skąd przyjechały. Pewnie usłyszymy, że z hurtowni. To jest trudne do sprawdzenia, ale zadanie takiego pytania może skłonić właścicieli do refleksji. Poza tym, poznając cykl kwitnienia roślin, będziemy wiedzieli, jakich kwiatów możemy się spodziewać. W naszej książce umieściliśmy listę 17 organicznych farm kwiatowych, które znajdują się w naszym kraju. Tam możemy kupić kwiaty z pewnego źródła.

R.B.: Zbliżają się walentynki (wywiad robiony w styczniu - przyp. red) i miliony ludzi na świecie będą chciały kupić czerwone róże. W Polsce to nie sezon na nie, więc najprawdopodobniej od stycznia stoją w chłodni i czekają na klientów.

To co zamiast róży?
Ł.M.: Już lepiej wybrać tulipana, bo może chociaż pochodzi z krajowej hodowli.

R.B.: Ale też lwie paszcze, piwonie. Albo róże ogrodowe, które nie są tak trwałe jak te kolumbijskie. I tu stajemy przed kolejnym pytaniem: czy chcemy roślinę, która będzie stała w niezmienionej formie przez długi czas czy wolimy zobaczyć, jak się zmienia i odchodzi? Dla mnie ta druga opcja jest lepszym wyborem, bo widzę w tym sposób na konfrontowanie się z rzeczywistością, z przemijaniem.

Ł.M.: Mamy taką teorię, że jakie czasy, takie kwiaty. Dziś panuje kult wiecznej młodości, nie chcemy się starzeć. Stąd liofilizowane kwiaty, które wyglądają na wiecznie świeże.

Ale żywotność kwiatów ciętych w wazonie można jakoś przedłużyć?
Ł.M.: Umyć wazon, odświeżyć miejsce cięcia i włożyć do letniej wody. Wtedy rośliny się nawodnią i będą dobrze wyglądały. Potem regularnie zmieniać wodę, żeby kwiaty nie gniły. Nie stawiajmy ich też nad źródłami ciepła, na bezpośrednim słońcu i unikajmy przeciągów.

Kompozycje kwiatowe (Fot. Łukasz Bienicki/ materiały prasowe Kwiaty&Miut)

Czy kwiaty to zawsze najlepszy prezent? Czy raczej kłopotliwy i krótkotrwały?
R.B.: Warto wiedzieć, czy osoba, którą chcemy obdarować, lubi kwiaty, jeśli tak – to jakie. Lub skąd. Jeśli jesteśmy uważni na drugą osobę, bukietem kwiatów możemy wyrazić wszystko.

Ł.M.: Chodzi o sam moment wręczenia kwiatów. Bo nawet te najpiękniejsze, jak piwonie czy maki, nie żyją długo. To jest zresztą też związane z zapachem, bo kiedy roślina pożytkuje energię na to, żeby pachnieć, skraca się jej trwałość.

Wierzycie w mowę kwiatów, czyli to, że konkretny kolor i gatunek coś znaczy? Lub że pewne kwiaty kupuje się tylko na określone okazje? Kiedyś tak było z chryzantemami…
Ł.M.: Powiązanie chryzantem ze Świętem Zmarłych wynika z tego, że w naszych warunkach klimatycznych o tej porze roku bez ogrzewania można było uprawiać tylko chryzantemę. Z kolei we wspomnianej wiktoriańskiej Anglii mowa kwiatów miała znaczenie, bo społeczeństwo było dość pruderyjne i dzięki temu łatwiej można było się komunikować. Czerwonym goździkiem wyznawał miłość mężczyzna, różowym – kobieta. Dziś to znaczenie kwiatów wynika raczej z kulturowego czy geograficznego podłoża.

Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent od 9 lat jako duet Kwiaty & Miut prowadzą kwiaciarnię na poznańskich Jeżycach. Prowadzą też szkołę bukieciarstwa, www.szkolakwiatyimiut.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze