1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Życie jest absurdalnie, przerażająco, obraźliwie krótkie – pisze autor książki „Cztery tysiące tygodni”

„Czas jest niczym niesforny dzieciak. Im bardziej starasz się go kontrolować, im bardziej zmuszasz go, żeby dostosował się do twoich planów, tym szybciej tracisz nad nim panowanie” - pisze w książce „Cztery tysiące tygodni” Oliver Burkeman. (Ilustracja iStock)
„»Cztery tysiące tygodni« to kolejna książka o tym, jak najlepiej wykorzystać czas. Przyświeca jej jednak przekonanie, że zarządzanie czasem w formie, którą znamy, poniosło porażkę na całej linii i musimy przestać udawać, że jest inaczej” – pisze we wstępie Oliver Burkeman, autor książki, której przesłanie warto wziąć sobie głęboko do serca. Poniżej publikujemy jej fragment.

Przeciętne ludzkie życie jest absurdalnie, przerażająco, obraźliwie krótkie. Aby zrozumieć, jak bardzo, spójrz na nie z następującej perspektywy: pierwszy człowiek współczesny pojawił się na afrykańskiej sawannie co najmniej 200 tysięcy lat temu. Naukowcy szacują, że życie w takiej czy innej postaci przetrwa przez kolejne 1,5 miliarda lat albo dłużej, w każdym razie po dzień, w którym rosnąca ilość ciepła oddawanego przez Słońce skaże na śmierć ostatni organizm. Ale ty? Jeśli założymy, że dożyjesz osiemdziesiątki, będziesz miał dla siebie około czterech tysięcy tygodni.

Może ci się, rzecz jasna, poszczęścić. Dociągnij do dziewięćdziesiątych urodzin, a przeżyjesz prawie 4700 tygodni. Jeśli będziesz miał naprawdę ogromne szczęście, skończysz niczym najstarsza osoba w historii – Francuzka Jeanne Calment, która w 1997 roku zmarła, przeżywszy ponoć 122 lata. Calment twierdziła, że za młodu poznała Vincenta van Gogha (pamiętała głównie woń alkoholu, którą roztaczał) i zdążyła doczekać narodzin pierwszego sklonowanego zwierzęcia, owcy Dolly, która przyszła na świat w 1996 roku. Biolodzy prognozują, że już niedługo długość życia zbliżona do Calment nie będzie niczym wyjątkowym. Ale nawet ona miała do dyspozycji tylko około 6400 tygodni.

Kiedy wyrazi się tę kwestię w tak wstrząsający sposób, łatwo zrozumieć, dlaczego od czasów starożytnej Grecji po dziś dzień filozofowie traktują krótkotrwałość życia jako główny paradoks ludzkiej egzystencji: dano nam zdolności intelektualne pozwalające tworzyć prawie nieskończenie ambitne plany i jednocześnie znikomą ilość czasu, by wcielić je w życie. Te krótkie dane nam lata upływają z taką zawrotną i błyskawiczną szybkością, że z wyjątkiem nielicznych wszystkich innych opuszcza życie w samym jego rozkwicie”1 – żalił się rzymski filozof Seneka w liście znanym dziś pod tytułem „O krótkości życia”.

Gdy po raz pierwszy wyliczyłem, że mamy cztery tysiące tygodni, poczułem się nieswojo. Jednak gdy odzyskałem rezon, zacząłem nękać znajomych i prosić ich, żeby spróbowali zgadnąć – bez zastanawiania się i przeliczania w głowie – ilu tygodni życia może się spodziewać przeciętna osoba. Pewna znajoma podała liczbę sześciocyfrową. Poczułem się zobligowany poinformować ją, że dość skromna liczba złożona z sześciu cyfr – 310 000 – wystarcza do wyrażenia przybliżonego czasu trwania cywilizacji ludzkiej liczonego od epoki starożytnych Sumerów w Mezopotamii. W każdej rozsądnej skali czasowej jako ludzie „wszyscy umrzemy lada chwila”, że się posłużę słowami współczesnego filozofa Thomasa Nagela. Logika podpowiada zatem, że najważniejszym zagadnieniem zaprzątającym nasze myśli powinno być szeroko zdefiniowane zarządzanie czasem. Stanowi ono niejako naczelny sens życia. Niestety zarządzanie czasem w obecnej postaci, pospołu ze swoją modniejszą kuzynką, produktywnością, jest dyscypliną o przygnębiająco wąskich horyzontach, skoncentrowaną na tym, w jaki sposób odbębnić maksymalną liczbę zadań, opracować idealny plan poranka albo ugotować w niedzielne popołudnie górę obiadów na cały tydzień. Są to sprawy o pewnym znaczeniu, nie przeczę. Stanowią jednak ułamek tego, co ważne.

Świat jest cudowny i pełen niespodzianek, tymczasem ze świecą szukać guru produktywności, którzy w ogóle wzięli pod uwagę, że nasze gorączkowe „robienie czegoś” mogłoby mieć na celu przeżycie większego ułamka tej cudowności. Co gorsza, świat ogółem sprawia wrażenie, jakby popadał w ruinę. Kultura polityczna zeszła na psy, pandemia sparaliżowała społeczeństwo, a planeta robi się coraz gorętsza. Ale spróbuj znaleźć system zarządzania czasem, który zostawi ci choćby chwilę na konstruktywne zaangażowanie w sprawy obywatelskie, bieżące wydarzenia albo los środowiska naturalnego. Mogłoby się wydawać, że wśród książek na temat produktywności będzie kilka, które poważnie traktują brutalne fakty na temat krótkości życia, zamiast udawać, że możemy je ignorować. Ale tak nie jest.

Ta książka jest zatem próbą przywrócenia równowagi. Postanowiłem sprawdzić, czy nie dałoby się odkryć albo odzyskać sposobów myślenia o czasie, które oddają sprawiedliwość naszej sytuacji: takich, które uwzględniają zarówno skandaliczną krótkość naszych czterech tysięcy tygodni, jak i oferowane przez nie olśniewające możliwości.

Życie na taśmie produkcyjnej

Zasadniczo nie trzeba dziś nikomu mówić, że nie mamy dość czasu – to oczywiste. Fiksujemy się na przepełnionych skrzynkach odbiorczych i wydłużających się listach zadań prześladowani przez poczucie winy, które podpowiada nam, że powinniśmy robić albo więcej, albo coś innego, albo i to, i to. (Skąd mamy pewność, że ludzie są tacy zajęci? To trochę jak w tym dowcipie: „Skąd mam wiedzieć, że ktoś jest weganinem? Nie przejmuj się, powie ci”). Badania konsekwentnie wykazują, że odczuwamy większą presję czasu niż kiedykolwiek wcześniej. Tymczasem w 2013 roku zespół naukowców z Holandii przedstawił zabawną hipotezę, że badania ankietowe potencjalnie zaniżają skalę epidemii przepracowania… bo ludzie uważają się za zbyt zajętych, żeby brać udział w ankietach. W ostatnich latach, wraz ze wzrostem popularności elastycznych form zatrudnienia, przepracowaniu nadano nową markę – przemianowano je na „kulturę hustle”. W tej kulturze nieustannej pracy nie postrzega się jako brzemienia, lecz uważa się ją za ekscytujący styl życia, którym warto chwalić się w mediach społecznościowych. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z ekstremalną wersją problemu starego jak świat, czyli presji, by wcisnąć wydłużającą się w nieskończoność listę zajęć w skończony i ograniczony czas, jaki mamy każdego dnia. Co więcej, nadmiar zajęć to tylko wierzchołek góry lodowej.

