1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Miejskie ogrodnictwo – odskocznia od pędu i cyfrowego świata. Rozmowa z Kasią i Dominiką z portalu inspekty.pl

Kasia i Dominika wspólnie stworzyły Inspekty i od lat zazieleniają polskie miasta. Mieszkają w Krakowie i są sąsiadkami. (Fot. Michał Lichtański)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
„Chciałybyśmy odczarować mit, że uprawianie warzyw to ciężka praca i urabianie się po łokcie. Czasem wystarczy po prostu nie przeszkadzać roślinom. One same dadzą sobie radę, jeżeli będą miały spełnione podstawowe warunki do życia” – mówią Kasia Basiewicz i Dominika Krzych, które od lat edukują o miejskim ogrodnictwie i razem tworzą portal inspekty.pl.

Piękne, zielone i pachnące warzywa na wyciągnięcie ręki to marzenie chyba każdego mieszczucha. Ale hodowanie ich samodzielnie pośród blokowisk? To brzmi niemal nieprawdopodobnie. Wy udowadniacie, że to się da zrobić. Skąd wziął się pomysł, by pomiędzy krakowskimi kamienicami stworzyć własny warzywny ogródek?
Kasia: Inspiracja wyszła z rodzinnej podróży. Byłam w Wiedniu, który jest stolicą miejskiego ogrodnictwa w Europie. Tam ogrody są wszędzie – na osiedlach, przy kamienicach, w restauracjach. Gdy wróciłam z Wiednia, opowiedziałam o tym Dominice, a ona stwierdziła, że skoro dzieje się to tak blisko nas, w Krakowie też możemy coś takiego stworzyć.
Dominika:
Dodatkowo świetnie się złożyło, bo właśnie tej zimy, kiedy Kasia była w podróży do Wiednia, w ramach atrakcji dla dzieci kupiliśmy nasiona i je zasialiśmy. Więc w momencie kiedy Kasia wpadła na pomysł ogrodu w mieście, my mieliśmy na parapetach doniczki z roślinkami. Co więcej, wtedy w kamienicy, w której mieszkamy, odbywał się generalny remont. Całe podwórko było zajęte przez różnego rodzaju materiały budowlane. To nam ułatwiło sprawę, bo było przyczynkiem do zagospodarowania tej przestrzeni.

Potem, gdy przyszła wiosna, po prostu zakasałyście rękawy i zaczęłyście rozsadzać rośliny na wspólnym podwórku?
Kasia:
Zakasałyśmy rękawy, ale też musiałyśmy porozumieć się z sąsiadami. Poinformowałyśmy więc wszystkich mieszkańców naszej kamienicy, że planujemy coś takiego stworzyć i zaprosiłyśmy ich do tej akcji. Część osób się zaangażowała, druga część po prostu nie przeszkadzała.

Miejskie ogrodnictwo nie było wtedy w naszym kraju popularne. Jak się do tego przygotowałyście i skąd czerpałyście wiedzę?
Dominika:
Miałyśmy bazowe informacje, bo kiedyś obcowałyśmy z ogródkami i warzywami. Dużo też eksperymentowałyśmy. Przez pięć lat siałyśmy i próbowałyśmy uprawiać różne warzywa, łącznie z ziemniakami na podwórku w kamienicy. No i oczywiście pomogły nam książki i Internet.
Z czasem zdałyśmy sobie sprawę z tego, że nie ma na polskim rynku wydawniczym pozycji, która odpowiadałaby na potrzebę miejskiego ogrodnika. Trzeba przekopywać się przez publikacje, które są wartościowe, ale nie dla kogoś początkującego, kto chce posiadać dwie doniczki z pomidorami na balkonie. Potem przyszło do nas wydawnictwo i tak, bazując na swoich doświadczeniach, napisałyśmy książkę „Miejskie ogrodnictwo, czyli jak uprawiać jedzenie w mieście”.

(Fot. Inspekty)
(Fot. Inspekty)

Jak wyglądał Wasz pierwszy ogródek?
Dominika:
Postanowiłyśmy wtedy nie przeinwestować, dlatego wykorzystywałyśmy głównie pojemniki z odzysku. Często podkreślamy, że nasze ogrodnictwo jest mocno zero waste'owe. Na początku posadziłyśmy warzywa po prostu w skrzynkach po owocach z warzywniaka. Używałyśmy też starych doniczek, skrzynek po winie. Dopiero po trzech latach zainwestowałyśmy w podniesione grządki – w tym momencie mamy dwie standardowe i jedną kaskadową, w której rosną poziomki i truskawki. Od zeszłego roku posiadamy też skrzynki ziołowe.

Na czym krok po kroku polega tworzenie miejskiego ogródka?
Kasia:
Na początku istnieją dwie opcje – albo wysiewamy warzywa od nasionka i wtedy zaczynamy ten proces mniej więcej w styczniu, w zależności od roślin, albo skracamy go i kupujemy gotowe rozsady w okolicach maja. Niektórzy myślą, że jeśli nie wysiewają rozsad sami, to już ich dalsza praca się nie liczy. Tak oczywiście nie jest, nie każdy ma do tego przestrzeń. Teraz, czyli w połowie maja, jest najlepszy moment na tworzenie swojego ogródka na podwórku lub balkonie. Na targach i ryneczkach, ale też w sklepach internetowych, można kupić rozsady i zacząć swoją przygodę z ogrodnictwem w mieście.
Dominika: Później rośliny potrzebują przede wszystkim podlewania i słońca. Wbrew pozorom nawet podlewanie nie musi być bardzo angażującym zajęciem. Istnieją sposoby na to, by sobie to ułatwić, na przykład ściółkowanie doniczek lub korzystanie z naczyń typu GrowOya [gliniane naczynie, które zakopuje się w ziemi, aby w naturalny sposób nawodnić ogród – przyp.red.].
Potem jest czas zbierania plonów. Natomiast to, co zrobimy z roślinami jesienią, zależy od ich rodzaju. Są warzywa i owoce wieloletnie – część ziół, poziomki, truskawki. Z nimi w zasadzie niewiele trzeba robić przed zimą. Można je po prostu przykryć lub wynieść do jasnego pomieszczenia. Inne rośliny przycinamy i zostawiamy w ziemi, a takich, które „kończą się” wraz z pierwszymi przymrozkami, nie usuwamy. Zostawiamy w ziemi, bo chcemy, żeby ona sama pracowała, a to, co w niej rosło, choć częściowo zamieniło się w materię organiczną.

(Fot. Inspekty)

grafika

Co, jeśli chcę zostać miejskim ogrodnikiem, ale nie mam ani podwórka, ani balkonu?
Kasia:
Proces wygląda tak samo. Różnica jest tylko taka, że masz po prostu mniejszą przestrzeń, czyli parapet. Na nim nie jesteśmy w stanie wyhodować tylu pomidorów, ile na grządce, ale możemy mieć jeden krzak pomidora, który też da nam namiastkę ogrodnictwa. Na parapecie świetnie sprawdzą się też zioła, a zimą można hodować kiełki, warzywa z resztek i wszelkiego rodzaju mikrouprawy. Nie jest to klasyczne ogrodnictwo, ale odczucia są identyczne.

Z tego, co mówicie, wynika, że przy miejskim ogródku nie ma tak dużo pracy. A myślę, że tego obawia się większość z nas – że w codziennym pędzie nie znajdziemy czasu na wszystkie zobowiązania z tym związane.
Dominika:
Chciałybyśmy odczarować mit, że uprawianie warzyw to ciężka praca i urabianie się po łokcie. Czasem wystarczy po prostu nie przeszkadzać roślinom. One same dadzą sobie radę, jeżeli będą miały spełnione podstawowe warunki do życia.
Kasia:
Miejskie ogrodnictwo na mikroskalę nie zajmuje też całego roku. Jest sezonowe. Ja teraz, mając rozsady na parapecie, poświęcam im dosłownie pięć minut dziennie. Potem przychodzi czas, kiedy to wszystko, co mamy na parapetach, będziemy musiały rozsadzić do grządek – wtedy poświęcimy im pewnie jeden dzień. Tych prac naprawdę nie ma bardzo dużo, wystarczy dobrze przygotować bazę. To nie jest orka na ugorze.
Dominika: A zimą z kolei jest moment, w którym nie robimy nic, wtedy można się zresetować.

A momenty załamania – zdarzały Wam się?
Kasia:
W zeszłym roku w lipcu przyszła straszna burza intensywne gradobicie, dosłownie kule śnieżne, które niszczyły auta. Akurat żadnej z nas nie było w Krakowie, a gdy wróciłyśmy, zastałyśmy ogródek zniszczony niemal do zera. Niewiele dało się uratować – posprzątałyśmy, podcięłyśmy zniszczone zioła. Można było wtedy stwierdzić, że w takim razie po co to robimy? Gdzie jest sens? Później okazało się, że było na tyle ciepło i słonecznie, że wszystkie rośliny odbiły. Nie było plonów, jakie sobie wymarzyłyśmy, ale natura świetnie sobie poradziła i się odrodziła. To była wielka lekcja pokory i tego, że natura jest na tyle silna, że sama da sobie radę.
W ogóle kontakt z naturą uczy pokory i cierpliwości. Miejskie ogrodnictwo to forma tak popularnego teraz slow life. Taka autoterapia. Mamy oczywiście chwile zwątpienia, ale nie dlatego, że nam coś nie rośnie. Czasem chodzi po prostu o czas, bo żyjąc w pędzie codzienności, nie zawsze łatwo jest go znaleźć. Ale warto. W przypadku balkonu lub podwórka to nie są hektary pola, do którego potrzeba godzin pracy. To wszystko odbywa się na minimalną skalę.

Jak przekonać do uprawiania warzyw w mieście wszystkich, którzy twierdzą, że szybciej i lepiej jest po prostu kupić warzywa w supermarkecie?
Kasia:
Argumentów jest mnóstwo. Jednym z nich jest chociażby to, że warzywa kupione w supermarkecie nigdy nie będą smakować tak dobrze jak te, które wyhodujemy samodzielnie. Hodując samemu warzywa, nawet na mikroskalę, tylko ty wiesz, co z nimi dzieje się – czy i czym je nawozisz, co tak naprawdę mają w sobie. Tym samym podnosi się nasza świadomość tego, z czego składa się cały proces i jak wiele czynników wpływa na to, żeby wyhodować zdrowe warzywo. Drugi argument to edukacja. Dzięki samodzielnemu uprawianiu warzyw zaczynamy między innymi rozumieć, czym jest sezonowość. Nie kupimy więcej truskawki w styczniu, bo wiemy, że nie mogła rosnąć w naturalnych, zdrowych warunkach. Trzeci argument to fakt, że nie marnujemy żywności. Dobrym tego przykładem są wszystkie owoce, które za chwilę będą dostępne, czyli poziomki, truskawki, borówki. W sklepie bądź bazarku kupujemy je w koszyczku. Już w drodze do domu część tych owoców się zgniecie, bo są bardzo delikatne. Tak samo później, gdy będziemy je przechowywać w lodówce. Efektem tego z całego koszyczka zjemy tylko kilka owoców, resztę wyrzucimy. Mając własną uprawę, choćby jeden krzaczek, rano zrywamy dwie poziomki, bo tyle potrzebujemy do śniadania, i od razu je zjadamy. To się też łączy z kolejnym argumentem, dotyczącym pieniędzy, bo w taki sposób również oszczędzamy. No i kwestia ekologii. Na przykładzie ziół – wokół tych ze sklepu jest mnóstwo plastiku, który zaraz po otwarciu wyrzucamy. Do tych z własnego ogródka plastik nie jest nam zupełnie potrzebny. I pewnie zaraz ktoś powie: „Fajnie, ale jak tym wyżywić całą rodzinę?”. Pamiętajmy, że to jest metoda małych kroków – zaczniesz ty, potem dołączą twoi znajomi i dzieci. Chodzi o dobry przykład.

Czym miejskie ogrodnictwo jest dla Was teraz? Traktujecie to jako hobby, sposób na spędzanie wolnego czasu, czy może czujecie w tym jakąś misję?
Dominika:
Wszystko po trochu jest prawdą. Dla mnie na początku był to rodzaj zabawy, który wyniknął z ciekawości, potrzeby doświadczania czegoś nowego, ale też z myślą o dzieciach. Teraz dzieci są już starsze, zainteresowane czymś innym, a my wciąż mamy coś, co nam daje frajdę. Jakiś czas temu zdałyśmy sobie sprawę, że jest to również misja, czyli edukacja i inspirowanie innych do uprawiania warzyw w mieście. To działa. Ludzie wracają do nas i mówią, że im się udało, że dzięki nam uprawiają na podwórku warzywa. Jest z tego satysfakcja, bo to małe kroki, ale w dobrym kierunku.
Kasia: Zaczęło się zupełnie niewinnie, a w tym momencie jesteśmy w takim miejscu, że śmiało mogę stwierdzić, że to misja. Fajnie byłoby, żebyśmy wszyscy na swoich balkonach uprawiali rośliny. Jeśli nie te jadalne, niech będą ozdobne.
Dominika: Nasze działania to też przyczynek dla innych ludzi do tego, żeby wyjść z codziennego pędu i cyfrowego świata. Bo jeśli spojrzymy na życie części z nas to naprawdę jest niewiele momentów, które zmuszają do tego, żeby odłożyć telefon i komputer i zostawić głowę gdzie indziej. A ogródka po prostu nie da się uprawiać z telefonem w ręku.

(Fot. Michał Lichtański)

Dominika Krzych i Kasia Basiewicz stworzyły pierwszy w Polsce portal o miejskim ogrodnictwie www.inspekty.pl i są autorkami serii ebooków „Poradniki miejskiego ogrodnika”. Mieszkają w Krakowie i od pięciu lat są samozwańczymi miejskimi ogrodniczkami. Stworzyły mały ogródek w mieście, bo chciały pokazać sobie i swoim dzieciom, że „się da”. Potem powstał blog dokumentujący ich działania, który szybko zmienił się w portal o miejskim ogrodnictwie. Na co dzień udowadniają, że małe działania mogą przynosić wielkie rezultaty. Wierzą, że miejskie ogrodnictwo może zmienić nasze miasta i nasze życia.

Polecamy: „Miejskie ogrodnictwo, czyli jak uprawiać jedzenie w mieście”, Dominika Krzych, Kasia Basiewicz, Wydawnictwo Znak JednymSłowem. (Fot. Wydawnictwo Znak)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze