1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wakacje: najlepsze resorty SPA w Azji w 2012 roku

Wakacje: najlepsze resorty SPA w Azji w 2012 roku

Agoda.com
Agoda.com
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Wakacje można spędzać na wiele różnych sposobów, od wypadu za miasto po urlop w ciepłych krajach. Wielu turystów wie, ze już sam dojazd na urlop potrafi być bardzo stresujący, więc jeśli na miejscu mamy do dyspozycji SPA, będzie nam dużo łatwiej się odprężyć.

Poniższe azjatyckie resorty SPA łącza filozofie i techniki świata wschodu i zachodu. Wyróżniają się doskonałym wyposażeniem, unikalnymi zabiegami oraz zastosowaniem egzotycznych składników. Opisane poniżej resorty to pierwsza dziesiątka wśród takich miejsc w Azji.

Six Senses Yao Noi, Tajlandia

Yao Noi to wyspa leżąca w przepięknej zatoce Phang Nga, pomiędzy Phuket i Krabi. Skaliste nabrzeże i ciche zatoczki to cechy charakterystyczne wyspy, na której znajduje się kilka resortów. Jeden z nich to ośrodek Six Senses, należący do sieci znanej ze wspaniałych lokalizacji i luksusowych rozwiązań.

Większość zabiegów skupia się na wprowadzeniu ciała w stan równowagi pomiędzy czterema żywiołami. Wykorzystuje się do tego masaż, akupresurę, zabiegi detoksykujące czy aromaterapię. Są też specjalne oferty dla par, maski na ciało i twarz, peelingi, a także techniki nieco bardziej egzotyczne, takie jak masaż Lomi Lomi czy sesje reiki. Dla bardziej aktywnych gości SPA ma w ofercie jogę, tai chi, qi quong czy zajęcia fitness.

Fusion Maia, Danang, Wietnam

Cechy wyróżniające Fusion Maia na tle innych ośrodków to załoga składająca się aż z 50 terapeutów oraz siedmiostopniowy program Natural Living, a także darmowe zabiegi spa dla gości. Krajobraz stanowią tropikalne ogrody, rozległe plaże z cudownie białym piaskiem oraz wysokimi falami rozbijającymi się o brzeg.

Każdy gość ośrodka uprawniony jest do dwóch podstawowych zabiegów dziennie. Można wybierać spośród masaży, zabiegów na ciało oraz upiększających, a dla zainteresowanych szerszą ofertą ośrodek ma liczne katalogi i książki dotyczące odnowy biologicznej. Program Natural Living składa się z warsztatów skupiających się na siedmiu głównych zasadach takich jak świadomość własnego ciała, zdrowe żywienie czy ćwiczenia.

Four Seasons Spa, Singapur

Ten wielokrotnie nagradzany ośrodek oferuje szeroką gamę zabiegów z wykorzystaniem stuprocentowo naturalnych produktów Sodashi, łącząc pięciogwiazdkowy profesjonalizm z luksusowym designem. Four Seasons Spa to zarówno tradycyjne techniki, takie jak masaż tajski czy aromaterapia, jak i zabiegi leczące.

„Rytuały spa”, oferowane przez ośrodek, to wiele zabiegów, które pielęgnują nasze ciało od stóp (lecznicza kąpiel) do głów (masaż ramion i głowy) oraz zabiegi specjalne: masaż Reviver to połączenie różnych wschodnich technik mające na celu zniwelowanie napięcia mięśni oraz dodanie energii.

Conrad Spa Rangali Island Resort, Malediwy

Oferta tutejszego SPA zainspirowana jest pięcioma żywiołami: ziemią, powietrzem, wodą, ogniem i drzewem. Oprócz skomplikowanych zabiegów mających na celu przywrócenie wewnętrznej równowagi i umocnienie związku z naturą, goście mogą skorzystać z bardziej przyziemnych usług, takich jak francuski manicure.

Zabiegi specjalne: Trwający 180 minut program „Alive” składa się z uzdrawiającej kąpieli, zabiegu złuszczającego, masażu oraz liftingującej maseczki z różeńca górskiego.

Hotel Spa and Esthetique Suichokan, Sapporo, Japonia

Ten 20-pokojowy ośrodek położony jest w spokojnej, górskiej okolicy w Sapporo. Pobliskie gorące źródła Jozenkei tworzą zapierający dech w piersiach krajobraz, czyniąc to miejsce popularnym celem wycieczek wśród japońskich turystów Spośród mnóstwa hoteli zlokalizowanych w pobliżu źródeł, oferta Hotel Spa and Esthetique Suichokan skierowana jest szczególnie do kobiet.

Ośrodek dysponuje trzema stanowiskami do korzystania z dobrodziejstw gorących źródeł, są to: koedukacyjne kąpielisko  z widokiem na góry, stanowisko, z którego na przemian mogą korzystać kobiety i mężczyźni, oraz basen typu infinity egde, który można wynająć na wyłączność.

Zabiegi specjalne: Suichokan oferuje szeroki wachlarz zabiegów spa i wellness, takich jak aromaterapia czy refleksologia, a restauracja serwuje menu zgodne z holistycznym podejściem do zdrowia.

Banyan Tree Spa Ungasan, Bali

Ośrodek oferuje zarówno klasyczne, jak i egzotyczne metody terapii, a wszystko to w prawdziwie rajskiej scenerii. Oferta składa się z zabiegów upiększających, masaży, peelingów, kąpieli ziołowych i kwiatowych, okładów oraz wielu innych. Wykorzystywane są przy tym często zaskakujące składniki, takie jak marchew, soja czy boreh, czyli lecznicza pasta o błotnistej konsystencji, złożona z mieszanki ziół i korzennych przypraw. Dostępne są także rozmaite terapie z wykorzystaniem jogi, które mają na celu uśmierzanie bólu pleców, spalanie kalorii czy wzmacnianie ogólnej kondycji organizmu.

Zabiegi specjalne: Banyan Tree słynie ze swoich programów autorskich. 150-minutowy jawajski Lulur to rytuał składający się z relaksującego masażu „Serenity Massage”, peelingu ciała na bazie Jawajskiego Luluru, odżywki z awokado i miodem oraz kąpieli w płatkach kwiatów.

Volando Urai Spring Spa & Resort, Tajwan

Spa zapewnia wytchnienie dla ciała i duszy oferując szeroki wybór tradycyjnych masaży, kąpieli oraz specjalistycznych zabiegów. Sam ośrodek propaguje idee oczyszczenia ciała i duszy oraz ich zjednoczenie zgodnie z filozofią plemienia Atayal.

Ze względu na obecność gorących źródeł, główną atrakcją ośrodka są oczywiście lecznicze kąpiele. Oferta dostępnych zabiegów spa obejmuje od ziołowych kompresów i kąpieli, poprzez szeroką gamę masaży, aż po firmowe pakiety zabiegów, z których każdy ma w programie 30-minutową kąpiel z zastosowaniem aromaterapii.

Zabiegi specjalne: Dwugodzinny pakiet „Dasha Journey” to masaż opracowany w zgodzie z zasadami aromaterapii, z zastosowaniem leczniczych ziół, owoców oraz olejków eterycznych.

The Siam, Bangkok, Tajlandia

Nawiązując do tradycji najlepszych pięciogwiazdkowych hoteli w Bangkoku, Siam posiada przepiękną łaźnię w stylu Hammam, słoneczny taras do jogi z widokiem na rzekę Chao Phraya oraz ring do boksu tajskiego. W samym sercu ośrodka mieści się ogromny basen typu infinity edge. Można także korzystać z jacuzzi oraz oczywiście z całej gamy zabiegów spa. Goście mają również możliwość zatrzymania się w willi z prywatnym basenem, ogrodem i tarasem, oraz zamówienia zabiegu spa we własnym pokoju.

Zabiegi specjalne: The Siam oferuje Muay Thai Massage, czyli godzinny zabieg wolnego masażu, pozwalającego rozluźnić mięśnie i wyprowadzić toksyny. Resort ma też w ofercie zabiegi balansujące czakry, obejmujące półtoragodzinny masaż z olejkami i kryształami, koncentrujący się na 7 głównych czakrach.

Song Saa Private Island Resort, Kambodża

Song Saa to bliźniacze wyspy położone w archipelagu Koh Rong niedaleko nabrzeżnego miasta Sihanoukville. Ich nazwa oznacza w języku khmerskim parę zakochanych.

Tradycyjne khmerskie zabiegi łączą się tutaj z buddyjską praktyką medytacyjną zwaną metta bhavana, czyli umiłowania wszystkich stworzeń. Zabiegi spa podzielone są na cztery grupy tematyczne: Blessings (błogosławieństwo), Stillness (spokój), Healing (leczenie) oraz Beauty (piękno). Można także skorzystać z sesji medytacyjnych połączonych z zajęciami jogi, które odbywają się po wschodniej stronie wyspy.

Zabiegi specjalne: Pod nazwą Blessings kryje się 60-minutowy zabieg Ananda Facial, który skupia się na punktach energetycznych oraz ajurwedycznych punktach marma. Ma on na celu odmłodzenie skóry twarzy oraz wprowadzenie gościa w nastrój spokoju i błogości.

Shinta Mani, Siem Reap, Kambodża

Shinta Mani, jak wiele innych hoteli w Siem Reap, dba nie tylko o swoich gości, ale także o lokalną społeczność, promując zrównoważoną i odpowiedzialną turystykę w Angkor. Założona została nawet fundacja Shinta Mani Foundation, która przyznaje dodatkowe punkty karmy gościom, którzy zdecydują się wpłacić datek na rzecz poprawy sytuacji miejscowych rodzin.

Zabiegi specjalne: Aby jeszcze lepiej wczuć się w lokalny klimat i skorzystać z miejscowych dobrodziejstw, warto wybrać masaż oraz peeling z wykorzystaniem białej glinki oraz ziaren kawy zebranych na wzgórzach prowincji Rattanakiri.

Artykuł we współpracy z serwisem rezerwacji hoteli .

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Blogerka Joanna Nowak o tym, jak wychowuje swoją córkę Gaję w drodze

Blogerka Joanna Nowak i jej córka Gaja (fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)
Blogerka Joanna Nowak i jej córka Gaja (fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
To miała być wyprawa na kilka miesięcy, a trwa już sześć lat. Joanna Nowak wychowuje swoją córkę Gaję w drodze – przejechały już dwie Ameryki, Azję... Nam opowiada o tym, jak wyglądały początki podróżowania samotnej matki z małym dzieckiem i jak tamta decyzja uratowała ją samą.

Jako młoda mama wyjechałaś z 20-miesięczną córką w podróż po Peru. Dlaczego akurat tam?
Od dziecka byłam zafascynowana kulturą Peru, z sąsiadem bawiliśmy się w miasto Inków – Machu Picchu. Marzyłam, żeby tam pojechać. Kiedy więc przyszedł czas na pierwszą daleką samotną podróż, jeszcze przed narodzinami Gai, bez wahania wybrałam Peru. Podróżowałam niskobudżetowo: jeździłam autostopem, jadałam na targach, korzystałam z darmowych noclegów lub sypiałam pod namiotem. Spotkałam się tam sama ze sobą i dostrzegałam w tej podróży wiele małych, z pozoru nieznaczących szczegółów. Przeżywałam cały wachlarz emocji: od ekscytacji i zachwytu po rozpacz i desperację. Zetknięcie z kulturą inkaską było dla mnie szalenie mocnym przeżyciem. Ciągle myślałam o ludziach, którzy żyli w tych starożytnych, pięknych miastach, wysoko, w podniebnych Andach. Trzeba było do nich dojść, co sprawiało mi frajdę. Tyle przestrzeni, tyle widoków... A największe wrażenie wywarło na mnie Choquequirao.

Co cię zachwyciło?
Aby tam dotrzeć, trzeba iść dwa dni przez dżunglę, potem schodzić dwa kilometry w dół i tyle samo się wspinać. W sumie to cztery dni trekkingu. Z daleka widzisz drogę, którą musisz przebyć, to zygzak wspinający się po stromym zboczu. Na miejscu było raptem siedem osób. Z poznaną po drodze parą rozbijaliśmy namiot w ruinach. Gdy już prawie kończyliśmy, moją uwagę zwrócił dziwny dźwięk. Podniosłam wzrok i głową dotknęłam chmury. A z niej patrzyły na mnie oczy – szydercze, nienawistne, jakby omiatały moją twarz. Oniemiałam... Gdy zasnęłam, zobaczyłam dawne, żyjące Choquequirao: szamana uprawiającego modły, dziecko biegnące na krawędzi ścieżki, wojowników wracających z wyprawy. Oczywiście to wszystko było wytworem mojej wyobraźni, ale zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie, że nie chciałam wracać. Poczułam magię tego miasta i wiedziałam, że kiedyś znów do niego przyjadę. Po powrocie do Polski pracowałam na uczelni, miałam pisać doktorat, już wykonałam badania. Planowałam kolejną podróż do Peru, gdy okazało się, że jestem w ciąży. A potem, że zostanę samotną matką. Załamałam się...

I ta powtórna podróż poskładała cię w całość?
Tak. A dokładnie marzenie o niej. Uruchomiło ono we mnie mechanizmy obronne i umysł podsunął mi pomysł powrotu do Choquequirao. Psycholożka, która mnie wspierała po urodzeniu Gai, z całych sił odradzała mi te plany. Ale ja zdecydowałam, że pojadę tam z córką. I tej decyzji zawdzięczam swoje życie.

Przyjechałaś do Limy i…?
Już gdy wysiadłam z samolotu i wciągnęłam pierwszy haust powietrza pełnego smogu, oparów, wilgoci, zapachów śmieci i dymu – to dostałam skrzydeł.

Aklimatyzacja w górach. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak) Aklimatyzacja w górach. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)

Zmiana przyszła tak nagle?
No nie. Początkowo to były krótkofalowe uczucia. Wdychałam to powietrze, jakbym wąchała najpiękniejsze perfumy. „Jestem tutaj, jestem!” – krzyczałam do siebie w duchu. Wiedziałam, że ta podróż połączy mnie z ziemią, bo oznacza konieczność rozwiązywania problemów bardzo podstawowych: Gdzie zjeść, spać, wysikać się? Co zrobić, gdy deszcz pada na głowę? Kilometry w nogach, ciężki plecak na grzbiecie, a do tego nie można się dać oszukać, porwać, okraść... Trzeba skupić się na tym, by przeżyć kolejny dzień i dotrzeć do celu. To odwraca uwagę od bólu emocjonalnego, w środku jednak cały czas cierpiałam.

Otrzymałam pomoc od Polaków mieszkających w Limie, a pewna Peruwianka, Cecylia, która studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, udostępniła nam malutki pokoik za darmo. Wracałam do niej wielokrotnie. W wiosce Colca, która leży na skraju kanionu, na 3,5 tys. m n.p.m., zaczęłam uczyć angielskiego w prowadzonej przez Polaka letniej szkole.

Nie ma żadnych badań na temat aklimatyzacji dzieci na takiej wysokości, więc z Adasiem Bieleckim (himalaista znany m.in. z akcji ratowniczej na Nanga Parbat w 2018 r., podczas której wraz z Denisem Urubką sprowadzili francuską wspinaczkę Élisabeth Revol – przyp. red.), którego znam ze studiów, konsultowałam plany aklimatyzacyjne Gai. Wędrowałyśmy po płaskowyżu w towarzystwie lam i alpag, docierając do 4 tys. m n.p.m. i przyzwyczajałyśmy się do warunków. Popełniłam milion błędów, co wielokrotnie mogło się kiepsko skończyć, ale tak mnie los prowadził, że każdy błąd był ważną lekcją do zapamiętania.

Gdy stwierdziłam, że już wiem, jak podróżować z małym dzieckiem i z niewielkim budżetem – pojechałyśmy na trekking do Choquequirao. Poczułam wtedy olbrzymią radość, szczęście. Jakbym wracała do domu... Te piękne momenty w górach były jednak podszyte lękiem, bo w końcu byłam z małym dzieckiem daleko od cywilizacji.

Na swoim blogu napisałaś, że nienawidziłaś tego swojego nowego świata, „świata samotnego macierzyństwa”. Naprawdę tak było?
Jasne, że nienawidziłam, na początku. Życie kobiety tak się zmienia po narodzinach dziecka, że ani jedna rzecz nie zostaje jak dawniej. Zaczynasz pracę z najbardziej wymagającym szefem, który nie daje ani urlopu, ani pięciu minut na kawę. Kiedy dziecko jest wyczekane i jest owocem miłości – to pewnie takie macierzyństwo ma inną twarz, ale choć byłam w związku przez 10 lat, to moje macierzyństwo było kieratem. Szalenie trudnym i wymagającym, bo zostałam sama. Z depresją i maluchem, który urodził się bez instrukcji obsługi.

W tej części świata drzewa ciężkie od kokosów rosną wszędzie. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak) W tej części świata drzewa ciężkie od kokosów rosną wszędzie. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)

To kiedy polubiłaś bycie mamą?
To przyszło z czasem. Po prostu wyruszyłam w drogę, zrobiłam krok w kierunku światła i ten proces potoczył się sam.

W Ameryce Łacińskiej spędziłyście trzy lata. Jak ten czas cię zmienił?
Odżyłam, byłam znowu sobą. Potrafiłam się cieszyć z głębi serca i zanosić śmiechem. Biegałam, tańczyłam, uwielbiałam świat i moje dziecko, czułam całe morze wdzięczności do napotkanych ludzi oraz do siebie – za to, że zdecydowałam się na ten krok. To, co przeżyłam, jest bogactwem, którego nikt nigdy mi nie zabierze. Pójdzie ze mną nawet na tamten świat, jeśli on istnieje. Moje obecne życie jest cudowne. Jest mi dobrze z dzieckiem w podróży.

Napisałaś też, że wasza trwająca nadal wyprawa z Gają to podróż do wnętrza siebie. Jak daleko w głąb dotarłaś?
Nie wiem, naprawdę…

A poznałaś lepiej siebie?
Oczywiście, że tak. Każda samotna podróż to oferuje. Nie ma wsparcia psychicznego, ramienia, które przytuli i kogoś, kto powie: „nie martw się, damy radę”, kto w kryzysie przyniesie ci kawę i ciasteczko. Jesteś sam ze swoimi problemami, słabościami, nastrojami, emocjami i kryzysami. I ze swoja fizycznością: z okresem, amebą, rozwolnieniem.... Bardzo dużo już wiem o sobie, ale ten proces nigdy się nie kończy. Zmiany generują też strach – potwornie bałam się podróży z malutkim dzieckiem. I nadal boję się, że Gai może się coś stać, ale jednocześnie staram się dawać jej dużo wolności.

Podróż Joanny i Gai przez Amerykę Łacińską trwała trzy lata, potem przyszła kolej na Azję. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak) Podróż Joanny i Gai przez Amerykę Łacińską trwała trzy lata, potem przyszła kolej na Azję. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)

Z tego, co piszesz na blogu albo mówisz w wywiadach, wynika, że chcesz, by Gaja była twardzielką. Dlaczego to takie ważne?
Nie chodzi o bycie twardą, ale silną wewnętrznie, świadomą swoich mocnych stron i słabości. Zapewne kiedyś życie także i jej da bolesne kopniaki. Mam nadzieję, że siłę będzie wtedy czerpać i z mojego przykładu, bo stanęłam na nogi po potwornym załamaniu. Pokonałam długą i mozolną drogę wybrukowaną bólem, potknięciami oraz powrotami do stanów, które powinnam opuścić. Ale jakim faktycznie Gaja będzie człowiekiem, jak te podróże na nią wpłyną – dowiemy się za 20–30 lat...

A jakim chciałabyś, aby była?
Szczęśliwym. Nic poza tym.

„Boję się, że Gai może się coś stać, ale jednocześnie staram się dawać jej dużo wolności” - mówi Joanna Nowak. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak) „Boję się, że Gai może się coś stać, ale jednocześnie staram się dawać jej dużo wolności” - mówi Joanna Nowak. (Fot. archiwum prywatne Joanny Nowak)

Joanna Nowak, z wykształcenia fizjoterapeutka, z zamiłowania podróżniczka, fotografka i narciarka. Od 6 maja 2014 r. nieprzerwanie w podróży z córką Gają. Jej blog fotograficzny somosdos.pl w 2015 r. zdobył 1 miejsce w konkursie „Blog Roku” w kategorii: podróże. 

Rozmowa pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika Sens nr 4/2019.

  1. Styl Życia

Wakacje z dziećmi nad Bałtykiem - dokąd jechać?

Bałtyckie plaże to idealne miejsce na rodzinne wakacje z dziećmi. (Fot. Getty Images)
Bałtyckie plaże to idealne miejsce na rodzinne wakacje z dziećmi. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 17 Zdjęć
Bałtyk na tle ciepłych mórz nie wypada najlepiej – woda nawet w środku lata jest w nim chłodna i mało przejrzysta oraz słabo zasolona. Niedostatki morza rekompensują jednak piękne piaszczyste plaże. To głównie one sprawiają, że co roku latem nad Bałtykiem są tłumy.

Bałtyckie plaże to idealne miejsce na rodzinne wakacje z dziećmi. Nadmorskie powietrze jest zdrowe, a możliwości uprawiania sportów rekompensują zbyt duże upały. Nawet gdy na kąpiele jest za zimno, Bałtyk dla dzieci to prawdziwy raj ze względu na piasek, z którego maluchy robią babki, a starsze dzieci zamki. Plaże są doskonałe na spacery, z kolei rybackie wsie są świetne dla tych, którzy w wakacje pragną ciszy i spokoju.

Wybrzeże mamy dość urozmaicone. Znajdziemy tu zarówno płaskie i szerokie plaże, jak i strome klify. Do wyboru mamy miejscowości obfitujące w zabytki i atrakcje przyrodnicze, rozrywkowe miasteczka oraz spokojne wsie letniskowe z dala od cywilizacji. Noclegi o różnym standardzie można znaleźć niemalże w każdej miejscowości, ale w popularnych kurortach lepiej je rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

Jedną z najatrakcyjniejszych miejscowości nad morskich, z przepiękną długą i szeroką plażą ze złocistym piaskiem, jest Świnoujście. Miasto położone jest na wyspach, w tym jego większa część i plaża na Uznamie, na który można dostać się tylko promem. Plaża rozciąga się od granicy z Niemcami do ujścia Świny, zabezpieczonego falochronem, na którym stoi symbol miasta – Stawa Młyny, czyli znak nawigacyjny w kształcie wiatraka. Warto też wgramolić się na świnoujską latarnię morską. Trzeba pokonać aż 300 stopni, ale widoki rekompensują ten wysiłek.

Świnoujście (fot. Getty Images) Świnoujście (fot. Getty Images)

Międzyzdroje niegdyś było spokojną osadą rybacką, a dziś to modny kurort z Promenadą Gwiazd, ciągnącą się wzdłuż szerokiej plaży. Miasto tętni życie, chętnie też przyjeżdżają tu celebryci. Nie oznacza to, że rodziny z dziećmi nie mają tu czego szukać, wręcz przeciwnie. Miasto oferuje piękną plaże, idealne na spacery molo, z którego widać latarnię morską w Chorzelinie i klify Wolina oraz Park Zdrojowy z Muzeum Figur Woskowych. Morze przy plaży jest płytkie i jak na Bałtyk, dość ciepłe. Jeśli więc ktoś chce się kąpać w morzu, to właśnie w Międzyzdrojach.

Międzyzdroje (fot. Getty Images) Międzyzdroje (fot. Getty Images)

Łeba na granicy Słowińskiego Parku Narodowego, to miasto z jedną z piękniejszych plaż w Polsce. Trafimy tu na ruchome wydmy, które są bardzo rzadkim zjawiskiem występującym na świecie. Łeba otoczona jest wodą aż z trzech stron, gdyż znajduje się między Bałtykiem a jeziorami Łebsko i Sarbsko. To drugie można podziwiać z najwyższej wydmy – Mampego. Nie brakuje też latarni morskiej - Stilo, która oddalona jest od miasteczka o kilometr spaceru plażą. Minusem są natomiast tłumy w sezonie, jeśli więc ktoś marzy o wakacjach w ciszy i spokoju, powinien raczej poszukać innej miejscowości.

Łeba (fot. Getty Images) Łeba (fot. Getty Images)

Do Ustki chętnie przyjeżdżają kuracjusze oraz dzieci. Kuracjusze, gdyż jest to ośrodek sanatoryjny, a dzieci – gdyż atrakcji jest dla nich sporo, nie tylko na malowniczej plaży z miękkim białym piaskiem, ale w i samym miasteczku. Są tu liczne place zabaw, boiska, park dinozaurów, Muzeum Chleba, ciuchcia, jeśli więc pogoda nie dopisze i tak mamy mnóstwo okazji na zabawę z dziećmi. W chwilach wolnych od plażowania warto obejrzeć urokliwe rybackie domki i wybrać się na spacer po kamiennym molo.

Ustka (fot. Getty Images) Ustka (fot. Getty Images)

Między jeziorem Jamno a Bałtykiem leży kolejna miejscowość, znakomita na letnie wakacje - Mielno. Świetne miejsce dla tych, którzy lubią imprezy i dyskoteki do białego rana, gorsze dla osób unikających tłumów. Mielno to ośrodek wczasowy z długimi tradycjami. Zachowały się tu secesyjne i eklektyczne wille dla wczasowiczów z XIX w. Strzeżona plaża w Mielnie jest czysta i zadbana; są tu też przygotowane zejścia dla osób niepełnosprawnych.

Mielno (fot. Getty Images) Mielno (fot. Getty Images)

Niechorze to przyjemna wieś rybacka na Pomorzu Zachodnim z plażą oraz klifem, na którym stoi zabytkowa latarnia morska z XIX w. W sezonie letnim pomiędzy Niechorzem a okolicznymi miejscowościami nadmorskimi można przemieszczać się ciuchcią Retro, czyli kolejką wąskotorową. Pobliskie jezioro Liwia Łuża zostało objęte rezerwatem ornitologicznym jako siedlisko ptactwo wodnego.

Niechorze (fot. Getty Images) Niechorze (fot. Getty Images)

Niewielkie Dębki zupełnie nie przypominają kurortu, są tu głównie pensjonaty i działki. Do szerokiej plaży z jasnym piaskiem idzie się przez las. Malownicze miejsce można znaleźć tuż przy ujściu do morza rzeki Piaśnicy. Każdego roku plaża w tym miejscu wygląda inaczej. Miejscowość słynie z dużej swobody, na plaży spotyka się panie topless, jest też wydzielona część dla naturystów.

