1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Kultura zdziecinnienia – jak nie wpaść w sieci pielęgniarzy wewnętrznego dziecka?

Tomasz Sobierajski (Fot. Niki Kinsky)
„Pielęgniarze wewnętrznego dziecka przedstawiają ofertę z drogą na skróty. Bo jeśli ktoś obiecuje, że spotkanie za kilka tysięcy złotych w pięknym miejscu odosobnienia z kadzidłami i muzyką wybrzdąkaną na jednostrunowym instrumencie uzdrowi nasz związek, naprawi relacje z przyjaciółmi i odmieni nasze życie, to proponuje oszustwo” – mówi socjolog dr Tomasz Sobierajski.  

Od lat głośno jest o potencjale samorozwoju, zewsząd słyszymy, że na to warto postawić – że należy myśleć o swoich potrzebach, swoich oczekiwaniach. Wydaje się jednak, że ten kij ma dwa końce i chyba właśnie doświadczamy tego drugiego końca… Wśród nas coraz więcej osób, które idą przez życie, krzycząc: „Ja po pierwsze, ja po drugie itd.”.
Myślę, że jeszcze nie doświadczamy tego końca w pełnej odsłonie, ale bardzo ważne jest, żeby mówić głośno o tym, że to miecz obosieczny. Być może to ostatni dzwonek. Istotnie, w tej chwili obserwujemy, że szala przechylona jest na samorozwój, indywidualizm, na skupienie się na sobie, na swoich potrzebach, a jeśli chcemy przetrwać jako społeczeństwo – musimy zacząć to wyważać i podchodzić do własnego rozwoju rozsądniej. Nie chodzi o to, by teraz całkowicie negować wagę samorozwoju, tylko żeby zwracać uwagę na to, co może się przysłużyć nie tylko nam jako jednostkom, ale także nam jako osobom, które należą do większej grupy, czyli do społeczeństwa.

Kiedyś stawialiśmy na „my”, potem przyszła fala stawiania na siebie, a dziś – jak rozumiem – ratunkiem jest powrót do myślenia „my”. Czy to najzdrowsze rozwiązanie?
Być może nie chodzi nawet o to, żebyśmy powrócili do myślenia „my”, ale byśmy pamiętali o tym, kiedy można powiedzieć „ja”, a kiedy można powiedzieć „my”. Są sytuacje, w których może liczyć się i liczy to, co jest dla mnie ważne, ale jest wiele takich, kiedy liczy się przede wszystkim to, co dobre dla ogółu i wtedy ja mogę z czegoś zrezygnować. A w tej chwili mamy tendencję do myślenia, że niezależnie od tego, co dzieje się dookoła mnie, to i tak najważniejszy jestem ja i liczy się to, czego ja chcę. Najważniejsze są moje emocje, moje marzenia, a reszta powinna się temu podporządkować.

Pan nazywa to kulturą zdziecinnienia.
Tak, stawiam tezę, że społeczeństwa krajów rozwiniętych, czyli tych najbogatszych na świecie, są społeczeństwami indywidualności, a indywidualność już z założenia uniemożliwia funkcjonowanie społeczeństwa. Tymczasem w tych krajach bardzo wielką siłę, także tę marketingową, pompuje się w to, żeby ludzie czuli się specjalni, unikalni, wyjątkowi. Najzabawniejsze jest to, że przecież z biologicznego punktu widzenia my wcale nie musimy się starać, by być unikalni, bo unikalni z automatu i tak jesteśmy. Pytanie tylko, co z tą ofertą od natury zrobimy.

Jak rozumiem, nie robimy nic dobrego…
Nie chcemy dorosnąć. Warto zwrócić na przykład uwagę na relacje międzypokoleniowe. Bardzo często matki chcą być takie jak córki, ojcowie chcą nadążać za językiem, którym porozumiewają się synowie. Rodzice chcą zaprzyjaźniać się ze swoimi dziećmi, kolegować się z nimi, chodzić wspólnie z dziećmi na imprezy. Zapominają o tym, że rola rodzica polega zupełnie na czym innym. Społeczeństwa pełne są dzieci, które odgrywają rolę dorosłych: uciekają od odpowiedzialności, brakuje im szacunku dla potrzeb i emocji innych, liczą się przede wszystkim z tym, co sami czują w danej chwili. To zdziecinnienie, o którym mówię, bardzo wyraźnie odsłoniła pandemia, kiedy okazało się, że pewne społeczne działania związane z profilaktyką, które należałoby podjąć, czyli noszenie maseczek i szczepienie się, nagle wywołały bunt dzieciaków. Rozkapryszonych dorosłych małolatów, do których nie docierały żadne argumenty. Dzieci tupały nogami, machały rączkami, sprzeciwiając się temu, co jest ważne z punktu widzenia dobra społecznego. Wtedy można było jaskrawo zobaczyć, jak ta szala, o której na początku wspomniałem, jest przechylona. Jak duża liczba ludzi zwraca uwagę tylko na siebie, jak mało ludzi rozumie, że to, że żyję w społeczeństwie, nie daje mi wyłącznie prawa, ale też nakłada na mnie pewne obowiązki, które w swoim codziennym funkcjonowaniu muszę brać pod uwagę po to, żebyśmy mogli przetrwać. Bo inaczej robi się z tego przedszkole pełne dzieci, które trudno ujarzmić, a jedną z metod, by to zrobić – tak jak w przedszkolu właśnie – jest wprowadzenie dyktatury. Więc ci wszyscy ludzie, którzy podczas pandemii krzyczeli o swoim prawie do wolności, tak naprawdę pokazali, że potrzebują twardej ręki, która wskaże im, w którą stronę powinni się udać.

A ta twarda ręka to przecież także potencjalne niebezpieczeństwo…
Oczywiście, że tak. Tym bardziej że jest jeszcze jeden ważny element, który dziś dominuje. Mam na myśli fakt, że wszystko zamieniliśmy na tzw. storytelling. Właściwie każdą rzecz, którą mamy, opakowuje się w opowieść. Czyli: jeśli kupisz tę sukienkę, to dzięki niej znajdziesz spełnienie; kupisz ten krem do twarzy, to osiągniesz szczęście; przeczytasz ten poradnik, obejrzysz ten film, wybierzesz się na tę wycieczkę, twój świat się zmieni, a nad twoją głową zawsze będzie tęcza. Właściwie nie ma rzeczy, nie ma sytuacji, której nie sprzedaje się storytellingiem, który jest niczym innym jak bajką… To wprowadzanie nas w świat iluzji, opowiadanie o tym, że „coś” uczyni nas wyjątkowymi; to utrzymywanie nas w dziecięcym przekonaniu, że świat stanie się inny. A my dokarmiani tymi bajkami nigdy nie jesteśmy w stanie dorosnąć.

Wiem, że w Anglii prowadzone są badania dotyczące tego, jak bardzo hollywoodzkie produkcje, a szczególnie produkcje komedii romantycznych, doprowadziły do zdziecinnienia, w tym także do zdziecinnienia relacji międzyludzkich, relacji między kobietami a mężczyznami.

A potem tysiące Kopciuszków szuka swojego księcia…
Tylko że w realnym życiu bajki o Kopciuszku zdarzają się bardzo, bardzo rzadko. Bo relacja to jest ciężka praca. A w tych produkcjach tego nie widać.

Co prowadzić może, w efekcie końcowym, chyba wręcz do kryzysów psychicznych, prawda? Jest frustracja, rozczarowanie i nie kończymy dobrze…
No tak, z bajki trzeba kiedyś wyjść. Tymczasem nasz zachwyt nad bajkami widać chociażby w popularności seriali i filmów fantasy, które nie są oglądane przez nastolatków, tylko głównie przez dorosłych ludzi. Ktoś może oczywiście powiedzieć w kontrze do mnie, że ludzie potrzebują uciec od szarego świata.

Tak, wielu to mówi.
Tylko że trzeba wcześniej nauczyć ludzi, że to są dwa różne światy – nasze życie vs. opowieść marketingowa, która nie jest prawdą! Bo potem mamy do czynienia na przykład z sytuacją, kiedy na różnych polach zaczynają panoszyć się niebezpieczne teorie spiskowe. No bo czym są teorie spiskowe? To właśnie bajki, to opowieści o tym, że ktoś zabierze nas do unikalnego świata, w którym spotkamy unikalnych ludzi i dostaniemy do ręki klucz, dzięki któremu poznamy sekret…

Realne życie w pewnym momencie nas „dogoni” i będziemy musieli wyjść z tej bajki. Jest to zazwyczaj bardzo bolesne. Wrócę do niebezpieczeństwa, o którym Pani wspominała, bo karmienie nas bajkami wiąże się jeszcze z jednym wątkiem – otóż bajki lubią też przestraszać. Jeśli, tak jak dzieci, boimy się, łatwiej jest nami sterować…

Jakie jest źródło tego, że świat zachodni poszedł właśnie w tym kierunku? Po co uczymy ludzi, że „ja” jest najważniejsze?
Prawdopodobnie u źródła leży fakt, że ktoś kiedyś, być może przypadkiem, odkrył, że jest na to popyt, że to się bardzo dobrze sprzedaje. Mam poczucie, patrząc na to z socjologicznego punktu widzenia, że bardzo brakuje nam dziś duchowości. I też na tym braku wyrosła kultura zdziecinnienia. Odchodzimy od religii, odchodzimy od kościoła, ale nasza potrzeba duchowości nie zniknęła. My, jako ludzie, mamy potrzebę posiadania „boga”. Wiemy, że kiedy ludzie lądowali z różnych powodów na bezludnej wyspie, to jedną z pierwszych rzeczy, którą robili, było wymyślanie sobie „boga”. W tej chwili tym „bogiem” jest szeroko pojęty rozwój osobisty, który się doskonale sprawdza w tej roli. Ma swoich kapłanów i wiernych.