Przyczyną niezadowolenia z najróżniejszych aspektów życia – jeśli się nad tym zastanowić – jest w gruncie rzeczy ograniczona ilość czasu. Spójrzmy chociażby na codzienną walkę z internetowymi rozpraszaczami. Albo na niepokojące wrażenie, że nasza zdolność do skupiania uwagi zmalała w takim stopniu, że nawet ci z nas, którzy w dzieciństwie byli molami książkowymi, teraz nie potrafią przeczytać jednego akapitu tekstu, nie czując potrzeby sięgnięcia po telefon. Powodem, dla którego tak bardzo martwi nas nasze zachowanie, jest to, że stanowi ono dowód porażki w zarządzaniu ograniczoną liczbą posiadanych chwil. (Czułbyś mniejszą pogardę do samego siebie za zmarnowanie poranka na Facebooku, gdybyś dysponował niewyczerpanym zapasem poranków). Albo może w twoim przypadku problemem nie jest nadmiar zajęć, lecz ich niedostatek. Może wegetujesz w nudnej pracy albo w ogóle nie jesteś zatrudniony. To również sytuacja, której przygnębiający charakter jest potęgowany przez krótkość życia, bo zużywasz swój ograniczony czas w sposób, który ci się nie podoba. Nawet niektóre z najgorszych zjawisk naszej epoki, jak na przykład agresja dyskursu politycznego albo terroryści radykalizowani przez filmy na YouTubie, można wyjaśnić w okrężny sposób, odwołując się do tych samych faktów związanych z krótkością życia. Firmy prowadzące media społecznościowe wiedzą, że nasze zasoby są bardzo ograniczone. Dlatego opłaca im się nie przebierać w środkach, byle zagarnąć jak najwięcej naszego czasu i uwagi, i pokazywać nam materiały gwarantujące wywołanie wściekłości, zamiast nudniejszych, ale bardziej zgodnych z prawdą. I wreszcie są jeszcze te odwieczne ludzkie dylematy.

Z kim wziąć ślub? Czy mieć dzieci? Jaki wybrać zawód? Gdybyśmy żyli tysiące lat, również te decyzje byłyby dużo mniej bolesne, ponieważ mielibyśmy dziesięciolecia na wypróbowanie każdego możliwego rodzaju egzystencji. Jednocześnie żaden katalog kłopotów związanych z czasem nie będzie kompletny, jeśli nie obejmie pewnego niepokojącego zjawiska znanego każdemu, kto już przekroczył trzydziestkę. Mowa o przyśpieszaniu upływu czasu w miarę starzenia się. Odbywa się to stopniowo, aż w końcu – jeśli wierzyć siedemdziesięcioi osiemdziesięciolatkom – mamy wrażenie, że miesiące zamieniają się w minuty. Trudno sobie wyobrazić okrutniejszy układ: nie dość, że nasze cztery tysiące tygodni nieustannie upływają, to im mniej nam ich zostaje, tym szybciej je tracimy. Nasza relacja ze skończonością życia zawsze była trudna, ale niedawne wydarzenia doprowadziły sytuację do punktu krytycznego. W 2020 roku, kiedy lockdown związany z pandemią zmusił nas do zarzucenia normalnych zwyczajów, wiele osób donosiło, że ich poczucie czasu rozpadło się zupełnie i ustąpiło miejsca dezorientującemu wrażeniu, że dni jednocześnie upływają jak z bicza strzelił i niemiłosiernie się dłużą. Czas nas podzielił jeszcze bardziej niż dawniej. Dla tych, którzy mieli pracę i dzieci w domu, było go za mało. Osoby wysłane na przymusowy urlop i niezatrudnione miały go natomiast za dużo. Ludzie pracowali w dziwnych godzinach, w oderwaniu od rytmu dnia i nocy, garbiąc się w domach przed laptopami albo narażając życie w szpitalach i magazynach firm wysyłkowych. Miało się poczucie, że przyszłość uległa spauzowaniu. Wielu z nas utknęło, jak to ujął pewien psychiatra, „w nowego rodzaju wiecznej teraźniejszości”. Ogarnął nas stan nerwowego zawieszenia wypełnionego przewijaniem zawartości mediów społecznościowych, chaotycznymi spotkaniami na Zoomie i bezsennością. Stan, w którym niemożliwe wydaje się robienie jakichkolwiek sensownych planów, a nawet chociażby wyobrażenie sobie, jak będzie wyglądało życie w następnym tygodniu.

W obliczu powyższego podwójnie frustrujące jest to, jak słabo większość z nas radzi sobie z zarządzaniem ograniczonym czasem. Jak często wysiłki, które podejmujemy, nie tylko spalają na panewce, ale wręcz pogarszają sprawę. Od lat bombarduje się nas przepisami na perfekcyjnie zoptymalizowane życie zawartymi w książkach o takich tytułach, jak Extreme Productivity [Ekstremalna produktywność], 4-godzinny tydzień pracy albo Mądrzej, szybciej, lepiej, i na stronach pełnych life hacków uczących, jak zaoszczędzić kilka sekund na różnych codziennych obowiązkach. (Zwróć uwagę na specyficzną sugestię mieszczącą się w terminie „life hack”. Jakby należało traktować życie niczym wadliwy mechanizm wymagający modyfikacji, dzięki którym przestanie funkcjonować nieoptymalnie).

Istnieją niezliczone apki i akcesoria pozwalające maksymalizować zysk z dnia roboczego, ćwiczeń fizycznych, a nawet snu. Możemy kupić napoje zastępujące posiłki, dzięki którym nie marnuje się czasu na jedzenie obiadu. Wszystkie te produkty i usługi, od sprzętu kuchennego począwszy, na bankowości internetowej skończywszy, są reklamowane jako sposób, by wycisnąć z naszego czasu jak najwięcej. Co – jak słyszymy zewsząd – jest kluczem do powodzenia.

Kłopot w tym, że choć te techniki i produkty działają, nie przynoszą oczekiwanego efektu. Owszem, pomagają wykonać więcej zadań, zdążyć na więcej zebrań, zawieźć dzieci na więcej zajęć dodatkowych… ale paradoksalnie skutkiem tego człowiek czuje się tylko bardziej zajęty, nerwowy i pusty w środku. W jednej ze swoich książek amerykański antropolog Edward T. Hall zauważył, że w nowoczesnym świecie czas jest niczym niemożliwa do zatrzymania taśma produkcyjna. Podsuwa nam nowe zadania, gdy tylko zdążymy uporać się ze starymi. Jedynym rezultatem zwiększenia produktywności jest to, że taśma przesuwa się szybciej. Albo w pewnej chwili się zacina. Obecnie powszechnie słyszy się o osobach, przede wszystkim młodych dorosłych, które doświadczają całkowitego i dogłębnego wypalenia. Objawia się ono niezdolnością do wykonywania nawet podstawowych codziennych obowiązków – paraliżującym wyczerpaniem „pokolenia precyzyjnych narzędzi formowanych od stadium embrionalnego w wydajne, bezduszne maszyny produkcyjne”, jak napisał krytyk społeczny Malcolm Harris, sam należący do milenialsów.

Większość rad dotyczących zarządzania czasem z jakiegoś powodu pomija tę irytującą prawdę na jego temat. Czas jest niczym niesforny dzieciak. Im bardziej starasz się go kontrolować, im bardziej zmuszasz go, żeby dostosował się do twoich planów, tym szybciej tracisz nad nim panowanie. Pomyśl, jak wiele technologii w zamierzeniu miało dać nam przewagę w walce z upływem czasu. Logiczne wydawałoby się, że w świecie pełnym zmywarek, kuchenek mikrofalowych i silników odrzutowych, które oszczędzają nam niezliczone godziny, czasu będzie więcej i pod dostatkiem. A jednak nikt nie ma takiego poczucia. Jest odwrotnie, życie przyśpiesza i wszyscy robimy się coraz bardziej niecierpliwi. Czekanie dwie minuty na zakończenie programu w mikrofali jest po stokroć bardziej denerwujące niż czekanie dwie godziny, aż potrawa upiecze się w piekarniku… a dziesięć sekund opóźnienia podczas ładowania strony internetowej wścieka nas bardziej niż trzy dni wyczekiwania, żeby otrzymać tę samą wiadomość tradycyjną pocztą.

Skutek odwrotny do zamierzonego daje także większość prób poprawy wydajności pracy. Kiedy kilka lat temu tonąłem w mailach, z powodzeniem wdrożyłem system znany jako Inbox Zero2. Szybko jednak odkryłem, że gdy człowiek stanie się mistrzem odpowiadania na maile, w jego skrzynce po prostu pojawia się o wiele więcej wiadomości. Ponieważ tona nowych maili sprawiła, że czułem się bardziej zapracowany, kupiłem książkę Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności Davida Allena, guru zarządzania czasem. Skusiła mnie obietnica, że „mimo przytłaczającej nas liczby obowiązków, możliwe jest, abyśmy funkcjonowali efektywnie” i zachowali stan, który mistrzowie sztuk walki nazywają „umysł jak woda”. Nie dostrzegłem jednak, że w tekście Allena kryje się pewna prawda – że zawsze będę miał za dużo do zrobienia – i obrałem za cel wykonanie niemożliwie wielkiej ilości pracy. Przyznaję, że rzeczywiście zacząłem sprawniej odhaczać zadania z mojej listy. Niestety jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęło pojawiać się ich więcej. (Tak naprawdę to nie magia, tylko zwyczajna psychologia zaprawiana kapitalizmem. Więcej na ten temat później).

Zupełnie nie tak mieliśmy czuć się w przyszłości. W roku 1930 ekonomista John Maynard Keynes wygłosił przemówienie pod tytułem Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków, w którym zawarł słynną przepowiednię: w ciągu następnego stulecia wzrost bogactwa i postęp technologii sprawi, że nikt nie będzie musiał pracować więcej niż około piętnastu godzin tygodniowo. Wyzwaniem stanie się znalezienie sposobów wypełnienia całego czasu wolnego zajęciami, żeby nie zwariować. „Po raz pierwszy od chwili stworzenia – oznajmiał Keynes słuchaczom – człowiek będzie musiał zmierzyć się ze swoim prawdziwym, niezmiennym problemem: jak korzystać ze swojej wolności od palących trosk ekonomicznych”. Keynes był jednak w błędzie. Okazuje się, że kiedy ludzie zarabiają dość, żeby zaspokoić swoje potrzeby, wyszukują nowe rzeczy, które uznają za potrzebne, i zaczynają aspirować do nowych stylów życia. Nie udaje im się dorównać sąsiadom, bo za każdym razem, kiedy pojawia się zagrożenie, że ich dogonią, obierają sobie za cel poziom życia innych, lepszych Kowalskich. W rezultacie pracują coraz ciężej i wkrótce zaczynają widzieć w swoim nadmiarze pracy symbol prestiżu. Jest to ewidentnie absurdalne. Niemalże cała historia ludzkości dowodzi, że ludzie bogacili się wyłącznie po to, żeby pracować mniej. Co gorsza, pracoholizm osób, którym wiedzie się lepiej, jest zaraźliwy, ponieważ jedną z najskuteczniejszych metod zarobienia jeszcze większych pieniędzy dostępnych tym na szczycie jest ograniczenie kosztów i poprawienie wydajności ich firm i branż. Oznacza to większą niestabilność osób na niższych szczeblach drabiny, które muszą pracować ciężej, żeby w ogóle się utrzymać.

Skutki robienia nie tych rzeczy, co trzeba

Wreszcie docieramy do sedna problemu, do pewnego wrażenia, które tkwi głębiej w duszy i trudno je wyrazić słowami. Chodzi o poczucie, że mimo ogromu wykonywanej pracy nawet stosunkowo uprzywilejowanym członkom naszej społeczności rzadko udaje się robić to, co powinni. Wyczuwamy, że istnieją sposoby spędzania czasu, które są ważne i dają spełnienie, nawet jeśli nie w pełni umiemy określić, na czym polegają. Tymczasem systematycznie zużywamy nasze dni na co innego. Pragnienie, by nasze życie znaczyło coś więcej, przybiera różne postaci. Może się wyrazić, na przykład, poprzez potrzebę oddania się jakiejś sprawie, przez intuicyjne poczucie, że dany moment w historii wymaga od nas czegoś więcej niż zwykłego zarabiania i wydawania. Jest jednak tak samo obecne w uczuciu frustracji spowodowanym pracą wykonywaną tylko po to, żeby wykupić skrawki czasu, w którym będziemy mogli oddać się zajęciu, które uwielbiamy, i w zwyczajnej potrzebie, by spędzić większą część swojego krótkiego czasu na ziemi z dziećmi, wśród natury albo przynajmniej nie na dojeżdżaniu do pracy. Charles Eisenstein, ekolog i autor książek na temat duchowości, wspomina moment, w którym po raz pierwszy wyczuł ten zasadniczy błąd w sposobie, w jaki wykorzystujemy czas. Był wtedy dzieckiem wychowującym się wśród wygód materialnych w Ameryce lat siedemdziesiątych XX wieku: życie, byłem przekonany, miało być radośniejsze, autentyczniejsze, pełniejsze znaczenia, a świat miał być piękniejszy. Nie mieliśmy nienawidzić poniedziałków ani wyczekiwać weekendów i wakacji. Nie mieliśmy być zmuszani do podnoszenia ręki i proszenia nauczyciela o pozwolenie, żeby zrobić siku. Nie mieliśmy być zamykani, dzień za dniem, wewnątrz budynków, kiedy jest piękna pogoda.

Starania, które podejmujemy w celu zwiększenia produktywności, mają to do siebie, że spychają rzeczy naprawdę ważne jeszcze dalej za horyzont i pogłębiają wrażenie, że coś jest nie w porządku. Spędzamy dni, „przekopując się” przez zadania, żeby „mieć je z głowy”. Psychicznie mieszkamy więc w przyszłości, czekając na chwilę, w której nareszcie zajmiemy się tym, co ma dla nas autentyczne znaczenie. W międzyczasie zaś niepokoimy się, że jesteśmy nie dość dobrzy, że prawdopodobnie brakuje nam motywacji i wytrwałości potrzebnej, by utrzymać tempo narzucane obecnie przez życie. „Duchem naszych czasów jest ponury pośpiech”– pisze eseistka Marilynne Robinson, która zauważa, że wielu z nas spędza życie, „przygotowując siebie i swoje dzieci do roli narzędzia pozwalającego osiągnąć zagadkowy cel wybrany zupełnie bez naszego udziału”. Wysiłek, który wkładamy w utrzymanie się na powierzchni, zapewne jest w czyimś interesie. Przepracowywanie większej liczby godzin i wydawanie dodatkowych zarobków na kolejne dobra konsumenckie czyni z nas sprawniejsze trybiki w maszynie gospodarczej. Nie skutkuje jednak spokojem ducha. Nie prowadzi do przeznaczania większej ilości naszego limitowanego czasu na osoby i rzeczy, na których nam samym najbardziej zależy.

Książka „Cztery tysiące tygodni” Olivera Burkemana w przekładzie Michała Jóźwiaka została wydana nakładem wydawnictwa Insignis. (Fot. materiały prasowe)

Cztery tysiące tygodni to kolejna książka o tym, jak najlepiej wykorzystać czas. Przyświeca jej jednak przekonanie, że zarządzanie czasem w formie, którą znamy, poniosło porażkę na całej linii i musimy przestać udawać, że jest inaczej. Moment historyczny, w którym się znajdujemy, przepełniony osobliwym poczuciem, że czas zerwał się z cumy, stwarza idealną możliwość, by na nowo rozważyć nasz stosunek do upływu dni. Myśliciele z poprzednich epok mierzyli się z tym wyzwaniem na długo przed nami. Kiedy spojrzymy na dzisiejsze czasy przez pryzmat ich wiedzy, wychodzą na jaw pewne prawdy. Produktywność to pułapka. Jedyne, czym owocuje większa wydajność, to większy pośpiech, a im bardziej staramy się oczyścić przedpole, tym więcej mamy pracy. Ani jedna osoba w historii ludzkości nie osiągnęła mitycznej równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym i na pewno tobie też to się nie uda, nawet jeśli będziesz papugować „sześć rzeczy, które ludzie sukcesu robią przed siódmą rano”. Nie doczekasz dnia, w którym nareszcie będziesz miał wszystko pod kontrolą. Nie licz, że uda ci się opanować powódź maili, że listy zadań do wykonania przestaną się wydłużać, że zaczniesz nadążać z wykonywaniem obowiązków w pracy i życiu domowym, że ludzie przestaną złościć się na ciebie z powodu niewywiązania się z terminów albo popełniania błędów i że perfekcyjnie zoptymalizowana osoba, którą się staniesz, będzie w końcu mogła zająć się tym, co nadaje życiu sens. Zacznijmy od przyznania się do porażki: żadne z powyższych nie dojdzie do skutku. Ale wiesz co? To wspaniała wiadomość.

1W istocie Seneka zauważa, że życie człowieka wcale nie jest krótkie – jeśli potrafi się odpowiednio z niego korzystać (wszystkie przypisy dolne pochodzą od redakcji).

2Inbox Zero – technika organizacji wiadomości e-mailowych polegająca na ich kategoryzacji. Wiadomości, które nie wymagają działania ze strony odbiorcy, przenoszone są do specjalnych folderów, dzięki czemu widzimy tylko te, które w danym momencie są dla nas istotne.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze