1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Uważność od rana do nocy - 13 ćwiczeń

Uważność od rana do nocy - 13 ćwiczeń

Praktyka uważności sprawia, że zaczynamy dostrzegać więcej piękna wokół. (Fot. iStock)
Praktyka uważności sprawia, że zaczynamy dostrzegać więcej piękna wokół. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Uważność można praktykować codziennie, w zasadzie w każdej chwili. Naprawdę warto spróbować!

13 pomysłów na uważność

1. Kiedy się obudzisz, zwróć uwagę na oddech. Sposób, w jaki oddychasz, mówi wiele o naszym stanie bycia. Kiedy oddech jest powolny i stały, jesteśmy cisi i spokojni. Gdy oddech jest przyśpieszony, jest w nas napięcie.

2. Zanim wstaniesz, przyjrzyj się swoim myślom. Jaka była ta pierwsza po przebudzeniu? Ta praktyka pomaga nam nawiązać kontakt z tym, co drzemie w naszym umyśle.

3. Siadając do śniadania, pomyśl z wdzięcznością o tych, dzięki którym masz w miseczce jogurt i muesli. Jeśli to możliwe, jedz w milczeniu.

4. Bądź świadoma promieni słońca, kropli deszczu, wiatru, drzew, dźwięków, które wpadają ci do ucha na porannym spacerze z psem czy w drodze do pracy. Rozeznaj swój stanu ducha. Czy jesteś w chwili obecnej, czy myślisz o tym, co będziesz robić dalej? Zauważ swoje ciało, niech twój spokojny oddech sprawi, że ramiona będą rozluźnione, podobnie jak mięśnie twarzy.

5. Zauważ, kiedy ulegasz presji pośpiechu, dostrzeż swoją niecierpliwość, aby dostać się tam, gdzie cię nie ma. Ciesz się drogą do celu.

7. Pozwól sobie na ciszę i spokój. Usłysz w nich siebie.

8. Każdy posiłek jedz z uważnością i wdzięcznością. Czuj na języku smak, badaj teksturę jedzenia.

9. Co jakiś czas oddalaj się myślami od codziennej rutyny i doceń to, co udało ci się osiągnąć spokojem i uważnością.

10. W czasie powrotu do domu przestaw się na tryb przejściowy - nie myśl już o pracy, ale nie planuj już też tego, co będziesz robić wieczorem. Odciąż umysł, uświadom sobie swój oddech, zauważ jakość myśli i uczuć.

11. Powitaj domowników z uśmiechem i życzliwością. Zauważ bliskich.

12. Nie jedz na stojąco, w samochodzie, w biegu. Smakuj każdy kęs jedzenia, niech lekka kolacja będzie dla ciebie ucztą na pożegnanie dnia.

13. Wieczorem przygotuj się do snu. Wypij melisę, powdychaj zapach lawendy. Oddychaj , koncentrując się na wydechu. Przeskanuj ciało w poszukiwaniu napięć i oddychaj do tych miejsc.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kilka chwil dla siebie – medytacja uważności

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Dopadł cię stres? Nie masz na nic czasu? Rada: znajdź chwilę na medytację uważności. Według psycholog pozytywnej Jolanty Burke, to prosty sposób na zadowolenie z życia.

Spróbowałam medytacji w centrum Rigpa w Dublinie. Wszyscy siedzieliśmy na podłodze przy ołtarzu śmiejącego się Buddy, słuchaliśmy jednego z mnichów, a potem medytowaliśmy nad jego słowami. Wiele lat później, gdy studiowałam psychologię pozytywną, trafiłam na wykład na temat Mindfulness Based Stress Reduction (Redukcji Stresu Poprzez Uważność), programu realizowanego przez klinikę o tej samej nazwie na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Klinika jest prowadzona przez psychologa, doktora Jona Kabat-Zinna, twórcę medytacji uważności, polegającej na skupianiu się na chwili teraźniejszej, tak jakby od niej zależało całe nasze życie. To forma stoickiej medytacji, której celem jest polepszenie samopoczucia.

Cel: lewa półkula

Doktor Kabat-Zinn wraz z zespołem naukowców dokonał niesamowitych odkryć na temat medytacji uważności. Według ich badań, medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych uczuć. Dlatego też osoby, które codziennie medytują, czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich ogólny stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy.

Kolejna korzyść płynąca z medytacji to istotne obniżenie symptomów depresji, niepokoju i dysforii. W ciągu zaledwie kilku tygodni osoby regularnie medytujące są w stanie poprawić swoje samopoczucie na bardzo długi czas.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson w swojej książce „Pozytywność” opowiada o kobiecie, która nigdy nie miała dla siebie czasu. Z trójką dzieci, domem na głowie i pracą na pełny etat była wiecznie podminowana i zestresowana, co negatywnie odbijało się na jej relacjach z mężem. Gdy zaczęła medytować, znajdowała się w stanie przewlekłej depresji i od kilku lat cierpiała na poważną bezsenność. Po trzech miesiącach regularnej medytacji zaczęła przesypiać 7 godzin bez budzenia się. Polepszyło się też jej samopoczucie, odnalazła przyjemność w zabawie z dziećmi, a w jej związek małżeński wstąpiła nowa energia. W ciągu zaledwie 12 tygodni poradziła sobie z nękającą ją depresją. To zresztą jeden z wielu przypadków potwierdzających zasługi medytacji uważności dla osiągania trwałego stanu szczęścia.

Codzienna praktyka

Aby zrobić pierwszy krok na drodze do spokoju i zadowolenia, najlepiej zarezerwować sobie 45 minut na codzienną praktykę uważności, ale wystarczy też 10 lub nawet 5 minut. Każda chwila medytacji będzie cudownym darem.

Najlepiej medytować rano, przed rozpoczęciem dnia. Nie musisz mieć specjalnej maty czy siedzieć w stroju gimnastycznym bez ruchu ze skrzyżowanymi nogami. Medytacje uważności można wykonywać siedząc na krześle, stojąc w autobusie, chodząc po ulicy czy jedząc obiad. Jon Kabat-Zinn poleca również jogę połączoną z medytacją uważności i skanowanie ciała, czyli koncentrowanie się kolejno na każdej jego części.

Najbardziej znana medytacja to medytacja łaskawości oparta na wzbudzaniu pozytywnych uczuć.

Poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji. Przeczytaj je i postaraj się od razu poświęcić kilka minut na wybraną medytację.

Medytacja siedząca

Wystarczy przeznaczyć na nią 5 minut dziennie. Ale jeśli możesz, postaraj się wygospodarować 10, 20 czy nawet 30. Usiądź wygodnie na krześle lub w fotelu – zadbaj o to, by twoje plecy były wyprostowane. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że jesteś górą. Skup się na swoim oddechu, bądź w pełni obecny. Za każdym razem, gdy uciekniesz myślami w jakimś kierunku, nie karć się za to, ale staraj się powrócić do koncentracji na swoim wdechu i wydechu. Na początku może być trudno, jednak z czasem będziesz nabierał coraz większej wprawy.

Uważne jedzenie

Wybierz jeden posiłek w ciągu dnia, może to być obiad, śniadanie lub zwykła przekąska. Postaraj się skoncentrować na każdym kęsie potrawy. Możesz na chwilę zamknąć oczy. Poczuj jej zapach, smak, zwróć uwagę na kształt, kolory czy ułożenie jedzenia na talerzu. Myśl o tym, jak każdy kęs nasyca cię i wzbogaca. Nie śpiesz się.

Skanowanie ciała

Połóż się na podłodze, macie do jogi lub na łóżku. Zacznij medytację od koncentracji na wdechu i wydechu. Po trzech wdechach przenieś swoją uwagę na palce lewej stopy, bez poruszania nimi. Skoncentruj się na swoich odczuciach. Coś cię swędzi, boli, a może odczuwasz łaskotanie? Palce są ciepłe czy zimne?

Następnie wyobraź sobie, jak twój oddech przesuwa się od klatki piersiowej, po brzuchu, lewej nodze, aż do jej palców.

Na wydechu niech rozpłyną się w stanie relaksu.

Potem skoncentruj się na dolnej części stopy, bez poruszania nią. Skup się na swoich uczuciach i znowu podczas wdechu doprowadź powietrze do tego punktu. Przy wydechu dolna część stopy rozpływa się w stanie relaksu.

Powtórz to samo, idąc kolejno przez wszystkie części lewej nogi: górną część stopy, kostkę, łydkę, kolano, udo. Potem prawa noga. Przejdź do miednicy, pośladków, dolnej i górnej części kręgosłupa, klatki piersiowej i brzucha. Potem skoncentruj się na palcach obu rąk, dłoniach, nadgarstkach, przedramionach i ramionach. Teraz kolej na twarz i szyję. Koncentruj się kolejno na szczęce, ustach, języku, dziąsłach, nosie, oczach, brwiach, czole i uszach. Wyobraź sobie, jak oddech przesuwa się w kierunku twarzy i przy wydechu pozostawia ją w stanie błogiej relaksacji. Kontynuuj tę wycieczkę aż do czubka głowy. Wyobraź sobie, że otwiera się niczym otwór na głowie wieloryba…

Weź tą drogą trzy głębokie oddechy (zamiast przez nos). Powoli skoncentruj się raz jeszcze na swoim wdechu i wydechu. Otwórz oczy. Całe ćwiczenie powinno zająć ci około 35–40 minut.

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy

Jolanta Burke psycholog pozytywna, coach.

  1. Styl Życia

Zbawienne skupienie - proste ćwiczenia na uważność

Skupienie zmniejsza stres, wprowadza spokój ducha, wycisza. (Fot. iStock)
Skupienie zmniejsza stres, wprowadza spokój ducha, wycisza. (Fot. iStock)
W tych ćwiczeniach obserwujesz własny oddech. Przez 20 minut z uwagą smakujesz jedną rodzynkę. Dzięki technikom mindfulness znacznie poprawisz zdolność koncentracji.

Skupienie daje możliwość zajmowania się tylko jedną rzeczą w danym momencie i to w taki sposób, by znajdowała się ona w absolutnym centrum uwagi. Nasza multimedialna cywilizacja bombarduje nas tak dużą ilością bodźców, że coraz trudniej nam się skoncentrować na jednej kwestii, zjawisku czy czynności. Tempo życia wymusza na nas raczej chwytanie kilku srok za ogon. - Im więcej, tym bardziej trendy. Jeśli studiować, to przynajmniej dwa kierunki, jeśli sprzątać dom, to jednocześnie gotując i rozmawiając przez telefon... - wylicza psychoterapeutka Jolanta Berezowska. Efekty? Jesteśmy coraz bardziej rozkojarzeni i w rezultacie nie potrafimy na niczym skupić naszej uwagi.

Na stres i spokój ducha

Czy robienie kilku rzeczy naraz jest więc niewłaściwe? - Nie jest ani dobre, ani złe. To tylko pewna umiejętność - mówi psychoterapeutka.

- Zupełnie inna niż uważność. Skupienie zmniejsza stres, wprowadza spokój ducha, wycisza. Jedną z metod poprawiających koncentrację jest mindfulness. Ta forma medytacji, technika stosowana przez buddyjskich mnichów od ponad 2,5 tys. lat dopiero ostatnio została doceniona przez zachodnią cywilizację. Jej skuteczność w walce ze stresem potwierdziło wiele badań naukowych, prowadzonych m.in. przez Jona Kabat-Zinna w klinice redukcji stresu, w Ośrodku Medycznym działającym przy uniwersytecie stanu Massachusetts.

Praktykowanie tej metody pomaga nie tylko redukować stres, depresje, lęki, lecz także wzbogacać życie, pokonywać życiowe trudności. – W ubiegłym roku zmarł mój ojciec. Praktyka mindfulness pomogła mi łatwiej, bez histerii, przejść przez ten trudny czas. Bez niej nie byłoby to możliwe - wyznaje Berezowska, która uczy tej metody.

Czystość i energia

Mindfulness poprawia też skuteczność uczenia się. Jego twórcy zakładają, że jeżeli nauczymy się skupić uwagę na przykład na poduszce, najpierw przez 10 minut, potem przez pół godziny - to żadnym dla nas problemem nie będzie skoncentrowanie się dajmy na to na tekście filozoficznym przez 40-45 minut. Po każdej długiej sesji zajęć należy zrobić sobie jednak 10-minutową przerwę.

Praktykę uważności rozpoczyna się od podstaw, czyli koncentrowania się na swoim ciele, na prostych czynnościach, takich, jak: siedzenie, leżenie, oddychanie, jedzenie... Dopiero potem przechodzi się do bardziej skomplikowanych ćwiczeń uważności.

- Warsztaty medytacyjne mindfulness to skrzyżowanie stacji benzynowej i pralni chemicznej. Wychodzi się z nich z czystym, odświeżonym umysłem i tak naładowanym energią, jakby się nalało do swojego baku 100 litrów benzyny - przekonuje Berezowska. Po takich warsztatach człowiek zaczyna dostrzegać w otoczeniu więcej smaków, zapachów, dźwięków. W zwykłym liściu domowego kwiatka zauważa bogactwo kolorów, odcieni. - Uważność uczy odnajdywania bodźców w małych rzeczach - puentuje Berezowska.

Ćwiczenia na uważność

Należy wykonywać je w miejscu przytulnym, cichym, czystym, wypełnionym ładnymi zapachami, ciepłymi kolorami oraz inspirującymi symbolami. W praktykowaniu uważności najważniejsze jest właściwe nastawienie: nieosądzanie, bycie obecnym tu i teraz oraz otwartość na wszystko, co się zdarza.

1. Świadomość własnego ciała

Celem pierwszego ćwiczenia jest uzyskanie świadomości ciała. Najlepiej wykonać je w pozycji leżącej, ale nie relaksując się, nie odpływając myślami gdzieś daleko, tylko zachowując świadomość obecności w ciele, w danym miejscu i czasie.

Skupiamy się na palcach lewej stopy i powoli przesuwamy naszą uwagę wzdłuż nogi, aż do miednicy, rejestrując po drodze wszystkie wrażenia i kierując wdechy i wydechy w stronę „skanowanego” obszaru. Ten sam proces powtarzamy z drugą nogą i z każdą inną częścią ciała, aż po czubek głowy.

Takie „skanowanie” zajmuje uwagę całego ciała od 40 do 60 minut. W przypadku osób, które wcześniej nigdy nie medytowały, powinno trwać krócej, około 10-15 minut. Można je również wykonywać przez pół godziny w pozycji siedzącej i kolejne 30 minut, spokojnie chodząc.

 
2. Świadomość siedzenia

Jeżeli jesteśmy już w kontakcie ze swoim ciałem, następnym krokiem będzie nauka świadomego siedzenia. Ta pozycja powinna być bardzo stabilna. Najlepiej usiąść na poduszce, z nogami skrzyżowanymi oraz podpartymi kolanami, jeśli nie leżą na podłodze.

Kręgosłup musi być wyprostowany, ramiona rozluźnione. Oczy skierowane w jedno miejsce, ale niezbyt mocno w nim utkwione. Język oparty na podniebieniu, bo w ten sposób łatwiej przełyka się ślinę. Dłonie ułożone tuż poniżej pępka tworzą koszyk - palce zachodzą na siebie, a wyprostowane kciuki stykają się. Trzeba pamiętać, żeby ciało nie było zbyt spięte. Można również siedzieć na krześle, ze stopami na podłodze.

W tym ćwiczeniu ważne jest, by utrzymać właściwą pozycję przez cały wyznaczony sobie czas. - Na początku bardzo trudno wytrzymać nawet 10 minut w siadzie bez podparcia, z prostym kręgosłupem - podkreśla Jolanta Berezowska.

Samodzielne praktykowanie siedzącej medytacji nie musi zależeć od nastroju i samopoczucia. Jeśli opanuje się tę umiejętność, można ją przenieść na inne czynności, na przykład uważne pisanie tekstu czy krojenie marchewki.

3. Koncentracja na oddechu

- Oddech to kotwica „tu i teraz”. Jeśli nabierasz powietrza, to teraz, jeśli je wypuszczasz, to też teraz - mówi Berezowska.

Dlatego ważne jest uzyskanie świadomości oddechu, co wcale nie jest łatwe. Aby się o tym przekonać, spróbuj chociaż przez 5 minut nie robić zupełnie nic i być tylko z własnym oddechem.

W głowie natychmiast pojawi się ogrom różnych myśli, w rodzaju: „Kiedy to się skończy?”, „Co mam zrobić za godzinę?”, „Wczoraj rozmawiałem z kimś bardzo ważnym”... Pod ich wpływem żyjemy w czasie „potem” lub „przedtem”, czyli mamy wizje lub wspomnienia. Ale starajmy się skupić na „teraz”, na oddechu: „Wdech, jego początek, środek i koniec. Wydech, jego początek, środek i koniec...”.

To ćwiczenie nie jest łatwe, można je sobie uprościć, dodając coś, co podkreśla każdą frazę oddechu, np. liczenie (wdech - raz, wydech - dwa), kolory (wdech - wyobrażam sobie czerwony, wydech - niebieski) lub kroki (wdech - podnoszę nogę, wydech - opuszczam). To pozwoli skupić się na oddechu i ignorować pojawiające się myśli.

4. Koncentracja na jedzeniu

Ważnym fragmentem naszej rzeczywistości jest jedzenie - mindfulness uczy się na nim skupiać.

- Jabłko jemy przeciętnie 3 minuty. Ale jeśli poświęcimy temu godzinę, gryząc je powoli, dokładnie, otworzą się przed nami zupełnie inne doznania - przekonuje Berezowska. - Okaże się, że jabłko wydaje na przykład swoje dźwięki - inne, kiedy się je ściska tuż przy uchu, a inne, gdy się je gryzie.

W tym ćwiczeniu rodzynkę zjada się przez 20 minut. Najpierw uważnie się jej przygląda, dostrzega fakturę, kolor, odcienie, dokładne kształty. Potem zauważa się jej zapach, słyszy dźwięki i ją smakuje. Koncentrujemy się na doznaniach podczas jej spożywania. Jakie są, kiedy trzyma się ją w ustach, a jakie - jak rozgryzie? Co wyczuwa język, podniebienie, policzki, jak przyłożymy do nich całą rodzynkę, a co, jeśli już pogryzioną? Co odczuwa się w gardle, gdy połyka się ją w maleńkich kawałkach, i w którym miejscu układu pokarmowego traci się z nią kontakt?

- To nie tylko dobre ćwiczenie na koncentrację, ale także na odchudzanie - mówi Jolanta Berezowska. - Człowiek, który potrafi delektować się jedzeniem, czuje się po posiłku bardziej syty, nawet jeśli zje mniejszą porcję.

W analogiczny sposób można ćwiczyć, spożywając inne produkty. - Jeśli jedną kostkę czekolady zjada się przez 15 minut, to przyjemność jest znacznie większa - przekonuje psychoterapeutka. Podczas warsztatów mindfulness niektóre posiłki uczestnicy spożywają w całkowitej ciszy.

5. Świadomość fragmentów rzeczywistości

Muzycy uczą się gam, żeby zagrać cały utwór. Osoby ćwiczące mindfulness dzielą rzeczywistość na fragmenty i uczą się na nich skupiać, by uzyskać świadomość rzeczywistości. Można skoncentrować się na jedzeniu, tak jak w poprzednim ćwiczeniu, ale też na przykład na kolorach w wystroju pokoju, w którym przebywamy - na zielonych ścianach, na barwach pamiątek, obrazów czy innych elementów. Dopiero wówczas zacznie się dostrzegać, w jak wielu miejscach w danym pomieszczeniu obecny jest dany kolor.

- Dzięki temu ćwiczeniu pogłębia się też widzenie kolorów - uważa psychoterapeutka. Analogicznie można wychwytywać otaczające nas dźwięki, pojawiające się odgłosy: parkujący samochód, szelest firanek czy stukot butów na klatce.

6. Systematyczność i ta sama pora

Ćwiczenia należy wykonywać codziennie albo przynajmniej trzy razy w tygodniu o tej samej porze, przez co najmniej 10 minut. - Bez systematyczności mindfulness nie daje efektów - tłumaczy psychoterapeutka.

Należy być uważnym także w ciągu dnia - kilka razy zatrzymać się na 3 minuty, bez względu na sytuację czy wykonywane czynności. W pierwszej minucie skupić wzrok na tym, co dzieje się wokół nas, w drugiej obserwować swój oddech, w trzeciej pozostać ze swoim ciała, z tym, jak ono się czuje.

Bardziej zaawansowane praktyki medytacyjne mindfulness uczą, jak radzić sobie z trudnymi emocjami - bólem czy strachem, a także z natręctwem rodzących się w głowie myśli.

Jolanta Berezowska psychiatra, psychoterapeutka, uczy technik skupienia mindfulness.

  1. Styl Życia

Poranna i wieczorna praktyka medytacji

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Medytacja poranna

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl. Zazwyczaj przez kilka chwil po przebudzeniu się ciała nie doświadczamy żadnych myśli. W tym początkowym stanie przytomności Świadomość pozostaje pusta, bez zawartości. Myśli pojawiają się w jej obrębie dopiero po krótkim czasie. Spróbuj poprzedniego dnia wieczorem, kiedy kładziesz się spać, odświeżyć tę praktykę w pamięci, obiecać sobie, że przetestujesz ją od razu po przebudzeniu, czyli zwrócisz uwagę na Świadomość. Możliwe, że nie od razu uda ci się uchwycić ten moment przed nadpłynięciem pierwszej myśli. Nie poddawaj się jednak. Nadal próbuj, nadal patrz. Zauważ, że najpierw budzi się ciało, potem dostrzegasz pojawiające się myśli. Na ogół wraz z ich narastającą częstotliwością zaczynasz również odczuwać subtelny lub silny ucisk w ciele albo nawet pewnego rodzaju lęk. Zwróć jednak uwagę na kolejność tego, co następuje. Najpierw nie ma nic, potem wyłaniają się myśli, a wraz z ich wzmożeniem zaczynają się pojawiać emocje czy odczucia z ciała.

Dostrzeżenie tej dynamiki może ci sporo wyjaśnić: myśli nabierają wielkiej siły, kiedy podąża za nimi uwaga. Ten sam mechanizm towarzyszy nam w ciągu dnia, zaobserwowanie go staje się jednak trudne ze względu na pobudzenie umysłu. Dlatego właśnie warto przyjrzeć się temu procesowi wówczas, gdy umysł powoli zaczyna się ożywiać po okresie nocnego wyciszenia. Zatem powtórzmy.

Uchwycić rano po przebudzeniu ten moment, w którym, choć nie ma jeszcze myśli, nie ma jeszcze świata, to jednak coś jest. Wychwycenie tego może okazać się dla ciebie bardzo doniosłym odkryciem. Wykonuj to ćwiczenie tak długo, aż uda ci się za którymś razem intuicyjnie dostrzec czystą Świadomość, bez myśli. Pozostań w łóżku dopóty, dopóki nie zdystansujesz się od myśli i od tego wszystkiego, co pojawia się wraz z nimi. Innymi słowy, przekieruj Świadomość na Świadomość. Dopiero kiedy otworzysz się na tę perspektywę, poczujesz się z nią swobodnie, będzie to znak, że czas zacząć nowy dzień.

Medytacja wieczorna

Analogicznie kontempluj wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Zauważ, kiedy kładziesz się do łózka, w jaki sposób ciało i umysł zapadają w niebyt. Zwróć na to uwagę. Jak najpierw rozluźnia się ciało, jak umysł powoli zaczyna się wyłączać. Nie kontroluj niczego, nie próbuj niczego zmieniać. Towarzysz świadomie procesowi zasypiania ciała i umysłu. Może uda ci się również zauważyć samą Świadomość - bez zawartości, bez wrażeń. Połóż się spać z intencją, by zapamiętać sen, by być we śnie w świadomy sposób. Spędź z tą intencją parę minut wieczorem przed zaśnięciem. W tym wypadku interesuje nas nie tyle samo senne marzenie, ile fakt, że Świadomość jest obecna również we śnie. Praktykuj w ten sposób wieczorem i z rana przez najbliższy tydzień.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się - z inspiracji swojego mistrza Mooji'ego - rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości. 

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno jest nam realizować plany i postanowienia?

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Przez całe życie ciągle coś zaczynamy – naukę, pracę, związki. Nieustannie też coś planujemy, często jedno i to samo. Dlaczego w snuciu planów jesteśmy świetni, a w ich realizacji już nie?

Karol, lat 42, informatyk, ojciec 15-letniego syna: – Od kilku lat w nowym kalendarzu sporządzam listę spraw, które chciałbym załatwić w nadchodzącym roku: basen, koszykówka, dieta, rzucenie palenia, czas dla syna. Ale potem okazuje się, że lista sobie, a życie sobie. Bo obowiązki zawodowe, choroba, wyjazd. Zastanawiałem się, dlaczego nie udaje mi się wytrwać w postanowieniach, choć naprawdę przez pierwsze tygodnie mocno skupiałem się na zapisanych punktach i bardzo się starałem, żeby tym razem je zrealizować. Zauważyłem jednak, że im częściej przypominam sobie o postanowieniach, tym bardziej się stresuję. W końcu plany stają się mało ważne, choć przecież nie wykreśliłem ich z kalendarza.

Karol powiela schemat noworocznych postanowień, jak zresztą robi to wielu z nas. Na czym ten schemat polega? Na tym, że najpierw coś planujemy, a potem sobie uświadamiamy, że plany oznaczają przymus robienia tego, co postanowiliśmy, więc się do ich realizacji zniechęcamy, co z kolei nas złości i stresuje. A ponieważ uczucia te nie są przyjemne, zaczynamy wypierać postanowienia, wmawiać sobie, że nie są ważne. I mimo że widnieją nadal na pierwszej stronie kalendarza, ignorujemy je. Aż do następnego roku, kiedy znów zapisujemy je w kalendarzu i znów powielamy stary schemat.

Chcę, nie muszę

Dlaczego tak się dzieje? Błąd tkwi w założeniu, że najważniejsze są postanowienia, a nie my, nasze uczucia, możliwości, potrzeby. Karol doszedł do tego sam po kilku sesjach terapii.

– To było jak olśnienie – nagle uświadomiłem sobie, że nie jest ważna ta głupia lista, tylko ja, który mam ją realizować. Dotarło do mnie, że używając siebie jako narzędzia do wykonania postanowień, zapomniałem o szacunku dla samego siebie. I pamiętam ten moment, to było na szóstej sesji. Przeczytałem punkty, a było ich sześć, wykreśliłem trzy i powiedziałem: „Teraz to ja chcę pracować nad tym, kim jest ten człowiek, który ma spełnić postanowienia, a nie nad postanowieniami”. Przewartościowałem zupełnie cały proces. Z jednej strony analizowałem, tak na chłodno, kim jest ten mężczyzna, którym jestem teraz, a z drugiej – kim jest ten, którym chcę być. I co jest pomiędzy, jaki dystans dzieli jednego od drugiego. Wtedy dokonałem kolejnego ważnego odkrycia: Nie muszę od razu być tą wymarzoną osobą, mogę stawać się nią powoli. I dopiero wtedy przyszła duża motywacja, żeby zacząć coś w życiu zmieniać.

Karol wspierany przez psychologa zaczął pracę nad umiejętnościami potrzebnymi do zrealizowania kolejnego celu. Na pierwszy ogień poszedł punkt: muszę poprawić relacje z synem. Skreślił słowo: „muszę”, napisał: „chcę”. W planowaniu najbardziej obciąża nas właśnie to „muszę”. Bo na ogół nie liczymy się z możliwościami, jakimi w tym momencie dysponujemy, tylko sobie coś narzucamy, rozkazujemy. Nawet kiedy jest nam to „coś” bardzo potrzebne, nie wolno się przeciążać, katować, bo po prostu w tym momencie i tak nie będziemy w stanie tego osiągnąć.

Drogę dochodzenia do celu najlepiej podzielić na małe odcinki. Karol postanowił, że najpierw popracuje nad formą swojej komunikacji z synem. Kiedy psycholog zapytał go, co oznacza dla niego dobra relacja z synem, odpowiedział: „Taka, w której otwarcie możemy rozmawiać o trudnościach, o tym, co nam przeszkadza w osiągnięciu zgody i porozumienia, o tym, co możemy robić wspólnie”. Dla Karola od tej pory cel nie był już pustym frazesem, ale miał kształt konkretnych kroków. Bo często bywa tak, że cel jest wzniosły, wyrafinowany jak perspektywa dobrej kolacji, a brakuje konkretów, owego menu, które by go wypełniły. Menu Karola składało się z wielu punktów, które dopisywał, na przykład: „Akceptuję to, czego do tej pory nienawidziłem w synu”, „spokojnie rozmawiam z nim, a nie wpadam w furię, gdy robi coś nie tak”.

– Tym, co odróżniało ten proces od poprzednich prób porozumienia się z synem, było to, że teraz miałem poczucie szacunku do siebie, że czułem się podmiotem tego procesu, a nie przedmiotem, który wykonuje tylko pewne działania.

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? W jakim czasie? Co mogę zrobić, żeby zdobyć siły i umiejętności do tego potrzebne? Poradzę sobie sam czy mam szukać wsparcia? Gdzie?

Akcja realizacja

Samo postawienie celu nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, co znajduje się „pod” nim. Chcę nauczyć się angielskiego? Czyli zakładam, że po drodze mogę kaleczyć język, narażać się na śmieszność, mieć opory w nawiązywaniu kontaktu z cudzoziemcami. I przyjmuję, że te wszystkie pochodne celu są w porządku. Nauka języka oznacza wysiłek, ale też zgodę na krytykę, na to, że ją uniosę. Trzeba cel „porozbijać”, zobaczyć, co się za nim kryje, jakie umiejętności, jakie cechy charakteru. Może odwaga do mierzenia się zarówno z krytyką otoczenia, jak i z wewnętrznym krytykiem, który szepcze: „Nie mów po angielsku, bo się ośmieszysz”?

Ważne, żeby ten proces miał pewną dynamikę, żeby dać sobie czas na jego realizację. A kiedy już ten czas upłynie, warto sprawdzić, co się w tym okresie udało, a co nie. Jeżeli nowe otwarcie nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego. Ale nie szukajmy wtedy łatwych odpowiedzi w zewnętrznych okolicznościach, takich jak brak czasu albo zły nauczyciel. Posprawdzajmy przyczyny, które leżą po naszej stronie. Czy na przykład nie dokonaliśmy niechcący wobec siebie nadużyć? Czy nie zadaliśmy sobie gwałtu, że chcemy czegoś, co nie jest realne teraz, już? Bo czy realne jest zakładać, że po roku nauki angielskiego będziemy wykładać w tym języku fizykę kwantową? Nie. Dlaczego zatem zmuszamy się do tego, co nie jest możliwe? System, który nakazuje, że musimy być „jacyś”?

Piotr, lat 34, menedżer w dużej korporacji, dostał propozycję pracy w Singapurze. Na początku nie posiadał się z radości, bo wyjazd oznaczał awans, większe zarobki, poznanie nowego kraju. Ale szybko pojawiły się też wątpliwości: Ma pojechać sam czy z rodziną (żoną i dwójką dzieci w wieku przedszkolnym)? Czy sobie poradzi z tak dużym wyzwaniem zawodowym? Czy odnajdzie się w nowym klimacie i kulturze? Przed podjęciem decyzji musiał zadać wiele pytań sobie, ale także jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co czeka go w nowej pracy i nowym kraju. Poznać długoterminową „prognozę pogody” dla tego miejsca i się do niej przygotować.

Bo na to, czy uda nam się zrealizować plany, czy nie, wpływają dwie siły: my sami i system. Obydwie trzeba uwzględnić, planując ważne przedsięwzięcie. Gdy nie będziemy dobrze przygotowani, system może utrudnić albo wręcz uniemożliwić zadanie. Dlatego zawsze dobrze jest najpierw rozpoznać wszelkie okoliczności, w jakich przyjdzie nam działać, zarówno zewnętrzne (w przypadku Piotra będzie to np. kultura kraju), jak i wewnętrzne (całe swoje know-how). Potem wyznaczamy sobie mniejsze cele, na przykład: kupię książkę do angielskiego, poszukam kogoś wokół mnie, kto może mi pomóc. Do celu lepiej iść małymi kroczkami.

Zawsze jest jakieś wyjście

Jedną z trudności, jaką musimy przejść przy nowych otwarciach, są nawyki. Dlatego zawsze trzeba je uwzględniać. I albo dopasować system do nawyku, czyli na przykład wynająć mieszkanie blisko pracy, jeżeli rzeczywiście rano trudno nam się podnieść z łóżka, albo zmienić nawyk.

Piotr w końcu wyjechał do Singapuru ze swoją rodziną. I okazało się, że nowa kultura totalnie wybiła go z przyzwyczajeń. Do tego stopnia, że żona Piotra Basia śmiała się, że ma nowego męża. Basia też się zmieniła. Wcześniej zarzekała się, że nie będzie mieć więcej dzieci, że chce wrócić do pracy. A w Singapurze zamarzyła o trzecim dziecku i zaszła w ciążę.

Nowe otwarcia zmieniają perspektywę myślenia. Nagle widzimy coś, czego w ogóle wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Na ogół jednak w pierwszym odruchu opieramy się zmianom. Ale gdy nie mamy wyjścia, powoli je akceptujemy. Potwierdzają to badania nad stosunkiem pracowników do nowych procedur wdrażanych w firmach.

Paweł Gniazdowski z Lee Hecht Harrison DBM Polska: – Z badań wynika, że ludzie dzielą się na trzy grupy: tradycjonalistów, innowatorów i tych, którzy adaptują się do nowości. Pierwsi dostrzegają w zmianie przede wszystkim zagrożenia i niewygody. Drudzy upatrują w niej szansę na rozwój. Przeważającą część zespołu stanowią pracownicy szybciej lub wolniej adaptujący się do tego, co się wydarza. W odróżnieniu od pozostałych ludzie z tej grupy nie mają potrzeby podtrzymywania silnych emocji (pozytywnych lub negatywnych) wobec nowych rozwiązań. Najchętniej wyrażają na ten temat zdawkowe opinie i przyjmują postawę wyczekującą. Nie hamują innowacji, choć mogą w praktyce regulować jej tempo. Ich stosunek do całego procesu zmian z czasem staje się coraz bardziej racjonalny i zdroworozsądkowy. Co najważniejsze, ta właśnie grupa decyduje o ostatecznych praktycznych efektach reform.

W życiu prywatnym zachowujemy się podobnie. Pierwszą reakcją jest lęk przed utratą poczucia bezpieczeństwa, przed „nie wiem” po drugiej stronie. Tymczasem zmiana nie oznacza, że wszystko się skończyło, że oto rodzimy się na nowo. Istnieją przecież mocne filary, które się nie zmieniają, jak rodzina, przyjaciele, związki. I to one dają poczucie bezpieczeństwa.

Czasem emocje aż kipią, wylewają się z nas, a my trzymamy się kurczowo starego, bo boimy się, że gdy coś utracimy, będziemy cierpieć. Ale kiedy trwamy w oporze i nie chcemy dopuścić nowego, też cierpimy. Tkwimy bowiem w wewnętrznym rozwodzie – z jednej strony żal nam tego, co odeszło, z drugiej – to, co nowe, jest nieuchronne jak pory roku. W takich momentach chowa się gdzieś ta część nas, która przecież wie, że zawsze mamy wyjście. Mogę zrezygnować ze studiów i wybrać inne. Mogę wyjechać. Mogę się rozwieść.

Nowe otwarcie jest szczególnym momentem, w którym cała nasza uważność musi być na najwyższym poziomie. A często niedobrze ją ukierunkowujemy – skupiamy się na tym, co mamy osiągnąć, a nie na tym, czy jesteśmy do tego gotowi, czy mamy predyspozycje, czy tego chcemy. W takich momentach „światło” powinniśmy kierować do środka, nie na zewnątrz. Wtedy widzi się to, co najważniejsze. Karol określił ten stan „rozszerzeniem siebie”.

– Dosłownie poczułem się mocniejszy, spokojniejszy. Zmieniły się niby tylko moje relacje z synem, a tak naprawdę zmianie uległo wszystko, całe moje życie. Osiągnąłem stan spokoju, który mój psycholog nazwał „wewnętrzną latarnią morską”. Ta latarnia pomaga mi trzymać się właściwego kierunku, gdy wokół szaleją sztormy. Odnalezienie jej jest niezwykle trudne. Ale jak się ją już w sobie ma, to nic nie jest straszne. Człowiek wie, co planować, wybierać, dokąd iść.

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).