Dębki (fot. Getty Images) Dębki (fot. Getty Images)

Najbardziej znane polskie klify są w Jastrzębiej Górze, najbardziej na północ wysuniętej miejscowości w Polsce. Sama osada do szczególnie urokliwych miejsc się nie zalicza, dominuje tu raczej socjalistyczna zabudowa kurortowa. Brak urody rekompensuje dobra infrastruktura turystyczna oraz malownicza, wąska plaża u stop 33-metrowego klifu oraz piękne okolice. Z Jastrzębiej Góry plażą u podnóża klifu można dojść do przylądka Rozewie, gdzie można zobaczyć dwie latarnie morskie, z których jedna jest czynna do dziś.

Jastrzębia Góra (fot. Getty Images) Jastrzębia Góra (fot. Getty Images)

Chałupy rozreklamowane przez laty piosenką Zbigniewa Wodeckiego to rybacka wioska na Półwyspie Helskim, z ładnymi niedużymi domami z czerwonej cegły. Plaża jest szeroka, z drobnym piaskiem i czystą wodą. Jako że morze jest płytkie i wieją łagodne wiatry, jest to popularne miejsce do uprawiania windsurfingu. Trzykilometrowa, oddalona od zabudowań plaża dla naturystów przyciąga tu zwolenników tego rodzaju opalania z całej Polski. Tekstylni też znajdą miejsce dla siebie, bliżej centrum wsi.

Chałupy (fot. Getty Images) Chałupy (fot. Getty Images)

  1. Moda i uroda

Oczyszczanie twarzy - japoński sekret pięknej cery

Fot. iStock
Fot. iStock
Azjatyckie kosmetyki podbijają europejski rynek. Nic dziwnego, Azjatki w każdym wieku wyglądają młodo i promiennie. Jakie tajemnice pielęgnacji twarzy skrywają?

Azja kojarzy nam się przede wszystkim z naturą i filozofią zen. Okazuje się, że nawet w pielęgnacji urody można czerpać z tego nurtu. Już w VIII w. Japonki miały zwyczaj bielić swoje twarze. Porcelanowa cera symbolizowała szlachetne piękno i maskowała wszystkie niedoskonałości. Obecnie wciąż ceni się tradycyjne wzorce, ale by im dorównać - azjatyckie kobiety muszą włożyć w codzienną pielęgnację wiele trudu.

Fenomen z Dalekiego Wschodu

Sekretem kosmetyków z Azji są nie tylko niespotykane na Zachodzie składniki - jak śluz ślimaka czy jad pszczeli - ale ich skuteczność. Producenci dokładają wszelkich starań, by ich produkty trafiały w potrzeby azjatyckich kobiet. A na liście ich priorytetów bardzo wysokie miejsce zajmuje nawilżanie. Skóra Japonek jest anatomicznie cieńsza od skóry Europejek czy Amerykanek. Przez to jest o wiele bardziej narażona na szybszą utratę wody, a co za tym idzie - na uszkodzenia i przebarwienia. Stąd w niemalże każdym produkcie można znaleźć kwas hialuronowy, który silnie wiąże wodę. Twórcy kosmetyków stawiają również na witaminy (B, C, D, E) i naturalne ekstrakty, np. wyciągi z aloesu, zielonej herbaty, alg morskich - by ich klientki długo nie musiały martwić się o starzejącą skórę.

Wiele pań ceni sobie tradycyjne wzorce sprzed wieków, dlatego japońskie kosmetyki w większości mają także działanie rozświetlające. Wielką wagę przykładają również do ochrony przed promieniami słonecznymi.

Dla Azjatek codzienna staranna pielęgnacja twarzy jest czymś naturalnym, chwilą relaksu i odprężenia. Bardzo cenią sobie zdrowy, młody i piękny wygląd, dlatego dbają o siebie na wielu płaszczyznach - zrównoważonej diety, aktywności fizycznej, prawidłowego snu. Mimo że niemal codziennie fundują sobie domowe spa, nie stronią od profesjonalnych gabinetów kosmetycznych.

Japońskie oczyszczanie twarzy

Codzienny demakijaż i oczyszczanie twarzy to klucz do pięknej skóry. Wieczorem, po całym dniu narażania jej na kontakt z zanieczyszczeniami, obowiązkowo musimy odblokować pory i pozwolić skórze oddychać. Japonki wierzą, że jest to podstawa zachowania dobrej kondycji i młodości skóry. Mają na to swój wyjątkowy rytuał:

Krok 1. Oczyszczanie

To według Japonek najważniejszy element, który wykonują niezwykle starannie i dlatego składa się z dwóch etapów. Pierwszym jest oczyszczenie skóry przy pomocy oleju, emulsji bądź mleczka, najczęściej bez użycia wody. To najlepiej rozpuści nałożone kosmetyki i pozwoli pozbyć się makijażu. Dopełnieniem demakijażu jest drugi etap, w którym używa się produktów myjących (np. mydło, żel, pianka) z wodą.

Krok 2. Delikatny masaż

Jest istotny dla pobudzenia mikrokrążenia, pozytywnie wpływa na kondycję skóry, poprawia koloryt i opóźnia procesy starzenia, a co więcej - ułatwia wchłanianie się kosmetyków. W połączeniu z delikatnymi produktami złuszczającymi świetnie usuwa martwy naskórek.

Krok 3. Tonizowanie

W filozofii Dalekiego Wschodu bardzo ważna jest równowaga i tę zasadę przestrzega się również w pielęgnacji urody. Tonizując skórę, uspokajamy pH, czyli naturalny odczyn kwasowo-zasadowy. Co ciekawe, najlepszym okazuje się nie być wcale neutralny, a lekko kwaśny - na poziomie 4,5-6 pH. Dzięki równowadze kwasowo-zasadowej nasza naturalna bariera, która chroni przed drobnoustrojami i innymi czynnikami zagrażającymi naszej skórze, działa prawidłowo.

Krok 4. Odżywianie

Na tym etapie Japonki chętnie sięgają po serum, bogate w wiele dobroczynnych składników, jak np. kwas hialuronowy, witaminy, roślinne ekstrakty z ryżu, bambusa, imbiru czy żeń-szenia. Pod oczy wklepują krem, najczęściej działający nawilżająco i rozświetlająco.

Krok 5. Nawilżanie

Jest niezbędne dla zachowania gładkiej i jędrnej - a co za tym idzie - młodo wyglądającej skóry. W tym celu świetnie sprawdzą się lekkie kremy (odżywcze, przeciwstarzeniowe, rozjaśniające), będące zwieńczeniem całego japońskiego rytuału oczyszczania twarzy.

  1. Psychologia

Wspólne wakacje z partnerem. Czas próby czy sielanka?

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. (Fot. iStock)
„Cudownie!” – mówią zgodnie oboje. Ale co myślą? Kobieta: „Teraz się do siebie zbliżymy”. Mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I są to całkowicie sprzeczne cele. Jak zatem nie zamienić raju na Seszelach w horror pośród tropików, tłumaczy psycholog Maria Rotkiel.

Jak myślę o małżeństwie moich rodziców, to mam wrażenie, że kiedyś pary dobierały się na zasadzie sprawdzania się w boju: w pracy, prowadzeniu domu, wychowaniu dzieci. Dzisiaj wyzwaniem dla wielu par jest czas wolny.
Na pewno obecnie większą wagę przykładamy do sfery emocjonalnej, a w niej mieści się też temat spędzania wolnego czasu. Dbamy o wspólne rozrywki, jeździmy na rowerach, podróżujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice w każdą sobotę rano chodzili na tenisa, bo u nas w sobotę rano się sprzątało, a w niedzielę jechało do babci na obiad. Dziś w weekend jedziemy do centrum handlowego – to jest ta gorsza wersja, a w lepszej – oddajemy się jakiemuś hobby. Sfera wolnego czasu, zainteresowań i relaksu rzeczywiście ma więc obecnie większe znaczenie niż kiedyś.

A kwintesencją relaksu jest wspólny urlop.
Urlop jest genialnym papierkiem lakmusowym relacji. Jeśli wyjeżdżamy na urlop na początku znajomości, to często w ogóle nie wychodzimy z pokoju hotelowego. Czyli robimy to, co na tym etapie znajomości jest najfajniejsze: seks, seks, seks. I to bardzo dobry pomysł na pierwszy wyjazd (śmiech). Nawet jeśli naszą uwagę zajmuje głównie ten seks, to i tak będziemy mieli szansę sprawdzić się także na innych polach. Czy mamy wspólne tematy, podobne temperamenty, gusta kulinarne, ale też wizje tego, czym dla nas jest udany odpoczynek. Oczywiście, na co dzień też się tego o sobie dowiadujemy, ale wtedy nie spędzamy ze sobą 24 godzin na dobę. I może się okazać, że podczas tak intensywnego bycia razem odnajdziemy w sobie rzeczy, które nam się nie spodobają. Dlatego mimo cudownych okoliczności przyrody wiele par często ostro kłóci się podczas wyjazdów.

Urlop sprzyja skrajnym sytuacjom: z jednej strony sielanka i spijanie sobie z dzióbków, z drugiej wychodzą wszystkie problemy, które w codziennym życiu są zamiatane pod dywan. To czas próby. Jeśli w relacji dzieje się dobrze, to urlop to potwierdzi; a jeśli coś kipi pod pokrywką, to urlop doprowadzi to do prawdziwego wrzenia. Lubię żartować, że po urlopie wracamy albo w ciąży, albo jako singielki. W dużym uproszczeniu, oczywiście.

Niektóre pary postanawiają wspólnie gdzieś wyjechać właśnie wtedy, gdy przechodzą kryzys.
Tylko jeśli nie rozwiążą problemu, który wywołał kryzys, jeśli tego nie przegadają lub nawet nie przekłócą, to współczuję takiego urlopu. To zacznie się już w samochodzie albo na lotnisku bądź w pociągu. Zamknięte przestrzenie sprzyjają kumulacji emocji. Zresztą przed trudnymi rozmowami jedno z partnerów zwykle tchórzy, i jest to zwykle mężczyzna. Dominuje schemat: kobieta chce rozmawiać, a facet ucieka, dosłownie. A z samochodu czy samolotu nam nie ucieknie (śmiech). Każda para to zna. Oczywiście, na początku on może się w ogóle nie odzywać, ale po godzinie naszego rozżalonego monologu pewnie wybuchnie i nie będzie to zbyt konstruktywne. W efekcie lądujemy w hotelu wkurzeni na siebie i ziejący nienawiścią, z perspektywą spędzenia ze sobą najbliższego tygodnia.

Dużo par przychodzi do ciebie na terapię po urlopie?
Bardzo dużo. Po wspólnym wyjeździe albo po świętach, które też są pewnego rodzaju urlopem. Pary przychodzą do mnie w momencie, kiedy nie mogą dłużej udawać, że jest między nimi w porządku i gdy kryzys staje się dla nich bardzo dokuczliwy. Codzienność sprzyja wypieraniu problemów, bo zwyczajnie nie mamy czasu na to, by się porządnie pokłócić. Co innego kilka dni wolnego. Znam pary, które wszystkie nagromadzone przez rok sprawy chcą „załatwić” właśnie podczas wakacyjnego wyjazdu.

Może źle się na ten urlop nastawiamy?
Na pewno mamy bardzo różne oczekiwania w stosunku do urlopu. Kobieta myśli: „Teraz się do siebie zbliżymy”, natomiast mężczyzna: „Nareszcie odpoczniemy”. I to są dwa różne cele. On odpoczywa, czyli nalewa sobie wieczorem piwo, bierze gazetę czy laptopa i się „odrywa”, a ona chce bliskości, spaceru, rozmowy, przytulania, romantycznej kolacji. I wtedy mogą dziać się różne rzeczy.

Z drugiej strony: fajnie się różnić.
Zgadzam się. Fajnie się różnić, pod warunkiem że mamy solidną wspólną płaszczyznę. Bo to, że nasz partner chce odpocząć, a my zbliżyć się do niego – nie musi się wykluczać. Dajmy sobie czas na swoje przyjemności, niech on zostanie z tą gazetą nad basenem, ty idź pozwiedzać okoliczne zabytki, ale później, wieczorem spotkajcie się podczas wspólnej kolacji. Urlop pokazuje dokładnie, jak współpracujemy w parze, bo nie ma tych wszystkich dystraktorów, które na co dzień nas rozpraszają i odrywają od relacji. Cała uwaga jest skupiona na związku. Czasami okazuje się więc, że nie do końca trafnie się dobraliśmy albo że jesteśmy sobą bardzo zmęczeni.

Brzmi jak historia mojej znajomej. Kiedy wyjechała na wakacje ze swoim chłopakiem i wreszcie mieli mnóstwo czasu dla siebie, okazało się, że w sumie nie mają o czym rozmawiać i nie zgadzają się w wielu sprawach, tylko do tej pory zagłuszali to oglądaniem filmów, zapraszaniem przyjaciół czy pracą.
Tak czasem bywa i im szybciej się o tym przekonamy, tym lepiej. Urlop pomaga zobaczyć to, co na co dzień umyka i czego po prostu nie chcemy widzieć. Kobiety często „zakłamują rzeczywistość”. Ze strachu, z wygody, z braku możliwości zmiany, oczywiście ich zdaniem, bo ta możliwość zawsze jest, tylko my tchórzymy. Dlatego odważnie przyglądajmy się sobie i naszemu związkowi podczas urlopu i wyciągajmy z tych obserwacji wnioski.

Może lepiej odpoczywać osobno?
Jestem wielką orędowniczką osobnych wyjazdów, ale pod warunkiem że znajdziemy też miejsce na wspólny wypad albo kilka dni spędzonych w domu. Bo jeżeli na co dzień mamy dla siebie mało czasu i urlop spędzimy oddzielnie, to tylko nas to od siebie jeszcze bardziej oddali.

Tym bardziej że urlop sprzyja spotykaniu wielu atrakcyjnych osób.
No właśnie, à propos wakacyjnych romansów. Nie zgadzam się z tym słynnym powiedzeniem, że okazja czyni złodzieja, moim zdaniem trzeba mieć osobowość złodzieja, by okazja ją z nas wyciągnęła. Zdrada podczas urlopu mówi o tym, że w związku dzieje się źle, po prostu. Ale to temat na osobną rozmowę.

Idealny model urlopowania się w parze, choć życie nie jest idealne, to jeden dłuższy wspólny wypad w roku i krótsze osobne – z przyjaciółkami, kolegą czy rodziną. I apeluję – planujmy wakacje. Nie stawiajmy na spontaniczność i nie myślmy: „A, jakoś to będzie”. Pewnie, że niekiedy trafi nam się cudowne miejsce, z którego oboje będziemy zadowoleni, ale zwykle decyzje podejmowane pod wpływem emocji czy chwili kończą się niezadowoleniem.

Przestańmy wierzyć w spontaniczny seks, spontaniczne wakacje i spontaniczny związek. Wybierzmy taki czas, takie miejsce i takie atrakcje, które przypadną do gustu zarówno nam, jak i naszemu partnerowi. Przecież pewne rzeczy wiadomo od początku znajomości: czy on lubi spędzać czas aktywnie, czy wylegiwać się całą niedzielę w łóżku. Jeśli my kochamy SPA, wybierzmy takie, które będzie nam odpowiadało, ale zadbajmy, żeby w pobliżu były korty tenisowe, ścianki do wspinaczki czy trasy rowerowe, z których on się ucieszy. Przegadajmy też kwestie finansowe. O co się przecież zwykle kłócimy? O pieniądze. Ale na urlopie jakoś o tym zapominamy. Idziemy do restauracji i zamawiamy kalmary, homary i szampana, a potem się dziwimy, że urlop nas drogo wyniósł. I błagam, przemyślmy, kogo na ten urlop zabieramy. Nie proponujmy partnerowi wyjazdu w komplecie z naszą koleżanką, którą on może i lubi, ale chyba raczej nie marzy o tym, żeby towarzyszyła wam przez cały tydzień. Z urlopem jak z życiem – warto urządzić go tak, żeby było nam dobrze.

Urlop jest też dobrym sprawdzianem tego, jak się zachowamy w sytuacjach trudnych. Ginie nam bagaż, kradną karty kredytowe. Niektórzy stają na wysokości zadania, a inni tchórzą albo puszczają im nerwy. On zamiast mnie pocieszać, krzyczy, że to moja wina, bo mogłam nie trzymać kart w jednym miejscu. W filmie „Turysta” jest taka scena. W zimowym kurorcie nagle schodzi niegroźna lawina i ojciec rodziny w pierwszym odruchu zamiast osłonić sobą dzieci i żonę, ucieka, ratując smartfona. Jak po czymś takim znów sobie zaufać?
To, jak się zachowujemy w stresie, gdy mamy problem, wychodzi dość szybko, ale podczas urlopu to może być szczególnie trudne, czyli powiedzmy wprost: wkurzające. Jeśli nasz partner nas zawodzi, jeśli tracimy do niego zaufanie lub nie potrafi być dla nas oparciem – to podczas urlopu dotkliwie to odczujemy, ponieważ wtedy jesteśmy tylko we dwoje, bez rodziny, przyjaciół czy innych osób, które w kryzysowych sytuacjach mogą nam pomóc. Ale może być też zupełnie odwrotnie. Kiedy na co dzień nie dajemy szansy naszemu partnerowi, aby się wykazał i jesteśmy Zosią Samosią, to jego szybka reakcja na urlopową katastrofę, typu zagubienie bagażu, może być miłym zaskoczeniem i motywacją do refleksji: „Czy nie warto bardziej mu zaufać i docenić go, zamiast wszystko brać na siebie, a potem narzekać?”.

Dla wielu kobiet dużą nauką podczas urlopu jest to, że bycie razem nie oznacza spędzania ze sobą każdej chwili.
Moim zdaniem jeśli ktoś chciałby zdiagnozować, czy partnerzy mają problem z bliskością, powinien wysłać ich na urlop. To pokaże jak na dłoni, czy jedno z partnerów nie przejawia czasem tendencji do budowania symbiotycznych relacji i agresywnie zawłaszcza prywatną przestrzeń drugiej osoby. Bo wymaganie od kogoś, żeby był z nami „zrośnięty”, niedawanie mu prawa do własnej przestrzeni to agresja. Zwykle kobieca specjalność. Jeśli oczekujemy, że urlop nas zbliży, zastanówmy się, czym jest dla nas ta bliskość. Bo urlop może nam pokazać, czy nie mamy problemu w tej właśnie sferze. Są pewne mechanizmy, które nami kierują i z których same nie zdajemy sobie sprawy. Prowokujemy kłótnię, bo jest za dobrze, za sielsko – to też jest poważny wyznacznik problemu z bliskością. Gdy rozmawiam z parą, to często mężczyzna zwraca uwagę na to, że jego partnerka z jednej strony pragnie bliskości, ale jednocześnie prowokuje kłótnię, gdy jest za spokojnie. Gdy rozmawiam z tą kobietą, okazuje się, że przez większość życia była pod taką presją, że nagła sielanka jest dla niej nie do wytrzymania.

Urlop sprzyja też ujawnieniu takich cech jak chorobliwa zazdrość. Bo on spojrzał na inną kobietę w skąpym bikini? Jesteście nad morzem, dookoła pełno kobiet w skąpym bikini. Co on ma zrobić w tej sytuacji? Założyć sobie wiaderko na głowę?!

Słyszałam, że niektóre pary świetnie się dogadują na urlopie, problem zaczyna się, gdy wracają do domu. Czy urlop nie jest wtedy dla nich ucieczką od codzienności?
Niektóre pary same tak o nim mówią. Gdy słyszę moim zboczonym, terapeutycznym uchem, jak ktoś mówi, że coś jest dla niego ucieczką, to zapala mi się czerwone światło. Bo przeanalizujmy to po kolei. Jeśli uciekam od codzienności, to znaczy, że ta codzienność jest czymś negatywnym. Urlop może być odpoczynkiem, relaksem, pretekstem do zadbania o siebie, odskocznią, ale nie powinien być ucieczką. Rzadko zgadzam się z Freudem, ale tu muszę przyznać mu rację, że słowa, jakie dobieramy, często oddają to, co naprawdę myślimy. Jeśli traktujemy urlop jako ucieczkę, to nie oznacza oczywiście, że para jest do wymiany, tylko że o tę codzienność jak najszybciej trzeba zadbać. Może za mało czasu spędzamy razem? Może nie mamy równowagi pomiędzy obowiązkami a odpoczynkiem? Nie wolno funkcjonować tak, że najpierw kierat, kierat, a potem nagle urlop. Jeżeli nie umiemy złapać równowagi w codzienności, to urlop nam w tym nie pomoże. Powrót z wakacyjnego wyjazdu skończy się depresją, bo będzie nam się kojarzył z powrotem do czegoś nieprzyjemnego, codzienności. A przecież ta codzienność to właśnie nasze życie: znajomi, przyjaciele, dom, rodzina.

Czy nie warto wprowadzić zatem trochę atmosfery urlopu lub wakacji do codziennego życia?
Oczywiście, i to jest łatwe do zrobienia. Nie chodzi nawet o to, żeby gdzieś co weekend wyjeżdżać, tylko o zwykłe codzienne przyjemności. Załóżmy, że nasze ulubione wakacje to boska Grecja. Co stoi na przeszkodzie, żeby raz w tygodniu czy miesiącu – w zależności od finansów – iść sobie do greckiej knajpy? Albo zaprosić znajomych, włączyć muzykę i zrobić sobie greckie jedzenie? Takie funkcjonowanie, że na urlopie uprawiamy fajny seks, jemy fajne jedzenie, a na co dzień jest szara rzeczywistość i życie od wolnego do wolnego – to przepis na katastrofę.

A czy dobrze sobie czasem zrobić urlop od partnera? Od związku?
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem. Bo jeśli urlop od związku jest zadbaniem o własną przestrzeń i to, co lubię najbardziej, a czego mój partner nie preferuje, a po takim urlopie planujemy wspólny wypoczynek – to proszę bardzo. Ja jednak miałam zawsze tak, że jeśli przyszedł mi do głowy pomysł na urlop bez partnera, a o wspólnym nawet nie chciałam myśleć, to wiedziałam, że to już jest koniec. Ale może to tylko mój punkt widzenia.

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Styl Życia

Mama na urlopie. Katarzyna Błażejewska-Stuhr o wakacjach z dziećmi

Katarzyna Błażejewska-Stuhr (fot. Andrzej Szopa)
Katarzyna Błażejewska-Stuhr (fot. Andrzej Szopa)
Wielu osobom wydaje się, że posiadanie małych dzieci oznacza wczasy w kurorcie albo wyjazd na działkę. Katarzyna Błażejewska-Stuhr widzi to zupełnie inaczej. A swoich synków uczy doceniać lokalne smaki.

Minimalistycznie z dzieckiem

Tylko raz wybrałam się na nieminimalistyczny wyjazd z dzieckiem. Mój starszy synek Staś miał wtedy cztery tygodnie, pojechałam z nim na konferencję naukową. Zabrałam przewijak, cały zestaw kosmetyków do mycia, wanienkę, sprzęt do wyparzania butelek, bo odciągałam mleko, żeby móc uczestniczyć w wykładach. Ciężarówka rzeczy... Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że coś jest nie tak i nie będę więcej w ten sposób podróżować. I jak się okazało – to możliwe! Malutkie dzieci myłam potem w umywalce, a większe pod prysznicem. Zminimalizowaliśmy także ilość kosmetyków, na wyjazdach używam tego samego mydła do mycia co dzieci i ich maści z witaminą A jako kremu.

Wiadomo, że dla dziecka bierze się więcej ubrań niż dla dorosłego, ale przyznam, że mnie nie przeszkadza, jeśli chłopcy pochodzą w brudnych strojach. No i, co zabawne, ilość bagażu maleje przy kolejnym dziecku.

Kupa piachu i nuda

Zauważyłam, że moi chłopcy w podróży chętniej bawią się tym, co znajdą w lesie i na spacerze niż przywiezionymi zabawkami. Kiedy jedziemy za miasto, budują bazy i szałasy z patyków i gałązek. Mogą w nich siedzieć godzinami. To dla nich ciekawsze niż nawet tyrolka, którą zainstalował dla nich dziadek! Teraz dodatkowo mamy na działce górę wykopanej ziemi. Chłopcy kopią w niej labirynty dla mrówek, tory wyścigowe. Nie chcą nawet słyszeć o tym, że ta góra zniknie... Uważam, że zostawienie dzieciom wolności, a nawet przestrzeni do nudy jest bardzo wartościowe.

Na talerzu

W podróży stawiamy na kuchnię lokalną, lubimy z całą rodziną chodzić na miejscowe targi i próbować tego, czego u nas nie ma. Do mieszkania wybieramy też zazwyczaj nie hotele, a miejsca, w których jest kuchnia, więc możemy sami gotować, co na pewno ułatwia karmienie dzieci.

Jedzenie bierzemy ze sobą tylko na czas podróży. Choć ostatnio zaczęłam też wozić chleb żytni razowy, bo na przykład we Włoszech trudno o takie pieczywo. Moi synowie są bardzo otwarci na nowe smaki. Starszy dopiero po pójściu do szkoły dowiedział się, że można nie lubić ryb. Oczywiście nigdy nie zmuszam dzieci do jedzenia tego, na co nie mają ochoty, co najwyżej zachęcam i proponuję. Na pewno wynika to z mojego zawodu i podejścia do jedzenia w ogóle.

Towarzysze podróży

Wcześniej wydawało mi się, że wraz z pojawieniem się dzieci podróże trzeba będzie zawiesić, ale okazało się, że to nieprawda! Ostatnio pojechaliśmy nawet na tournée teatralne z zespołem mojego męża. To był świetnie spędzony czas, rodzinne przedpołudnia i wieczory ośmioletni Staś chciał spędzać w kulisach. Myślę, że rodzice często nie doceniają dzieci, a wystarczy ich traktować jak partnerów, żeby wspólne wyjazdy były naprawdę fajne. U nas w rodzinie panuje taki zwyczaj, że opowiadamy dzieciom, co można zobaczyć w danym miejscu, i one mówią, co chcą zobaczyć, a my wybieramy kolejny punkt do zwiedzania. Wtedy wszyscy mają poczucie, że są wysłuchani.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka, mama Stasia i Tadzia.