Tych nazywa Pan „pielęgniarzami wewnętrznego dziecka”.
To są ci wszyscy pseudotrenerzy, pseudocoachowie od samorozwoju. Oczywiście nie chcę wrzucać wszystkich trenerów i coachów do jednego worka, bo jest wielu takich, którzy bardzo poważnie podchodzą do swojej pracy, ale jest całe, coraz liczniejsze niestety, grono tych, którzy robią wiele złego. Jeżeli ktoś bez żadnego przygotowania trenerskiego i psychologicznego sprzedaje swoje warsztaty, za pomocą których „uzdrawia” dusze ludzi, wykorzystując jedynie swój celebrycki potencjał, to mamy do czynienia z niebezpiecznym społecznie zjawiskiem. Jednocześnie bardzo duży popyt na takie działania pokazuje, jak bardzo brakuje nam zagospodarowania naszej sfery duchowej.

Szukamy przewodnika?
Tak, dostajemy cały pakiet. Po pierwsze, mamy kapłana głoszącego słowo. Po drugie, czujemy przynależność do grupy unikalnych osób, które są zgromadzone wokół duchowego przewodnika. To są schematy, które znamy. Proszę zwrócić uwagę, że kapłanki/kapłani bardzo często powołują się na świadectwa różnych osób, które czegoś w trakcie spotkań z nimi „doznały”. To przecież do złudzenia przypomina świadectwa osób, które w ramach religii zostały uzdrowione lub doznały duchowej przemiany.

Mówi Pan, że taki pielęgniarz wewnętrznego dziecko jedną ręką utuli, drugą okradnie, nie tylko w sensie materialnym – z pieniędzy, ale także z przyszłości, planów, marzeń. Bo to cena, którą płaci się za niebranie odpowiedzialności, za niedorastanie, za wchodzenie w bajkę.
Tak, to wiąże się z utratą pieniędzy, bo te wszystkie warsztaty, spotkania, wyjazdy są bardzo drogie, ale jest to także oszustwo intelektualne, bardzo nieetyczne działanie, bo nierzadko kończy się u uczestniczek/uczestników frustracją, poczuciem odrzucenia, niezrozumienia. Tym bardziej że większość osób, które prowadzą te działania, nie jest do tego przygotowana. Nie mają technik, które pozwolą, by ochronić ludzi przed emocjami, przed tym, co zadzieje się po wyzwoleniu tych emocji. Ale… pieniądze zostały zaksięgowane, wszystko się „zgadza”.

Przestrzega Pan, że idziemy w te oszustwa jak w dym. Kto jest na nie najbardziej podatny? Co tu ma znaczenie? To rys osobowościowy, to nasz bagaż trudnych doświadczeń? Kto najbardziej powinien uważać?
Z tego, co można zaobserwować, jest to bardzo wyraźny trend w tzw. klasie średniej, czyli u osób, które osiągnęły już pewien status ekonomiczny, są zlaicyzowane, ale też często – wskutek własnej decyzji czy pracy, w której funkcjonują, korporacji – są wyzute z określonych wartości. Szukają punktu zaczepienia, „sensu życia”, a pielęgniarze wewnętrznego dziecka wykorzystują to, przedstawiając im ofertę z drogą na skróty. Bo jeśli ktoś obiecuje, że spotkanie za kilka tysięcy złotych w pięknym miejscu odosobnienia z kadzidłami i muzyką wybrzdąkaną na jednostrunowym instrumencie uzdrowi nasz związek, naprawi relacje z przyjaciółmi i odmieni nasze życie, to proponuje oszustwo. Jedyne, co się zmieni, to stan naszego konta. Ale my chcemy szybkich rozwiązań, właśnie trochę tak jak dzieci, które są bardzo niecierpliwe i chcą mieć wszystko „na już”. A jeśli to się nie udaje, są sfrustrowane.

Uczenie się tego, że w życiu na wszystko potrzeba czasu i wysiłku, jest niefajne. Ale na tym między innymi polega dorosłość. Musimy nauczyć się cierpliwości, czekania. Im szybciej to zrobimy, tym będziemy szczęśliwsi.

Co może zrobić zdziecinniały dorosły, by dostrzec, że jest zdziecinniały?
Wiele zależy od poziomu zdziecinnienia. Czasem tak mocno zakotwiczamy się w negacji naszej dorosłości, że nie mamy dystansu do swojej śmieszności. W złapaniu perspektywy do nas samych bardzo pomaga grupa ludzi wokół nas: rodzina, przyjaciele. Jeśli potrafimy odbierać od nich sygnały, to zrozumiemy, że coś powinniśmy zmienić. Uważam też, że bardzo dobrym drogowskazem mogą być dla nas paradoksalnie… dzieci. Przyjrzyjmy się temu, jaką budujemy z nimi relację. Czy jest to zdrowa relacja dorosły – dziecko, czy dziecko – dziecko?

Na koniec chciałbym podkreślić, że nie ma nic złego w tym, żeby czuć się młodym niezależnie od wieku metrykalnego. Warunkiem jest to, żeby czuć się dojrzałym. I lepiej dla nas i naszego społeczeństwa, jeśli będziemy osiągać tę dojrzałość bliżej trzydziestki niż siedemdziesiątki.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog, metodolog, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW, tomaszsobierajski.com.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze