1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dom spod kobiecej ręki – architektura dobra dla planety

Dom spod kobiecej ręki – architektura dobra dla planety

Anna Bać: „Architektura energoaktywna to taka, która wykorzystuje rozwiązania zależne od architekta po to, by zminimalizować zapotrzebowanie budynku na wszelką energię – do grzania, chłodzenia, wentylacji, oświetlenia czy uzyskania ciepłej wody”. (Fot. Marlena Solska; Grupa Synergia)
Anna Bać: „Architektura energoaktywna to taka, która wykorzystuje rozwiązania zależne od architekta po to, by zminimalizować zapotrzebowanie budynku na wszelką energię – do grzania, chłodzenia, wentylacji, oświetlenia czy uzyskania ciepłej wody”. (Fot. Marlena Solska; Grupa Synergia)
Tematem architektek zajęłam się ze złości – wyznaje Agata Twardoch w postscriptum do tego wywiadu, ale i we wstępie do swojej książki. Jej misją stało się przedstawianie profesjonalistek w tym zawodzie. Specjalnie dla nas rozmawia z Anną Bać, zajmującą się architekturą energoaktywną, czyli dobrą dla planety.

Swoje rozmowy z architektkami zaczynam zawsze od początku. Interesuje mnie nie tylko to, co teraz, ale także droga, która sprawiła, że jesteś tu, gdzie jesteś.
Jeżeli ma być od początku, to zacznę od anegdoty, która chyba najlepiej obrazuje, skąd jestem. Wszyscy dziadkowie i wszystkie babcie mojej córki byli architektami. Tatę Moniki poznałam, pracując u jego mamy dla Hundert­wassera w Wiedniu. Jak widać u nas relacje rodzinne od zawsze kręciły się wokół architektury. Tak więc gdy moja córka wybrała, co chce robić w życiu, to oczywiście wszyscy pytali: „Dlaczego nie architektura?”. A ona odpowiadała: „Kiedy moja mama spytała swoją mamę, czy iść na architekturę, babcia powiedziała: nie idź, córeczko. A mama poszła. A kiedy ja spytałam mamę, czy iść na architekturę, mama powiedziała tak samo – nie idź, córeczko – więc nie poszłam”.

Wywodzę się z głęboko pracoholicznej rodziny, w której architektura była wielką pasją. Moi rodzice byli dla siebie miłością swojego życia i stąd się wzięłam, ale drugą miłością, której poświęcili życie, była architektura. Gdy wchodziłam w dorosłość, nawet nie wyobrażałam sobie, że życie może nie kręcić się dookoła pracy i architektury. Moi rodzice właściwie stale zajmowali się swoją pasją, a ja od początku przyjęłam taki model życia za obowiązujący. Pracować zaczęłam jeszcze w liceum, gdy robiłam projekty dla starszych, studiujących już kolegów.

A jak znalazłaś się w latach 90. w Wiedniu u jednego z najsławniejszych architektów drugiej połowy XX wieku?
Studiowałam architekturę na Politechnice Wrocławskiej, ale w czasie studiów dużo czasu spędziłam, pracując poza Polską. Studiowałam przez to osiem zamiast pięciu lat, ale uważam, że to była świetna decyzja – wiele się nauczyłam. Pracowałam jako praktykantka w biurach projektowych w Stuttgarcie i w Bazylei – z tym że w Bazylei pracowałam także w weekendy w ekologicznej pralni i farbiarni i tam zarabiałam więcej niż przez tydzień w biurze. Do Wiednia trafiłam przez przypadek; pojechałam tam zamiast mojego ówczesnego partnera, studenta architektury oczywiście, który z kolei dostał zaproszenie od swojego promotora.

Co robiłaś u Friedensreicha Hundertwassera?
On nie był architektem, lecz artystą i miał niezwykły tryb pracy. Gdy otrzymywał zlecenie, najpierw malował swoją wizję. Na podstawie tego obrazu Peter Pelikan – architekt, jego stały współpracownik i przełożony mojej szefowej – opracowywał część techniczną i wykonywał wstępny projekt, a następnie makietę, prakoncepcję. Na nią Hundertwasser nakładał swój tradycyjny sztafaż: dodawał mozaiki, okienka, wieżyczki. Te modele były filmowane i na tej podstawie ktoś taki jak ja rysował elewacje.

Pracowałam przy projekcie zespołu hotelowego z termami w Bad Blumau w Burgenlandzie. Hundertwasser miał wizję, żeby to były zielone pagórki wychodzące z ziemi. Byłam odpowiedzialna za odwzorowanie elewacji i tworzenie detali. Na przykład rysowałam 74 modele stolarki okiennej i ogromną ilość przeróżnych kolumienek. Makiety fragmentów terenu z budynkami były wykonywane w skali 1:200, więc makieta części takiego kompleksu jak Bad Blumau miała ponad cztery metry wielkości.

Jak to – na etapie makiety nie znano jeszcze funkcji i układu konstrukcyjnego?
Funkcje były ustalane wspólnie, a konstrukcja była bardzo prosta. Wiadomo było, gdzie będą usługi, a gdzie pokoje hotelowe. Hundertwasser był bardzo przywiązany do swojej wizji i jeżeli okazywało się, że któreś z jego okien wypada w środku stropu, to nie można było go przesunąć – trzeba było zostawić ślepe okno z lustrzanym wypełnieniem.

Wygląda na to, że w Wiedniu było ci dobrze, dlaczego wróciłaś?
Urodziłam córkę i okazało się, że austriackie standardy rodziny, w której kobieta zajmuje się dzieckiem, a mąż pracuje zawodowo i po pracy obowiązkowo chodzi na piwo z kolegami – są całkowicie nie dla mnie. Mój ówczesny mąż był wprawdzie Polakiem, ale w Austrii mieszkał całe dorosłe życie i ten model miał całkowicie zinternalizowany. Nie chciałam tak żyć.

W Polsce w tym czasie było inaczej?
Tak, przynajmniej w moim środowisku. Wróciłyśmy z córką do Polski i stworzyłyśmy rodzinę, wtedy tak zwaną patologiczną (teraz patchworkową), z pracującą matką w podwójnej roli. Monika spędzała ze mną wiele godzin w pracowni, pod biurkiem: bawiąc się, jedząc zamawianą pizzę, a nawet śpiąc. W tym czasie startowaliśmy w wielu konkursach i we wszystkich zdobywaliśmy nagrody. Mówiąc „my”, mam na myśli grupę Synergia.

Opowiedz o jakiejś realizacji z tamtego okresu.
Pierwszy wygrany konkurs to był zespół szkolno-przedszkolny na wrocławskich Maślicach – i od razu pierwszy efektywny energetycznie, a nawet zrównoważony obiekt edukacyjny w Polsce. Oszczędny w zużyciu energii oraz wykorzystujący odnawialne źródła, co w 2007 roku nie było jeszcze standardem. Nasza koncepcja konkursowa była oparta na rozwiązaniach w pełni naturalnych, kominach solarnych i podwójnych fasadach szklanych. Opracowaliśmy ją ze znanym londyńskim biurem inżynierskim, niestety, na etapie projektu budowlanego nie mogliśmy sobie na nich finansowo pozwolić. Współpracowaliśmy z polskimi instalatorami i w efekcie powstał obiekt wyposażony w BEMS (building energy management system), czyli system monitoringu i zarządzania automatyką budynku, który przy umiejętnej obsłudze może znacznie zredukować wydatki energetyczne, czyli także koszty. Na etapie projektu ustaliliśmy z wydziałem edukacji, że do jego obsługi zatrudniona zostanie osoba z odpowiednimi kompetencjami. Okazało się jednak, że nie przewidziano takiego budżetu, BEMS działał tylko kilka miesięcy. Teraz wykorzystywane są tylko najprostsze funkcje: pompy ciepła, osłony przeciw­słoneczne i wentylacja mechaniczna nawiewno-wywiewna. Z perspektywy czasu uważam, że pomysł wyprzedził ówczesne możliwości.

No tak, w ekologii, jak we wszystkim, mody przychodzą falami.
Ułożyłam nawet roboczą chronologię zmian w światowej architekturze z ostatnich 60 lat. Bo dla mnie architektura nie dzieli się na modernistyczną czy postmodernistyczną. Istotna jest jej ewolucja na linii człowiek–natura–ekonomia. I tak w latach 60. pojawił się ruch ochrony matki Ziemi, którego efektem były głównie eksperymenty, jak domy z gliny, z opon i plastikowych butelek. W latach 70. z powodu kryzysu paliwowego pojawiła się architektura energooszczędna, której celem były przede wszystkim oszczędności ekonomiczne. Lata 80. to architektura ekologiczna czy zielona, kiedy przyjęto takie koncepcje, jak biofilia i bionika. Lata 90. to z kolei architektura zrównoważona, która uwzględnia nie tylko naturę, lecz także kwestie społeczne i ekonomiczne. Na początku XXI wieku pojawiło się pojęcie architektury rezylientnej, czyli reagującej na zmiany i odpornej na wszelakie kryzysy, w tym klimatyczne i migracyjne. Obecnie chcielibyśmy mówić o architekturze regenerującej i odpowiedzialnej, czyli takiej, która polepsza jakość danego miejsca, jest co najmniej samowystarczalna i przemyślana w całym cyklu życia.

Niestety, w prasie i w mowie potocznej nadal używane jest głównie określenie „architektura ekologiczna”, które, jak widać, obecnie jest już zbyt zawężone i wsteczne. Co gorsza, potocznie za ekologiczny uznaje się budynek naszpikowany technologią z fotowoltaiką i rekuperacją, a przecież samo użycie tych urządzeń nie sprawi, że inwestycja będzie lepsza i mniej szkodliwa dla planety.

Ty posługujesz się pojęciem „architektura energoaktywna”. Co to jest i gdzie się znajduje na tym spektrum zmian?
Architektura energoaktywna to taka, która wykorzystuje rozwiązania zależne od architekta po to, by zminimalizować zapotrzebowanie budynku na wszelką energię – do grzania, chłodzenia, wentylacji, oświetlenia czy uzyskania ciepłej wody. Także taka, której elementy „zjadają” jak najmniej energii wbudowanej, czyli przykładowo użyte materiały są lokalne, mało przetworzone, z recyklingu i recyklingowalne. Architektura aktywna energetycznie w pierwszej kolejności wykorzystuje rozwiązania naturalne, dopiero w drugiej kolejności może być wspomagana technologiami wymagającymi prądu.

Innym bardzo ważnym elementem energoaktywnym są zewnętrzne osłony przeciwsłoneczne, drewniane i tekstylne, oraz drzewa, które są przecież rozwiązaniem idealnym: naturalne, absorbują dwutlenek węgla, latem, gdy grozi nam przegrzanie, zasłaniają promieniowanie słoneczne, zimą, gdy cierpimy na brak światła, zrzucają liście i ułatwiają dostęp słońcu.
Projektując oraz ucząc, często podkreślam, że da się zaprojektować budynek w pełni komfortowy bez użycia wentylacji mechanicznej. Komfort cieplny zapewniamy w uproszczeniu, otwierając okna na przestrzał w lecie i zamykając w zimie.

Optymalny – projekt oparty na rozwiązaniach pasywnych, czyli bez wentylacji mechanicznej. (Fot. Grupa Synergia) Optymalny – projekt oparty na rozwiązaniach pasywnych, czyli bez wentylacji mechanicznej. (Fot. Grupa Synergia)

Czy masz w swoim portfolio budynki energoaktywne?
W 2012 roku zaprojektowaliśmy wspaniały dom o nazwie Optymalny dla bardzo świadomego klienta, który od początku wiedział, że chce dom funkcjonujący dzięki rozwiązaniom pasywnym, czyli bez wentylacji mechanicznej. Nasz projekt korzysta z wszelkich naturalnych procesów związanych z transmisją energii, jak np. pobieranie ciepła ze słońca i magazynowanie go w masywnych elementach budynku. Zaprojektowaliśmy betonowe posadzki i dość nietypowy betonowy dach (zamiast drewnianej więźby). Dzięki tym elementom budynek latem w dzień się nie przegrzeje i w nocy zdąży się schłodzić. Optymalizowaliśmy wielkość i rozmieszczenie okien oraz badaliśmy, gdzie najlepiej ulokować tak zwane podzespoły wentylacji naturalnej, czyli po prostu lufciki, które umieszczone w górnych partiach dachu wentylują i schładzają pomieszczenia. Wykorzystaliśmy naturalny proces konwekcji, czyli unoszenia się nagrzanego powietrza do góry.

Budynek ma już ponad dziesięć lat. Jak się w nim mieszka?
Z tego, co wiem, właściciel jest nadal zachwycony. Docenia komfort mieszkania, ale także niskie koszty utrzymania. Mimo że koszty budowy nie były niższe niż domu tradycyjnego – teraz te wydatki się zwracają. Odkrył kilka miejsc w ścianach zewnętrznych, gdzie ucieka ciepło, tak zwane mostki termiczne, tam należało poprawić ocieplenie – dla nas lekcja na przyszłość.

To jest dla mnie pewną zagadką: kominy słoneczne i wieże chłodnicze, czyli rozwiązania, które częściowo zastosowałaś w tym budynku, sięgają antycznego Rzymu, do tego pod koniec XIX wieku opatentowano ścianę Trombe’a, czyli specjalnie skonstruowaną masywną ścianę akumulacyjną, która jest doskonałym przykładem rozwiązania energoaktywnego. Jak to jest, że obecnie te rozwiązania stosujemy tak rzadko?
Sama nie wiem, jak dotąd nie udało nam się zastosować ani pełnofunkcjonalnego komina solarnego, takiego z warstwą absorpcyjną, ani klasycznej ściany Trombe’a. Mamy za to kilka projektów eksperymentalnych, które czekają na sponsora lub inwestora. Część z nich jest nawet plus energetyczna, to znaczy, że wytwarzają więcej energii, niż zużywają. Z kolegami z uczelni robiłam na przykład symulacje dla domów do 70 metrów kwadratowych – tych bez pozwolenia na budowę. Proponowaliśmy połączenie fotowoltaiki z dużym piecem akumulacyjnym. Można tym sposobem pozyskiwać energię elektryczną oraz ogrzewać dom i wodę, a nawet go chłodzić. W całkiem prosty sposób możemy mieć dom co najmniej samowystarczalny energetycznie. Do tego, użytkując studnię i pozyskując deszczówkę, możemy mieć dom samowystarczalny w wodę i uniezależnić się od wodociągów. Oczywiście jest to możliwe przy świadomym i racjonalnym gospodarowaniu.

Ponawiam pytanie: skoro to jest takie proste – dlaczego nie jest popularne?
Mam taką teorię o architektach, których nie obchodzi, jak wiele złego lub dobrego może wyrządzić ich praca. Takie osoby wyżej stawiają swoje pomysły i wizje niż dobro użytkownika, a tym bardziej planety. Tacy architekci stosują się wyłącznie do litery prawa i bezpośrednich uwarunkowań, nie starają się działać w taki sposób, by minimalizować szkody dla środowiska.

A sama mieszkasz w domu, który spełnia założenia architektury regenerującej i odpowiedzialnej?
Tak. Zastosowałam w nim wiele rozwiązań energoaktywnych, z tego powodu prawie połowa domu jest z odzysku [śmiech]. Ściany murowane i z gips-kartonu nie mają gładzi i są tylko pomalowane. Drewno jest surowe, niemalowane. Dom w zimie sam się ogrzewa od słońca, tylko wyjątkowo używam pieca akumulacyjnego na nocną taryfę, w lecie wentyluje się przez świetliki dachowe, dzięki czemu łazienka ma oświetlenie pośrednie i zawsze w dzień jest w niej jasno.

A co zajmuje cię teraz zawodowo?
Obecnie zaangażowałam się w projekt „Psie życie – architekcie, jak możesz pomóc?”. Uważam, że jednym z największych problemów XXI wieku jest brak społecznej świadomości dotyczącej wielu palących problemów. Ten projekt zwraca uwagę na jedną z takich spraw – na warunki, w jakich przebywają zwierzęta w schroniskach. Sama mam dwa psy z interwencji i trzy koty, i wiem, że zwierzęta są w pełni od nas zależne. Uczestnicy projektu mają napisać esej, jak ich zdaniem można zaradzić takiemu schroniskowemu psiemu życiu, a najlepsze i realne pomysły zostaną nagrodzone poprzez kilkudniowe wejściówki do znanych biur architektonicznych w całej Polsce.

Na koniec zapytam cię, jak wszystkie bohaterki swojej książki: jesteś architektem, panią architekt czy architektką?
Zdecydowanie architektką. I profesorką!

Anna Bać, architektka i profesorka na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, właścicielka pracowni projektowej Synergia. Po linii taty wywodzi się ze Szkoły Naukowej Habitat – projektowania optymalnego środowiska zamieszkiwania. Praktykuje, wspiera i uczy projektować w sposób odpowiedzialny z szacunkiem dla społeczności, miejsca i procesu.

✶ ✶ ✶

Od autorki tekstu: Tematem architektek zajęłam się ze złości... Ze złości na wszystkie seksistowskie i upupiające komentarze, które przez lata spotykały mnie i moje koleżanki w życiu zawodowym, na eksperckie panele, w których zasiadali sami mężczyźni, na konkursy, do których nie zapraszano kobiet, i magazyny, które nie publikowały kobiecych projektów. Ze złości na to, że feminatywy nikogo nie rażą, dopóki dotyczą zawodów nisko opłacanych i mało prestiżowych: sprzątaczka, pielęgniarka, nauczycielka, przedszkolanka – przechodzą bez echa, ale już architektka, profesorka, chirurżka czy pilotka są wyrazami, które wywołują oburzenie i niezwykle zaciętą dyskusję. Niby na polu językowym („jak to trudno wymówić!”) lub znaczeniowym („przecież pilotka to taka czapka!”) – a jednak tym samym osobom nie przeszkadzają ani inne wyrazy trudne do wymówienia („Szczęść Boże”, „bezwzględny europarlamentarzysta”, „pięćdziesięciogroszówka”), ani inne wyrazy wieloznaczne. Czy ktoś powie: „No, daj spokój, nie możesz być pilotem, przecież pilot to takie urządzenie do telewizora”? No i wreszcie zajęłam się nim ze złości na to, że gdy z zamkniętymi oczami staramy się wyobrazić sobie architekta, to widzimy różne jego atrybuty: rulon, linijkę, kask, może komputer, ale na pewno widzimy mężczyznę.


Tymczasem jest wiele świetnych architektek i kobiet wykonujących zawody pokrewne, które nie tylko robią świetną robotę i na małą i dużą skalę zmieniają na lepsze świat, ale także robią to całkowicie na swój sposób, nie próbując dopasować się do wyobrażeń na temat architekta demiurga. Tych kobiet jest przy okazji dużo; prawie połowa wśród osób czynnie wykonujących zawód architekta. Będzie jeszcze więcej, bo od kilku lat wszystkie polskie, ale także europejskie wydziały architektury kończy co roku znacznie więcej dziewcząt niż chłopców.

W swojej książce o nieco prowokacyjnym tytule „Architektki. Czy kobiety zbudują lepsze miasta?” rozmawiam z profesjonalistkami, które mogą zastąpić obecny w naszej wyobraźni obraz architekta co najmniej równie fascynującym obrazem architektki. Z powodu ograniczonej objętości książki nie znalazły się w niej wszystkie osoby, które chciałam tam widzieć. Dlatego, w ramach pewnego rodzaju suplementu, przedstawiam dziś, na łamach „Zwierciadła”, Annę Bać.

Polecamy książkę: „Architektki. Czy kobiety zbudują lepsze miasta?”, wyd. WAB, 2022 Polecamy książkę: „Architektki. Czy kobiety zbudują lepsze miasta?”, wyd. WAB, 2022

Agata Twardoch architektka i urbanistka, profesorka na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej, członkini TUP, Affordable Housing Forum oraz Rady Fundacji Rynku Najmu. Zajmuje się dostępnym budownictwem mieszkaniowym i alternatywnymi formami zamieszkania. Projektuje założenia urbanistyczne i doradza miastom. Autorka książek: „System do mieszkania” (Bęc Zmiana 2019) i „Architektki. Czy kobiety zbudują lepsze miasta?” (W.A.B. 2022).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze