1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Santiago de Compostela – druga młodość stolicy hiszpańskiej Galicji

Santiago de Compostela – widok na wieże katedry, tyły ratusza. Kilkaset metrów poza centrum miasto ustępuje miejsca zielonym wzgórzom. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 16 Zdjęć
Dla pielgrzymów Santiago de Compostela od wieków stanowi upragniony kres drogi. Stolica hiszpańskiej Galicii – przeżywająca ostatnio drugą młodość – jest jednak pełna ludzi, którzy wytyczają w mieście własne, niekoniecznie pątnicze ścieżki.

Portyk Chwały, dawne wejście do katedry w Santiago de Compostela, ma prawie tysiąc lat i nie przestaje zachwycać. Tym bardziej że właśnie odmłodniał. – W 2018 roku zakończyła się trwająca 12 lat restauracja – opowiada moja przewodniczka Merichel Vicente Rey. Konserwatorzy usunęli z rzeźb nagromadzony brud, a także – zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem – podmalowali je. Święci i aniołowie znów mają barwne szaty, a na policzkach róż. Teraz dzieło romańskiego rzeźbiarza Mistrza Mateo nie ma w sobie nic z kojarzącej się ze sztuką średniowiecza surowości i schematyczności. Poszczególne twarze wyraźnie różnią się od siebie, artysta na każdej z nich odmalował inną emocję.

Zwiedzanie Santiago de Compostela zaczynam od katedry. Nie sposób inaczej: to chyba jedyne miasto w Europie zbudowane wokół grobu, a szczątki Świętego Jakuba znajdują się właśnie w świątyni. Wedle legendy ciało apostoła przypłynęło do Galicii (nie mylić z polską Galicją) w kamiennym sarkofagu, a w IX wieku relikwie odkrył pustelnik, którego na miejsce doprowadziły gwiazdy. I stąd nazwa: Santiago to po hiszpańsku Jakub, Compostela nawiązuje zaś do łacińskiego campus stellae [pole gwiazd].

Płaskorzeźby zdobiące katedralną Porta Santa – bramę otwieraną dla pielgrzymów tylko w latach, gdy wspomnienie Świętego Jakuba przypada w niedzielę. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Aby otrzymać compostelę, certyfikat potwierdzający odbycie pielgrzymki, rowerzyści muszą pokonać przynajmniej 200 kilometrów jednego ze szlaków do Santiago. Pieszym wystarczy 100 kilometrów. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Widok na wieże katedry, tyły ratusza i Rúa das Hortas, ulicę Ogrodów. Kilkaset metrów dalej miasto ustępuje miejsca zielonym wzgórzom. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Wieść o znalezisku dotarła do władającego północą dzisiejszej Hiszpanii króla Asturii, Alfonsa II. Władca wyruszył ze swej rezydencji w Oviedo do Santiago, stając się pierwszym pielgrzymem. Wkrótce w jego ślady poszły tysiące pątników z całej Europy, a miasto wyrosło na jeden z najważniejszych celów chrześcijańskich peregrynacji, ustępując tylko Jerozolimie i Rzymowi. Nie przyjął się za to szlak wytyczony przez Alfonsa, nazywany obecnie Camino Primitivo. O wiele popularniejsza okazała się Droga Francuska, wiodąca nie przez góry na północy Hiszpanii, lecz przez równinną mesetę. Właśnie tą trasą przybywa dziś do Santiago większość z prawie 300 tysięcy pielgrzymów rocznie. Wielu nadal pozdrawia się średniowiecznym zawołaniem „Ultreia!”, czyli „Naprzód!”.

Alfons II ufundował też kaplicę – protoplastkę katedry. Obecna świątynia z przełomu XVII i XVIII wieku to już jej czwarte wcielenie. Nawa główna zachowała romański charakter, ale Portyk Chwały zasłonięto barokową fasadą. – I tak łaskawie. Portyk Raju, inne dzieło Mistrza Mateo, zburzono i wykorzystano jako sypany pod fundamenty gruz... – wzdycha Merichel. Nie wszystko jednak przepadło. Merichel prowadzi mnie pod portyk na Praza das Praterías, po południowej stronie katedry. – Niektóre rzeźby są wykonane z jaśniejszego marmuru – wskazuje wyobrażenie żywota Chrystusa i wygnania z raju. – To kawałki Portyku Raju, którymi w XVIII wieku uzupełniono ubytki powstałe podczas zamieszek w średniowieczu. Przez kilkaset lat w tych miejscach ziały dziury – opowiada. Katedra, która wydawała się symbolem niewzruszonej, zastygłej w kamieniu przeszłości, okazuje się tkanym, prutym i łatanym przez wieki patchworkiem.

Korzenie przyszłości

Patchworkiem jest też całe Santiago de Compostela. Dla pielgrzymów stanowi ono niezmienny od wieków cel. Na Rúa das Casas Reais, jednej z głównych ulic starówki, mijam ich co krok: maszerują ze wzrokiem utkwionym w kamienne płyty pod stopami, wypatrując wyznaczających szlak muszli. Myślami są już pewnie przed katedrą, na Praza do Obradoiro, i nie zważają na mijane cuda – z klasztorem San Martiño Pinario na czele, którego barokowe wnętrze przyćmiewa złotym blaskiem wszystkie inne kościoły w mieście. Tłok panuje także na Rúa Nova, Rúa do Vilar czy Rúa do Franco, głównych deptakach ze sklepami i restauracjami z menu w wielu językach. Wystarczy jednak skręcić w którąś z bocznych uliczek, by umknąć przed gwarem i przekonać się, że Santiago to nie tylko dodatek do relikwii w katedrze.

Na Ruela da Oliveira rośnie jedna z ostatnich oliwek w Santiago. Odkąd w XV wieku królowa Izabela Kastylijska obłożyła Galisyjczyków wysokim podatkiem na oliwę, karząc ich za poparcie swej rywalki do tronu, drzew tych niemal się w regionie nie uprawia. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Stoliki baru Entre-Rúas stoją w najwęższej uliczce w Santiago. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Praza da Quintana po wschodniej stronie katedry do końca XVIII wieku był cmentarzem. Jego dolną część do dziś nazywa się do Mortos, czyli placem Umarłych. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Wzniesioną w XVI wieku Torre del Tesoro, górującą nad Praza das Praterías, wieńczy dach w kształcie piramidy, wzorowany na budowlach ze zdobytego wówczas imperium Azteków. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Miasto, niczym Portyk Chwały, także nabrało ostatnio barw i zyskało nowe życie. Po śmierci generała Franco i demokratyzacji Hiszpanii wybrano je na stolicę wspólnoty autonomicznej Galicii. Oznaczało to awans oraz impuls do rozwoju. Merichel zabiera mnie w miejsce będące jednym z jego symboli – Cidade da Cultura. Budowany przez kilkanaście lat kompleks instytucji kulturalnych na wzgórzu na obrzeżach miasta to inwestycja kontrowersyjna ze względu na bombastyczność – z lotu ptaka przypomina ponoć muszlę przegrzebka, czyli symbol pielgrzymów – oraz znaczne przekroczenie budżetu, ale wyraża ambicje Santiago do bycia ośrodkiem kultury nie tylko religijnej.

Wchodzimy do muzeum w jednym z gmachów falujących niczym galisyjskie wzgórza. Wewnątrz – jak przystało na futurystyczne otoczenie – wystawa „Galicia przyszłości”. I niespodzianka: zamiast kosmicznych wizji i cyborgów witają nas stroje przebierańców z wiejskich karnawałów i ludowe amulety z chleba z sanktuarium w San Andrés de Teixido. Na obrazach Marujy Mallo, awangardowej XX-wiecznej malarki, miejski gwar i dziewczyny w strojach kąpielowych sąsiadują z wiejskimi kościółkami i figurami świętych. A nowoczesne akcenty? Na nagraniu wideo zapytany o przyszłość nastolatek snuje wizję rodzinnego gospodarstwa, w którym roboty i komputery będą mu pomagały dbać o krowy; obok sekcja poświęcona naukowcom pracującym nad rewolucyjnym lekiem na bazie… wyciągu z małży, będących podstawą lokalnej kuchni.

– Galicia to wiejski region – uśmiecha się Merichel, widząc moje zaskoczenie. – Nasza tożsamość bazuje na tradycji, związkach z oceanem, przyrodą, ziemią. Santiago jest nieduże, wystarczy kwadrans, by przejść spacerem z zabytkowego centrum w zieleń – opowiada. Ona sama, choć wybrała miejskie życie, pochodzi ze wsi. Jej rodzice pracują na roli, odwiedza ich, gdy tyko może. – Spędziłam z nimi cały lockdown. Kopaliśmy razem w ogrodzie, chodziłam z psem po polach i lesie. Dobrze wspominam ten czas. Czułam się u siebie.

Hostal de los Reyes Católicos – niegdyś przytułek dla pielgrzymów, dziś parador, czyli luksusowy hotel – ma nietypowy dla Santiago portal w stylu plateresco. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
(Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
Tradycyjna muzyka galisyjska, grana głównie na dudach, rozbrzmiewa na ulicach podczas majowych Fiestas de la Ascensión. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
W olbrzymim klasztorze San Martiño Pinario mieści się muzeum sztuki religijnej. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Wydobyć esencję

Jak na wsi można poczuć się też w A Horta d’Obradoiro, jednej z najlepszych restauracji w Santiago. Stoliki rozstawiono pośród zieleni, grządek, drzew owocowych. Zza jednego z nich widać wieże katedry, wznoszącej się ledwie kilka minut spacerem stąd. Na talerzach królują za to dania wybitnie współczesne i wybitnie lokalne: tuńczyk podwędzany na węglu drzewnym, przypominające brzytwy małże navajas, morszczuk z bulionem na ościach. Słowem, galisyjska nouvelle cuisine. – Najpierw produkt, potem kucharz. To nasza zasada – zastrzega Kike Piñeiro, autor wszystkich tych smakowitości. – Etap kuchni molekularnej mamy w Galicii szczęśliwie za sobą. Teraz szefom zależy po prostu na wydobyciu esencji produktów, które dostajemy od oceanu i od ziemi.

Kike Piñeiro i Eloy Cancela wspólnie prowadzą restaurację A Horta d’Obradoiro w kamiennym domu z końca XVII wieku. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Liczba mnoga jest uzasadniona. Santiago wyrosło ostatnio na gwiazdę współczesnej kuchni galisyjskiej, przyciągającą najlepszych szefów w regionie. Restaurację La Radio otworzył tu posiadacz gwiazdki Michelin Pepe Solla, Juan Carlos Somoza zrezygnował zaś z dwóch gwiazdek, by rozpocząć kolejną kulinarną przygodę w lokalu A Noiesa. Żaden z nich nie celuje w gusta pielgrzymów ani turystów.

– W Santiago są uniwersytet, szpital, xunta, czyli autonomiczne władze regionu, są pracownie architektoniczne. Miasto może i wygląda na średniowieczne, ale mieszkańców ma rodem z XXI wieku – przekonuje jubiler Antonio Ibañez, który wraz ze współpracowniczką José Castro prowadzi atelier Noroeste Obradoiro. Podobnie jak wspomniani szefowie kuchni kierują swoje dzieła do inteligenckiej klasy średniej. I choć ich tworzywem są srebro i kamienie, a nie ryby, skorupiaki i warzywa, to przyświeca im podobna filozofia. – Inspiruje mnie przyroda, zwłaszcza ocean – wyznaje José. W jej minimalistycznych naszyjnikach i bransoletkach widać nawiązania do muszli, morskiej piany, wodorostów, gdzieniegdzie srebrne nitki układają się w pasma chmur gnanych przez słony wiatr. – Santiago od wieków jest miastem ofebreros, rzemieślników pracujących w srebrze. Ale tworzą oni głównie przedmioty liturgiczne: kielichy, monstrancje, szkatuły, biżuterię religijną – wylicza artystka. – My dzielimy z nimi fach, ale odwołujemy się do natury, kapryśnej pogody. Do esencji Galicii.

Antonio Ibañez i José Castro nazwali swoje atelier Noroeste Obradoiro, czyli Pracownia „Północny Zachód”, w hołdzie dla Galicii. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Podobną ścieżkę obrała kiedyś Susi Gesto, ich sąsiadka z juderíi, dawnej dzielnicy żydowskiej. Nosi nazwisko szanowane wśród lokalnych ofebreros. W srebrze pracowali jej dziadek i ojciec, a maleńka pracownia jest pełna rodzinnych pamiątek. – Używam narzędzi i warsztatu taty – artystka dotyka poszczerbionego drewna, dłut, obcążków. – Ale początkowo wcale nie chciałam pracować jak on: robić filigranu ani ozdób z typowego dla Santiago gagatu [czarny, lśniący minerał, odmiana węgla brunatnego – przyp. red.]. Jako dwudziestokilkulatka stworzyłam pierwszą autorską kolekcję. Nazwałam ją „A Orixe”, czyli „Do źródeł”, bo inspirowałam się przyrodą. Pojechałam z nią do Paryża, ale w ostatniej chwili wrzuciłam do walizki dwa czy trzy naszyjniki taty. I to one zrobiły furorę! A mnie zrobiło się głupio, że wstydziłam się własnych korzeni.

Wiele swoich sapos Susi Gesto stworzyła na indywidualne zamówienie, wplatając w projekty motywy związane z życiem osób, dla których były przeznaczone. (Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)
(Fot. Julia Zabrodzka, Bartek Kaftan)

Wróciła do tradycji, ale na własnych warunkach. Jej ulubionymi wzorami są sapos, naszyjniki wywodzące się ponoć z amuletów noszonych przez galisyjskie chłopki. W wydaniu Susi to misterne, kilkunastocentymetrowe ozdoby na dekolt lub plecy, pasujące do najelegantszych wieczorowych kreacji. Jest w nich filigran, bywa gagat. – Początkowo podśmiewano się, że poszłam w folklor. Ale dałam tradycji oddech – przekonuje. Tata spogląda na jej dzieła i spracowane dłonie z fotografii na ścianie. Byłby dumny? Pewnie tak. W końcu, jak przekonują Antonio i José: „Czas nigdy się nie zatrzymuje, nawet w naszej szacownej Composteli”. Mówili tak kilka lat temu, dziękując za przyznanie im dorocznej nagrody dla galisyjskich mistrzów rzemiosła: „Nie jesteśmy już kresem drogi – jesteśmy początkiem niezliczonych dróg”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze