1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

DJ Wika – niezgoda na szarą starość

Wirginia Szmyt, czyli DJ Wika (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)
Ma 84 lata i jest najstarszą didżejką w Polsce (a może i na świecie!). Wirginia Szmyt, czyli DJ Wika, całą sobą przełamuje stereotyp polskiej seniorki. Publikujemy fragment wywiadu, który w książce „Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet” przeprowadziła z nią Alicja Długołęcka.

Nie przyszłam, żeby z panią rozmawiać o bardzo osobistych sprawach. Ale też nie przyszłam do DJ Wiki, lecz do dojrzałej kobiety, która żyje w świadomy sposób. Jestem psychoterapeutką i wykładowczynią, a nie dziennikarką.
Wobec tego ludzkie sprawy nie są pani obce. Akurat pracuję z taką grupą społeczną seniorów... Już prawie dwadzieścia cztery lata. Kiedy odeszłam na emeryturę, pozostałam na niej jedynie przez rok. Na początku się ucieszyłam, pomyślałam, że wreszcie odpocznę, ponieważ wcześniej pracowałam z chłopakami po wyrokach sądowych.

Naprawdę?!
Tak. Jestem pedagogiem specjalnym. Kończyłam pedagogikę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ale robiłam specjalizację w szkole im. Marii Grzegorzewskiej, rok po jej śmierci. Z oligofrenii. I najpierw pracowałam w Szkole Życia z głęboko upośledzonymi dziećmi. Muszę pani powiedzieć, że ja zawsze kocham to, co robię. Po prostu kocham! Ja się w tym zatracam. Całym swoim sercem uczyłam te dzieci tańczyć. Potem zainspirowała mnie resocjalizacja, ponieważ uczyłam języka polskiego w szkole, do której uczęszczały chłopaki z ośrodków wychowawczych. Postanowiłam zająć się resocjalizacją i przepracowałam z takimi uczniami do emerytury. Zaczęłam jako wychowawca, a skończyłam jako dyrektor zakładu. Przeszłam po wszystkich szczeblach kariery w tej placówce. Czułam się spełniona zawodowo.


Jak pani dba o zdrowie, że ma pani tak niesamowitą kondycję? To pewnie kwestia genów, ale czego jeszcze?
Powiem pani, że przed wszystkim muszę mieć spokój. Nie prowadzę bujnego życia towarzyskiego. Nie korzystam z zaproszeń do odwiedzin, ponieważ potrzebuję odpocząć. W ciszy.

Czyli pani nie tylko wie, co to jest higiena psychiczna, ale stosuje ją na co dzień! Można odnieść wrażenie, że pani bryluje w towarzystwie, a tymczasem ma pani swój bardzo intymny świat.
Muszę mieć ciszę. Potrzebuję całkowitej izolacji. Wtedy sprzątam. A jak zabieram się do sprzątania, to robię to na całego. Wczoraj, kiedy przyjechałam zmęczona po występach, zajęłam się praniem i porządkami. Muszę mieć wszystko poukładane, żeby móc spokojnie usiąść. Nie chcę wtedy niczyjego towarzystwa.

Lubi pani być ze sobą?
Muszę mieć w domu spokój. Nie potrzebuję jechać nad morze, żeby go doświadczyć. Tę przyjemność dają mi moje zwierzaki. Ich towarzystwo mi wystarczy. Jeśli na przykład brakuje mi czegoś w lodówce, zadowolę się płatkami owsianymi. Ale jeżeli moje zwierzęta nie mają co jeść, od razu idę do sklepu. Kiedy jestem w domu, robię sobie kucyk, smaruję twarz kremem, depiluję nogi. Zajmuję się sobą. Wszystko w absolutnej ciszy. Nawet telefon wyłączam. […] Muszę mieć taki wentyl bezpieczeństwa.

Fajne jest to, co pani mówi, dotyczy bowiem przede wszystkim higieny psychicznej. Dobrze słuchać, jak pani o siebie dba... Pani mama miała słabe serce, a który z układów u pani niedomaga?
Ja to chyba wszystko mam słabe (śmiech). Mam endoprotezę i słabe kości. Doskwiera mi też niedosłuch. Powinnam nosić aparat. Mam nawet aparat, ale denerwuje mnie, kiedy zakładam dodatkowo maseczkę. Aparat, maseczka, okulary… ile można?! A moje ucho, proszę zobaczyć, jakie jest małe. Za małe uszy mam na to wszystko. Gdybym miała takie wielkie, muzyczne uszy, to zakładałabym ten aparat. A tak to nie mogę. I wzrok już nie ten. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam w sanatorium. W gabinecie odnowy też nie. Ani u kosmetyczki. Jeśli byłam trzy razy u fryzjera w całym swoim życiu, to wszystko.

Co według pani, z perspektywy osobistych doświadczeń, jest istotne w dojrzałości?
Trzeba mieć odwagę do bycia sobą.

A skąd ją czerpać?
Uważam, że bycie sobą daje człowiekowi poczucie szczęścia i wolności. […] Kiedy gram, też nie zakładam, że wszyscy będą to lubić. Jedni wolą, jak gra ktoś młody, a inni jak starsza pani. Nie rywalizuję z didżejami o miano najlepszej. Niektórzy tak o mnie piszą, myśląc, że sprawiają mi tym przyjemność. Ale mój przekaz jest zupełnie inny. Chciałam zawalczyć o godne przemijanie i godną starość. Zaczęłam pracować z seniorami w latach dziewięćdziesiątych, u nas wtedy w ogóle nie mówiło się o starości. A ja akurat wróciłam z placówki, po pięciu latach w Szwajcarii.

Jako żona dyplomaty byłam obyta z innym światem. Na wernisażach czy przyjęciach miałam okazję widywać dużo osób wywodzących się z różnych kultur, nie tylko europejskich. Towarzyszyłam też mężowi w licznych podróżach, gdzie mogłam zobaczyć, jak żyją inni ludzie. Szczególnie interesowała mnie młodzież i osoby starsze. Takie dwie grupy. I porównywałam to z tym, jak jest u nas.

Czy coś panią zainspirowało w tym świecie w odniesieniu do starszych ludzi?
Tak. Pojawiła się we mnie niezgoda na to, jak jest w Polsce, na szarość, ponurość, smutek. Starość to u nas tylko krzyż, modlitwa i kościół. I to mnie niesamowicie uderzyło, ponieważ uważam, że pewne sprawy są tylko moim wyborem.

Po powrocie z zagranicy przez rok siedziałam w domu, a potem dostałam propozycję, żeby zorganizować jakieś artystyczne zajęcia dla seniorów. W zakładzie organizowałam z chłopakami teatrzyki, żeby mogli wyrazić swój smutek, żal i inne emocje. Chodziło o coś podobnego. Wciąż pamiętająca jeszcze inny świat poszłam do tego klubu seniora w piwnicy czy w jakiejś suterynie i zobaczyłam te biedne osoby w moim wieku. Miałam wtedy sześćdziesiąt lat. Starzy ludzie siedzący przy cieniutkiej, słomkowej herbatce. I te ich choroby... Matko Boska… To był szok kulturowy. Ten piwniczny zapach i widok drepczących po chodniku nóg przez okno. Dlaczego istnieją dwa tak odmienne światy? Dlaczego starość ma tak wyglądać?

Nie miała pani na to zgody.
Absolutnie nie. Założyłam kabaret Ferajna w Warszawie na Ochocie. I napisałam teksty – „Moje życie wierszem i piosenką malowane”. Już w pierwszym roku pojechaliśmy na Ogólnopolski Przegląd Twórczości Artystycznej Seniorów do Bydgoszczy. I proszę sobie wyobrazić, że dostaliśmy jako zespół wyróżnienie, a klub otrzymał sześćset złotych. Pomyślałam sobie, że skoro odnieśliśmy taki sukces, to chyba mogę coś pisać. I kiedy wróciliśmy z tą nagrodą, powiedziałam, że nie będę pracować w tym klubie, ponieważ nie mam zamiaru siedzieć w piwnicy. Dostałam więc nowy klub ze sceną i wielką salą – Ikar na Alei Krakowskiej w Warszawie. I zaczęłam tam od nowego roku pracę. Założyłam zespół estradowy, wokalny, taneczny, a także kabaret Wiagra.

Super nazwa.
Organizowałam wieczorki dwa razy w tygodniu, w każdy czwartek i sobotę. Czwartek był dniem edukacji dla seniorów.

Właśnie chciałam zapytać, czy myśmy się przypadkiem nie zetknęły. Być może zapraszała mnie pani na prelekcję o seksie dla seniorów. Prowadzę je od lat i jeżdżę w różne miejsca. Odnoszę wrażenie, że wiele lat temu mogłyśmy się spotkać.
Tak, zapraszałam różne osoby na prelekcje. Buddystów, księży ze wszystkich warszawskich kościołów, chrześcijańskich i niechrześcijańskich. Z synagogi też. Byli u nas zielonoświątkowcy i świadkowie Jehowy.

Jeszcze prawosławnych zabrakło.
Też zapraszałam. Był ksiądz Jerzy Szurbak ze swoim chórem. Robił nam wigilię. Śpiewali wigilijne pieśni w różnych językach. Pracowałam tam pięć lat, a potem nastały zmiany i się skończyło. Odeszłam do pubu Bolek na Polach Mokotowskich, bo tam przeniosła się Fundacja Wspierania Inicjatyw Artystycznych Seniorów i Młodzieży, która zaproponowała mi pracę. I ja w tym pubie grałam. Stworzyłam jeszcze Przegląd Amatorskiej Twórczości Artystycznej Seniorów. Uważam, że seniorom był potrzebny ktoś taki jak ja. Dziennikarz Tomasz Kin powiedział, że wyciągnęłam temat seniorów spod dywanu. A ESKA TV zrobiła ze mną pierwszą reklamę w ramach akcji promocyjnej stacji: „Stara? Chyba TY!” To taka moja jednoosobowa osobista walka ze stereotypem, ale mówią, że kropla drąży skałę.

Dokładnie. I tak jest z naszą świadomością. Chodzi o jeden bodziec, który burzy jakieś konstrukty. I pani to robi od lat. Czego żałują kobiety seniorki? Co zwraca pani uwagę?
Uważam, że pozycja kobiet w Polsce zależy od nas samych. Nasze życie od nas zależy. Przecież mogłabym stać w oknie jak doniczka.

No, mogłaby pani, ale tak nie jest.
Moje sąsiadki już tak siedzą, wyglądają jak te doniczki w oknach.

A dlaczego nam, kobietom, brakuje odwagi?
Ponieważ boimy się samotności, tego, że będzie jeszcze gorzej.


A jak pani wspomina okres menopauzy? Kobiety, kiedy są w tej fazie, zazwyczaj strasznie to przeżywają. Jednak z perspektywy lat z reguły wygląda to już inaczej.
Nie wiem, dlaczego kobiety robią z tego taki problem. Dla mnie nie było to nic nadzwyczajnego. Po prostu przestałam mieć okres i kropka.

A było coś w tym procesie starzenia, co pani przeżywała? Mam na myśli zmiany dotyczące ciała.
Akceptuję siebie taką, jaka jestem. Nie chodzę na żadne zabiegi. Włosy siwiały mi stopniowo, teraz już są kompletnie białe. Jeżeli mam jakąś imprezę czy inne wydarzenie, stosuję lekko różową płukankę na całe włosy albo jeden kosmyk robię w jakimś kolorze. Postanowiłam, że nie będę farbować włosów. Całe życie byłam blondynką, a teraz po prostu zmienił mi się odcień. Byłam słoneczna, jestem srebrzysta. Poza tym dobrze mi jest w takiej naturalnej wersji. Peruki odpadają, ponieważ źle się w nich czuję. Nie lubię wszystkiego, co sztuczne, z wyjątkiem zębów, bo musiałam sobie zrobić kilka mostków. Ćwiczę i staram się nawilżać ciało. Nie używam takich drogich kremów po sześćset czy siedemset złotych, ale zawsze korzystam ze szwedzkich kosmetyków. Są dla mnie bardzo dobre. Zwłaszcza balsamy do skóry są naprawdę fantastyczne.

Czemu pani to zawdzięcza? Dlaczego udało się pani nie łyknąć tego schematu, zgodnie z którym kobiety bardzo przeżywają proces starzenia się ciała?
Nie przeżywałam starzenia się, ponieważ nawet tego nie zauważałam. Miałam kochającego męża. Uprawialiśmy seks, gdyż oboje byliśmy na tym punkcie zwariowani. Było nam bardzo przyjemnie i z wiekiem nic się w tym obszarze nie zmieniało. Nie dokuczały mi żadne bóle czy zawroty głowy. Po prostu zniknął okres i koniec, kropka. Nie utyłam też z tego powodu. Przez całe życie utrzymuję mniej więcej tę samą wagę, dbam o to. Kiedy zdarza mi się ją przekroczyć, przestaję jeść tłuszcze, zwłaszcza ciasta, które bardzo lubię. Nie wstydzę się starości.

Sympatyzuje pani z jakąś opcją polityczną?
Gram na Strajku Kobiet, jeżeli mnie zaproszą. A także na Paradzie Seniorów i Paradzie Równości. Ponadto grywam dla seniorów na różnych senioradach organizowanych przez ośrodki pomocy społecznej. Nie chcę angażować się politycznie. Nie bardzo znam się na tych wszystkich opcjach. Żyłam w innych czasach, gdzie spojrzenie na różne sprawy było odmienne. Rządziła innego rodzaju prawda. Nie lubię obrażania się i wojen słownych...

Jest pani po stronie pokoju i radości.
Jestem za wolnością, równością, swobodą, byciem sobą. Za prawdą i życiem bez strachu. Uważam, że powinno się żyć zgodnie z własnymi wyborami. Jeżeli człowiek nikomu nie szkodzi i nie przeszkadza, jeśli nikogo nie krzywdzi, ma prawo żyć tak, jak chce. Prawda? Tak uważam. Nie lubię należeć do żadnej partii ani grupy. Nie lubię nigdzie należeć, ponieważ to się wiąże z pewnymi ograniczeniami.

Widzę, że pani w ogóle nie boi się słowa „starość”. Ludzie bardzo różnie reagują, kiedy ktoś używa określeń „stara kobieta” bądź „stary mężczyzna”. A pani jak o sobie mówi? Seniorka, dojrzała, stara, leciwa?
Nie. Jestem starszą panią.

Fragmenty książki „Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet” Alicji Długołęckiej (wyd. Znak). Skróty pochodzą od redakcji.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze