1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Dlaczego powinniśmy polubić owady? Odpowiada norweska biolożka Anne Sverdrup-Thygeson

Anne Sverdrup-Thygeson jest wykładowczynią na Norweskim Uniwersytecie Nauk Przyrodniczych. (Fot. materiały prasowe)
Budzisz się jutro rano i nie ma muszek, pszczół, trzmieli, chrząszczy. Nie ma kwiatów, nie ma plonów z zapylanych przez nie roślin, no i cały recykling, który nam zapewniają – także znika. Nie ma ptaków i ryb, nie ma świata, który znamy. Ale życie nadal jest. O tym, dlaczego powinniśmy polubić owady, opowiada norweska biolożka Anne Sverdrup-Thygeson.

Wiosną i latem każdy dom w Polsce przypomina pole walki: zabijamy muchy, komary, osy, tłuczemy pająki.
Wszystko, co złe, składamy na karb tych małych istot. Nie mamy pojęcia o dobrych rzeczach, które dla nas robią. Zabijanie komarów oczywiście nie doprowadzi do owadziej apokalipsy, ale to przejaw tego, jak patrzymy na te gatunki. Moją odpowiedzią na nasz stosunek do przyrody jest trochę szalony apel, żeby wszyscy pokochali owady, zwłaszcza te małe, brzydkie, dziwne, śluzowate, o sześciu kończynach. Te wszystkie stworzenia, o których ludzie zwykle nie myślą – a jak już zwrócą na nie uwagę, to ich nienawidzą – często ratują nasze życie. Jak skrzypłocze, dzięki którym mamy szczepionki, czy mrówki, dzięki którym powstają antybiotyki. Nie mówiąc o tych, które czynią nasze życie przyjemniejszym albo znośniejszym, jak taka niepozorna muszka czekoladowa, która zapyla kwiaty kakaowca.

To kwestia wychowania czy także tego, że – jak podają badania – każde kolejne pokolenie spędza więcej czasu w domu?
Oczywiście kiedy mieszkasz w mieście, trudniej jest ci dotrzeć do przyrody. Choć akurat w Norwegii jest inaczej. Ludzie spędzają tu mnóstwo czasu na dworze, także w miastach mamy blisko do natury. Ja też mieszkam niedaleko lasu i kiedy w pandemii regularnie wychodziłam z domu, widziałam wiszące między drzewami hamaki. Wtedy wszyscy chodzili do lasów i parków, nawet nastolatki. Siedziały w tych hamakach i gadały, co było dość irytujące, bo liczyłam na chwilę wyciszenia, a tu pełno ludzi. (śmiech) Choć też, tak jak panią, mocno poruszyły mnie badania pokazujące, że jeśli uda ci się dożyć stu lat, to 90 z nich spędzisz we wnętrzach domu.

Mam jednak poczucie, że nawet jeśli przebywamy na łonie natury, to nasza postawa jest taka, że lubimy, jak jest estetyczna, uporządkowana, niekoniecznie z owadami.
Ludziom wydaje się, że z naturą wszystko jest w porządku. Nie uświadamiają sobie, jak wiele się w ich otoczeniu zmieniło. Co oznacza, że nikt nie reaguje na przykład na ubytki w populacji owadów, w związku z tym trudno przekonać polityków do wprowadzania zmian systemowych czy zmienić stosunek ludzi do owadów. Dlatego tak ważne jest, żeby więcej o tym rozmawiać.

Jesteś biolożką, wykładowczynią na Norweskim Uniwersytecie Nauk Przyrodniczych. Kiedy zdecydowałaś się zamienić swoją pracę w misję?
Pięć lat temu norweski wydawca zapytał mnie, czy napiszę podręcznik o owadach Norwegii. W tym czasie pisałam krótkie teksty do jednego z norweskich dzienników o owadzich zwyczajach. Odpowiedziałam, że chcę napisać książkę o owadach, ale taką, w której opowiem o tym, dlaczego to takie wspaniałe istoty. Zgodzili się, a książka okazała się ogromnym sukcesem w Norwegii i za granicą. Cieszyłam się, że znalazłam właściwy język, by opowiadać o owadach, a czytelnicy rozumieli wagę rzeczy, o których piszę. Poczułam, że mam szansę stać się głosem tych gatunków, bo niewielu mówi w ich imieniu i broni ich, a zasługują przecież na wsparcie. Sama świadomość, że robię coś istotnego, daje mi dużo energii. Pewna amerykańska recenzentka napisała, że po przeczytaniu mojej książki chciała otworzyć okno i wykrzyczeć te wszystkie niesamowite rzeczy, jakich się właśnie dowiedziała o owadach. O to mi chodziło! Bo gdy ludzie mówią, że boją się owadów, to czytanie o nich, poznawanie ich zwyczajów może przemienić strach w zainteresowanie, a to dla mnie największa nagroda.

No właśnie, trzeba znaleźć właściwy język, by opowiedzieć owadzie historie. A my dzielimy owady na te pożyteczne, urocze i na te brzydkie i złe.
Trzeba to zmienić. Powinniśmy sobie uświadomić, jakimi szczęściarzami jesteśmy, że żyjemy na tym zielonym punkcie we wszechświecie wraz z 10 milionami innych gatunków. Pora, by wziąć odpowiedzialność za swoje działania. Tylko trzeba o tym umieć mówić.

Jak?
Gdy idę z tym do polityków, to mówię im o kosztach. Na przykład o tym, że każdego roku tracimy 10 proc. światowego produktu brutto z powodu zdegradowanej i zniszczonej przyrody, więc tu chodzi o pieniądze, o pracę dla ludzi. A dla polityków to ważny argument. Trzeba nauczyć się komunikować na różne sposoby, by dotrzeć do różnych ludzi, wierząc, że niektórzy z nich będą mieli wpływ na zmianę. W listopadzie 2019 roku w ramach rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie zmian klimatu przygotowano raport dotyczący bioróżnorodności. Padły w nim słowa, że w najbliższym czasie wymrze milion gatunków – i to zdanie najczęściej cytują dziennikarze. Ale padło też inne, które nie jest powtarzane: że potrzebujemy fundamentalnej zmiany i że establishment będzie jej przeciwny, ale jeśli połączymy siły, to ma to szansę się udać. Zaangażowanie ludzi jest najważniejsze, wpływa na polityków, a przecież to my ich wybieramy i rozliczamy z ich działań.

W drugiej połowie tego roku w Kanadzie odbędzie się COP 15 – konferencja ONZ w sprawie zmian klimatu, poświęcona bioróżnorodności. Tam światowi liderzy mają zdecydować, jakie decyzje podjąć w kwestii dbania o przyrodę. Napisałam książkę o znaczeniu bioróżnorodności dlatego, że chciałam dać czytelnikom wiedzę potrzebną do tego, by na konferencję w Kanadzie wysłali polityków świadomych tego, czego od nich oczekujemy.

Politycy i aktywiści są jak dwa odrębne plemiona. Pierwsi traktują drugich jak dzieci.
A jak myślisz, czemu tak jest?

Może z powodu metod, jakie wybierają aktywiści... Jak przykuwanie się do drzewa czy statku. Politykom wydaje się to niepoważne.
Podczas pewnego badania psychologicznego, które miało odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie niechętnie zmieniają zdanie, badacze podzielili uczestników na dwie grupy, które się od siebie skrajnie różniły. Potem do każdej z tych grup wysłali kogoś z przesłaniem zawierającym nową informację, która mogła zmienić ich opinię. I okazało się, że to, co ma wpływ na zmianę naszego zdania, to nie informacja, ale wygląd osoby, która do nas przychodzi, to, czy możemy się z nią utożsamić. Jeśli grupę biznesmenów odwiedziła osoba wyglądająca jak hipis, nie miała wpływu na zmianę ich opinii. Ale jeśli ta osoba była ubrana jak biznesmen, zmieniali swoje zdanie. Dlatego tak ważne jest, żeby dotrzeć do różnych grup ludzi na całym świecie. Bo nawet jeśli jedna osoba zmieni zdanie, to może wpłynie na zmianę zdania u innych jej podobnych.

Od czego zacząć?
Jeśli w tym roku nie skoszę swojego trawnika, to może mój sąsiad zapyta, czemu tego nie robię, a wtedy będę miała szansę mu wytłumaczyć, że to dobre dla owadów, bo będą mieć jedzenie. I może on zrobi to samo następnym razem, a potem ktoś inny go o to zapyta. Efekt takiego działania z kolei może sprawi, że będę mniej sfrustrowana i będę chciała nadal się starać wpływać na decyzje innych. Oczywiście to kropla w oceanie, ale w końcu ocean to dużo takich kropli.

Masz pozytywne nastawienie. Czy zdarza się, że jesteś sfrustrowana?
O tak! Mimo to jestem optymistką. Gdybym nią nie była, nie byłabym w stanie tego dłużej ciągnąć. Gdybym nie wierzyła, że moje działania mają wpływ na zmianę świata, nie potrafiłabym pisać książek czy występować na konferencjach i spotkaniach autorskich.

Twoje książki opowiadają wspaniałe historie. Uczysz czytelnika, że leniwiec ma wiele wspólnego z moim awokado, a moja kawa zależy od życia konkretnego gatunku komara.
Historie są bardzo ważne, w końcu opowiadamy je sobie od 300 tysięcy lat. Historie nas ze sobą wiążą. W dodatku jeśli snujesz je z zaangażowaniem, to angażujesz też w to innych ludzi. Dlatego kiedy tylko mam okazję mówić o owadach podczas spotkań autorskich, opowiadam tylko o zabawnych i miłych rzeczach. Nie mówię o ich wymieraniu, bo wiem, że zawsze ktoś o to zapyta. A jeśli ktoś zadaje takie pytanie, to tak naprawdę zna już odpowiedź. Wtedy można wziąć za nią odpowiedzialność, a to angażuje ludzi.

Ale Twoje historie wywołują także silne emocje.
Jedna z moich ulubionych to ta, jak martwy wieloryb opada na dno. Niesamowite byłoby móc zobaczyć tego giganta, który staje się bufetem dla istot żyjących w ciemnych głębinach morza. W dodatku jego martwym ciałem żywią się osedaksy, rodzaj pierścienic, które nawet nie mają otworu gębowego. A z kolei w nich mieszkają samce, które są wielokrotnie mniejsze od samic. Aż zaczęłam się zastanawiać, jak malutki musiałby być mój mąż, żeby żyć we mnie. (śmiech) Ważnym dla mnie odkryciem była też opowieść o skrzypłoczu, zwanym z angielska krabem podkowowym (z powodu kształtu pancerza). To dzięki jego błękitnej krwi mamy dziś szczepionki na COVID-19, a nikt o tym nie wie. Żyjemy bezpiecznie właśnie dzięki tym zwierzętom, a jednocześnie swoim działaniem sprawiamy, że są na granicy wyginięcia. Czy to nie jest paradoks?

Jak możemy to zmienić? Jak utrzymać bioróżnorodność?
Trzeba działać z każdej strony – edukacji, aktywizmu, informowania i lobbowania, wykorzystując różne argumenty, środki i drogi do celu. Weźmy Gretę Thunberg, która mówi: „Chcę, żebyście zaczęli panikować”, i na wielu ludzi taki przekaz robi wrażenie, choć oczywiście na niektórych działa tak, że zamykają się w sobie i odwracają wzrok. Choć obie z Gretą chcemy tego samego, ja wybieram drogę, która mówi: „Spójrzcie na te cudowne istoty, które ratują nasze życie. Są zbyt piękne i zbyt cenne, żeby pozwolić im odejść, dbajmy o nie, a przez to także o bioróżnorodność”.

Największe zagrożenia wiążą się z naszą działalnością na dużych areałach ziemi, jak wylesianie czy wycinka drzew. Albo używanie pestycydów czy agresywnych środków ochrony roślin w rolnictwie. Jest tyle sposobów, żeby coś z tym zrobić. Zmiana stylu życia jest podstawą, ale do tego powinny dojść rozmowy, docieranie z dialogiem na poziomie parlamentu i samorządu. Politycy z kolei powinni tworzyć regulacje wspierające osoby dokonujące zielonych wyborów. Zmiana jest możliwa, tylko trzeba przyspieszyć, bo kończy nam się czas.

Planeta bez owadów? To chyba niemożliwe. Raczej bez ludzi.
Przywołuje pani nagłówki niektórych gazet, wieszczące, że za sto lat znikną wszystkie owady. Trzeba jasno powiedzieć: tak się nie stanie. To my znikniemy, a owady sobie poradzą, nie wszystkie, ale sporo zostanie. A gdyby miały zniknąć, to na pewno my znikniemy wcześniej. Zapominamy, że gościmy na Ziemi kilkaset tysięcy lat, a owady są tu 400 milionów lat, to duża różnica. Świat bez owadów byłby inny od tego, który znamy, i nie byłby dla ludzi, których dziś znamy. Jeśli wyobrazimy sobie, że budzimy się rano w rzeczywistości, w której nie ma owadów, to w efekcie zniknęłaby też większość roślin, bo w końcu to owady je zapylają. Nie ma kwiatów, nie ma plonów z roślin przez nie zapylanych, cały recykling, który nam zapewniają, także znika. Nie ma ptaków i ryb, nie ma świata, który znamy. Ale życie jest nadal. Czasem sobie myślę, że może nie będziemy w stanie ocalić ludzi przed wyginięciem, ale przynajmniej damy planecie kolejne 65 miliardów lat i życie na niej będzie trwało. Mimo to nadal mamy dużą szansę, by tu zostać, bo jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami.

Anne Sverdrup-Thygeson „Terra insecta. Planeta owadów”, wyd. Znak. Fascynująca opowieść o stworzeniach, które rządzą światem. (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze