1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego wciąż popełniamy te same błędy?

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Po raz kolejny dałaś się oszukać, spaliłaś żelazko, zakończyłaś związek... Mądra Polka po szkodzie? Dobrze by było. Nie chcesz znów pluć sobie w brodę? Przeanalizuj najczęstsze błędy i powiedz: "Skoro ta metoda nie działa, zrobię to inaczej".

Ile razy zdarzyło ci się zostawić samochód z włączonymi światłami? Mnie ostatnio trzy razy, a właściwie cztery. Za czwartym wróciłam po godzinie, dzięki pacjentce, która przyszła do mnie z problemem wybierania niewłaściwych partnerów (o tym za chwilę). Mąż, który ratując mnie z opresji, gnał z drugiego końca miasta, by uruchomić mój nieczynny samochód, kiwał głową i mówił: „Rób tak dalej, a za chwilę akumulator odmówi współpracy”. No cóż, mężczyźni rzadko bywają wyrozumiali w tych sprawach, a my, kobiety, za dużo mamy na głowie. A przecież błędy to rzecz ludzka.

Zgubne nawyki

Zabiegani, zajęci tysiącem spraw, coraz więcej czynności robimy nawykowo, żeby nie zaprzątać zbytnio uwagi. Nawykowo wracasz do domu stale tą samą drogą, bo w międzyczasie układasz w głowie plan jutrzejszego wystąpienia u szefa albo w myślach kłócisz się z koleżanką z pokoju: „Powinnam tej małpie odpowiedzieć…”. Nawyk prowadzenia samochodu opanowałaś po sześciu tygodniach od momentu, gdy pierwszy raz usiadłaś za kierownicą (tyle czasu zajmuje przekształcenie nowej czynności w nawyk). Nie pamiętasz jednak, że na twojej stałej trasie od tygodnia trwają roboty drogowe i zdarza ci się wjechać na długie skrzyżowanie na pomarańczowym świetle – kiedy kamera cyknęła zdjęcie, było już czerwone, co kosztuje 500 zł i 6 punktów karnych (przerobiłam to ostatnio dwa razy). Nawykowo palisz garnki, grzanki w tosterze, wkładasz szczotkę do włosów do lodówki, a potem szukasz jej przez godzinę. Nawykowo słuchasz partnera i potakujesz głową, kiedy informuje cię, żebyś dziś nie czekała na niego z kolacją, a potem wściekasz się, że kolejny raz wstawiasz zapiekankę do piekarnika, a jego ciągle nie ma.

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię.

Może tym razem zadziała

Wróćmy do mojej pacjentki, tej od „niewłaściwych” facetów. Ta piękna, samodzielna, mądra i przemiła kobieta trafiła do mnie po kolejnym rozstaniu. Ostatni partner okazał się znów niewłaściwym. – Każdy odchodzi tuż po trzech miesiącach – tłumaczyła mi z oczami pełnymi łez. – Co ja robię nie tak?

Jeśli miałabym być szczera, musiałabym jej powiedzieć, że robi wszystko, aby tak właśnie się stało. Jeżeli chcesz stracić mężczyznę, dopytuj go o jego „byłe”, ośmieszaj przy kumplach, krytycznie wyrażaj się o jego matce, rób mu awantury w stylu: „bo ty nigdy…, bo ty zawsze…”, zachwycaj się facetami przyjaciółek, którzy „są tacy zaradni, podczas gdy on…”, notorycznie nie miej czasu na seks, czyli rób wszystko, co robiłaś do tej pory w stosunku do swoich „eks” i… licz na to, że ten egzemplarz to wytrzyma, skoro cię kocha. Nie rozumiesz, o czym mówię? To kolejny scenariusz nieuczenia się na własnych błędach.

Gdy w pracy, przyjaźni czy miłości postępujemy tak samo od lat (forma bardziej rozbudowanego nawyku), to nie dziwmy się, że kolejny związek czy kolejna praca nie wypalają, bo czemu nagle miałyby? Narzekasz, że partner dominuje, jednak to ty sama od początku relacji wchodzisz w rolę uległej gejszy. Wściekasz się, że w pracy cię wykorzystują, lecz to ty nie potrafisz stawiać granic i odmawiać albo przynajmniej negocjować. Przykro ci, że ludzie cię wykorzystują, ale to ty pierwsza oferujesz pomoc, dajesz nadmiarowo, licząc, że świat odwdzięczy się tym samym. Ciągle masz budżet na minusie, ale dalej wydajesz wirtualne pieniądze, wierząc, że twoja pensja cudem się rozmnoży.

A gdybyś tak spróbowała zrobić coś inaczej niż do tej pory, wróciła do domu inną drogą niż zwykle albo umyła zęby lewą ręką? Głupota? Spróbuj. Dzięki temu wyjdziesz z nawyku, stworzysz w mózgu inną ścieżkę, odkryjesz nowy sposób działania.

Niech ktoś odmieni mój świat

„Co ja mam zrobić, żeby on przestał pić?”, „Jak mam wpłynąć na przyjaciółkę, żeby była bardziej lojalna?”, „Co zrobić, żeby szef mnie docenił?”, „Czy jest jakiś sposób na toksycznych rodziców?”. 90 proc. moich pacjentów przychodzi z oczekiwaniem, że odmienię ich świat. I choć tłumaczę, że nie jestem magikiem i nie mam takiej mocy, nie słuchają mnie albo raczej nie słyszą. Bardziej opornym proponuję następujące ćwiczenie: na pustym krześle kładę poduszkę i mówię:

– To jest twój partner, przyjaciółka, szef, matka. Spróbujmy nakłonić go/ją do zmiany.

– Ale ja mu/jej mówiłam to już tysiąc razy.

– I co?

– Bez rezultatu.

– Myślisz, że mnie się to uda, zwłaszcza że jej/jego tu nie ma? Jeśli chcesz, możemy kolejną sesję przeznaczyć na rozmowę o tym, jak zmienić drugiego człowieka, ale skutek jest do przewidzenia.

Jeśli wierzysz, że świat się zmieni dla ciebie – twoja sprawa. Możesz stracić czas, pieniądze, energię i w rezultacie zdrowie, ale świat ani drgnie. Lecz jeśli ty, wyciągając cenne lekcje z własnych błędów albo wychodząc z nawyków, zmienisz się choć trochę, świat odpowie na twoją zmianę. Bo relacje są jak system naczyń połączonych – jeśli zmienia się jeden element, drugi, w odpowiedzi, robi to samo. W starym, mądrym zdaniu: „Ucz się na własnych błędach” jest wielka prawda, niezmienna od początku świata.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.

  1. Psychologia

Poczuć pełnię życia. O korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, opowiada Wojciech Eichelberger

Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Himalaizm, sporty ekstremalne, ale też praca i zwykłe, codzienne czynności potrafią wprawić nasz umysł w stan, w którym stajemy się jednym z tym, czego doświadczamy. Psycholog Wojciech Eichelberger opowiada o korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, oraz o prawdziwej pełni życia, jaką przynosi zaawansowana praktyka.

Wanda Rutkiewicz, wybitna polska himalaistka mówiła, że kiedy w górach pojawia się niebezpieczeństwo, ona ma zawsze jakby opóźnioną reakcję, nie wpada w panikę, przyjmuje sytuację ze spokojem, bez emocji, zastanawiając się, co zrobić. To się powtarza w wypowiedziach innych himalaistów – spokój w obliczu stresu, niebezpieczeństwa. Wiem, że w górach są inne problemy, ale czy jest szansa tu, na dole, osiągnąć taki stan umysłu?
Reakcja, którą opisywała Wanda Rutkiewicz, jest świadectwem tego, że jej umysł znalazł się w stanie mindful. „Mindfulness” to w wolnym tłumaczeniu na polski pełnia umysłu. Najwyższym poziomem wtajemniczenia w mindfulness jest sytuacja, w której mój umysł jest tak bardzo wypełniony żywym doświadczeniem tu i teraz, że ja właściwie znikam jako doświadczający podmiot, jest tylko doświadczenie. Myślę, że Wanda Rutkiewicz mówiła właśnie o takim stanie. Bo kiedy znika doświadczający podmiot, to zarazem znika ten, który mógłby się bać, np. tego, że zaraz spadnie w przepaść. Wtedy dopiero może się pojawić optymalne działanie w zgodzie z bezbłędnie rozpoznanymi okolicznościami. Nie towarzyszy mu żadna mentalna interpretacja, a tym samym żadne emocje, które mogłyby to działanie zakłócić. Znika też rozdwojenie na działającego i obserwującego. Doświadczamy życia jako takiego – jak to ładnie ujął pewien mistrz zen: jest ono życiem, które rodzi się z życia i do życia powraca.

Nic dziwnego, że himalaiści często deklarują takie stany w sytuacjach zagrożenia – oni właściwie nieustannie ćwiczą mindfulness. Himalaizm jest więc czymś w rodzaju klasztoru zen, z tą różnicą, że medytacja praktykowana jest nie na siedząco, lecz w intensywnej akcji. Kiedy himalaista jest na niebezpiecznym podejściu albo na lodowej ścianie, to nie może sobie przecież pozwolić na śnienie na jawie, myślenie o tzw. niebieskich migdałach, o tym, co było, co będzie, co być może będzie, co się dzieje w domu czy o tym, co będzie jadł na kolację. Właściwie nie ma wyboru: albo będzie mindful, czyli w pełni obecny i zaangażowany, albo nie da rady, bo albo odbiorą mu siły i nadzieję jego własne negatywne myśli, albo zwichnie nogę czy potknie się i obsunie w przepaść. Na takich wysokościach przy tym stopniu trudności i związanego z nim zagrożenia jesteś cały czas na krawędzi, bo jeśli nie utrzymasz koncentracji, to wpadniesz w panikę i na ogół po chwili giniesz. W zen wysiłek utrzymania stanu całkowitej koncentracji porównuje się do wędrowania boso po ostrzu samurajskiego miecza.

Sądzisz, że to odroczenie lub brak bolesnego skutku w codziennym życiu jest powodem tego, że trudno nam być mindful?
To jeden z wielu powodów, ale ważny. W naszym zwykłym życiu nie odczuwamy konieczności bycia bez reszty zaangażowanym w to, co jest w tej chwili naszym udziałem. Świat cywilizowany dąży do tego, aby wszędzie było coraz bezpieczniej. Już niedługo zwolnimy się nawet z tego, żeby być nie tylko skoncentrowanym, ale nawet trzeźwym i przytomnym w trakcie jazdy samochodem, gdy sztuczna inteligencja weźmie odpowiedzialność za prowadzenie naszych aut. Nadmierne bezpieczeństwo sprawia, że pozwalamy sobie na rozproszenie i bylejakość. Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi podejmuje obecnie różne wysiłki, by stawać się bardziej mindful – i nie są to wyłącznie himalaiści, żołnierze sił specjalnych i sportowcy. Ludzie ci świadomie i dobrowolnie, bez presji okoliczności, podejmują taką decyzję. Pewnie zauważyli, że nieuważność nawet w codziennym życiu może zbyt dużo kosztować, bo generuje wielką ilość błędów – może nie tak brzemiennych w skutki jak podczas wspinaczki na ścianie K2, ale na tyle istotnych, że mają swoje bardziej lub mniej oddalone i bolesne konsekwencje.

Może też zauważyli, że cierpi jakość ich życia, gdy ich umysły są kompletnie rozstrojone, a nawet „roztrzystorzone”, bo myślą nie o trzech, lecz o trzystu sprawach naraz i są wszędzie, ale nie tu, w chwili obecnej.

Wanda Rutkiewicz w tzw. normalnym życiu była właśnie kompletnie nieuważna, roztargniona. Raz tuż przed odlotem zostawiła paszport na poczcie, regularnie gubiła klucze do domu...
To pokazuje ograniczoność wysokogórskich wyczynów jako treningu mindfulness, dającego trwały i zgeneralizowany efekt. Powodem jest to, że stan mindfulness pojawiał się – w tym przypadku w doświadczeniu Wandy Rutkiewicz – pod wpływem szczególnych, silnie mobilizujących, okoliczności zewnętrznych.

Również na nizinach, w codziennym doświadczeniu zdarzyć nam się mogą sytuacje o tak wielkiej energii i powodujące takie zagrożenie, że angażują nas bez reszty. Na przykład gdy uczestniczymy w wypadku, czas nagle staje, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie z ogromną wyrazistością, w ciszy i spokoju, bez jakiejkolwiek emocji czy interpretacji doświadczającego. W podobnym stanie możemy się znaleźć podczas ekstremalnych sytuacji sportowych: szybkiej jazdy na nartach, wyścigu samochodowego albo zjazdu na górskim rowerze.

Tylko że tym sportom towarzyszy duży lęk.
Ale też nie muszą to być sytuacje wyłącznie groźne. Wystarczy, że są bardzo angażujące. Może to być także bieg, taniec, śpiew, gra na ulubionym instrumencie, a także udany seks. Niemniej sytuacje, w których musimy opanować czy przekroczyć lęk, prędzej zmobilizują nas do tak potężnego skupienia się na działaniu, że roztapia się w nim działający i obserwujący podmiot, czyli Ja albo Ego. Dla entuzjastów sportów ekstremalnych, myślę, że także himalaistów, drogą do mindfulness jest pokonanie lęku. Prawdę mówiąc, podobnie jest u tych, którzy wybierają drogę wewnętrzną, używając np. medytacji. Z tym że oni dopiero na końcu drogi zderzają się z lękiem obserwującego Ego przed rozpłynięciem się w doświadczeniu. Wtedy, świadomie ignorując lęk, muszą skoczyć w nieznaną otchłań nieegocentrycznego istnienia. Przewaga treningu wewnętrznego nad zewnętrznym polega więc na tym, że doświadczenie mindfulness w treningu zewnętrznym zależy prawie wyłącznie od okoliczności. Skutki tego było widać u Wandy Rutkiewicz, gdy w sytuacjach, które nie miały wysokiej energii – gubiła się i popełniała błędy. Droga mistrzowska polega zatem na tym, że nie poszukujemy sytuacji ekstremalnych, lecz wybieramy sytuacje codzienne i zwykłe i w nich dyscyplinujemy umysł oraz uwagę do koncentracji.

Czyli na przykład…
…umawiam się ze sobą, że z całą uwagą i zaangażowaniem będę zajmował się tylko jedną rzeczą, a jeśli cokolwiek z zewnątrz lub z wewnątrz odciągnie moją uwagę, to porzucę to natychmiast i wrócę do wybranego przedmiotu koncentracji. To bardzo trudna droga, wprawdzie bez porównania bezpieczniejsza, ale w kategoriach wysiłku mentalnego chyba trudniejsza niż himalaizm. Bo łatwiej utrzymać uwagę na chwytach i stopniach w skalnej ścianie niż na czymś tak oczywistym jak np. oddech. Skupianie się na oddechu to najbardziej popularna technika wewnętrznego treningu mindfulness, ale też najbardziej irytująca i męcząca na początku praktyki. To tak jak wspinać się na wielką lodową górę, by za chwilę z niej zjechać i zaczynać od początku. Po prostu pasmo nieustannych klęsk. Istota treningu polega tu na tym, by po każdej z tych klęsk, bez marudzenia, osądzania i zwłoki, zaczynać od początku.

Czyli chodzi o dyscyplinowanie umysłu?
Na początku tak. To jest ta droga wewnętrzna, droga mistrzów, która daje efekty przekładające się na nasze zwykłe życie.

Mówisz o drodze mistrzowskiej, poziomie najbardziej zaawansowanym. Co praktykujący mindfulness dostaje na początku tej drogi?
Trening mindfulness od pierwszego momentu daje wiele korzyści. Dzięki niemu łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. Szczególnie jeśli przyswajamy sobie zasady i rytuały mindfulness, które w tym pomagają: na przykład przestajemy czytać gazetę czy oglądać telewizję, a nawet wybieramy nierozmawianie podczas posiłku, aby bardziej skupić się na doświadczeniu jedzenia. Albo jak idziemy na spacer, to jesteśmy na spacerze, a nie w swoich myślach o przeszłości i przyszłości. Podobnie może być z każdą inną sytuacją, jaka się w naszym doświadczeniu pojawia.

Pomocna w tym może być krótka afirmacja-przypominajka, którą proponuję ludziom zabierającym się do praktyki mindfulness. Stosuję ją najczęściej, gdy biegnę w stylu transowym – ostatnio nazywanym „slow jogging” – w wolnym, rytmicznym tempie i dopadają mnie różne myśli o tym, co było albo być może będzie. Wtedy śpiewam sobie tak: „Jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to że sobie biegnę, jest teraz najważniejsze“. Śpiewam to na prościutką melodię dziwnej piosenki, którą pamiętam z dzieciństwa. Zaczynała się od słów: „wpadł pies do kuchni, porwał mięsa ćwierć…“. Może ktoś z czytelników też ją pamięta. Oczywiście pod „biegnę“ można podłożyć sobie inne okoliczności życia. W tej sytuacji trzeba by więc zaśpiewać: „jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to, że z tobą rozmawiam, jest teraz najważniejsze“.

Ciężko mi jednak wyobrazić sobie takie podśpiewywanie w pracy, na przykład podczas pisania maili. W ogóle mindfulness jako tryb bycia zamiast działania wydaje się do sytuacji pracy w ogóle nie przystawać. Przecież praca polega na działaniu.
Ale w mindfulness chodzi właśnie o całkowite bycie w każdym działaniu. W efekcie ta praktyka prowadzi do czynienia tego, co wydaje się nam znane i zwyczajne, nadzwyczajnym i cudownym.

Dzięki praktyce mindfulness zwykła, rutynowa, wydawałoby się bezsensowna praca może nabrać sensu?
„Zwykła“, „rutynowa“, „bezsensowna“ – to są sądy i interpretacje. Jeśli się na czymś skupiamy, to sądy i interpretacje znikają, doświadczamy tego, co jest. I wtedy okazuje się, że nasza interpretacja jest nawykowa. W doświadczeniu mindfulness sens nie jest oddzielny od tego, co robimy czy czego doświadczamy. Poprzez w pełni zaangażowane działanie odkrywamy, że sensem działania jest samo działanie, a sensem życia jest życie.

Jest na ten temat pewna przypowieść. Przyszedł uczeń do mistrza i mówi: „Mistrzu, naucz mnie zen“. Mistrz rozejrzał się i powiedział: „Weź tę łopatę, idź do ogrodu i wykop tam dół: dwa na trzy metry i dwa metry głęboki. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Po jakimś czasie uczeń wraca i mówi: „Wykopałem już ten dół“. „Czy już wiesz, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem“. „No to weź tę łopatę i zasyp teraz ten dół“. Uczeń znów wraca i mówi: „Już zasypałem“. „Czy wiesz, już, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem” – odpowiada uczeń. „No to weź łopatę i odkop ten dół. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Uczeń poszedł, odkopał dół i wraca coraz bardziej zmęczony. „Czy już wiesz, czym jest zen?”. „Nie wiem” . „No to weź tę łopatę…” (śmiech). I tak Mistrz przeczołgał ucznia jeszcze kilka razy, aż w końcu uczeń przyszedł i ze łzami w oczach podziękował Mistrzowi i oświadczył: „Już wiem, czym jest zen”. Jak myślisz, czego się dowiedział?

Odpowiem tak jak on – nie wiem.
No to się wspólnie zastanówmy. Z nawykowego, potocznego punktu widzenia uczeń wykonywał bezsensowną pracę, z której nic pożytecznego nie wynikało. Typowa syzyfowa praca. Ale być może myśmy Syzyfa nie zrozumieli. Wszyscy go odruchowo żałują, ale on być może pojął istotę życia. Więc w co Mistrz z tej przypowieści wrobił tego chłopaka? Czy chciał go upokorzyć? Czy zrobił sobie z niego pośmiewisko? Jak to się stało, że uczeń przyszedł do niego w końcu z rozpromienionymi oczami i mu dziękował? Jak sądzisz, co uczeń czuł na początku?

Na początku był wkurzony.
Najpierw był wkurzony, potem rozczarowany, potem znów wkurzony, zmęczony – aż w końcu stał się jednym z tym, co robił, i zniknął ten, który odkopywał, zakopywał, myślał i oceniał. Czym to zakopywanie i odkopywanie dołu różni się od siedzenia przed ścianą i przeżywania nieustających klęsk w koncentrowaniu się na oddechu? Czym praca Syzyfa różni się od wspinania się na górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę? Czym różni się od tego, że codziennie budzisz się, wykonujesz różne czynności i wieczorem zasypiasz, że jesz, a po jakimś czasie znowu jesz? Oddychasz: wdech – wydech, wdech – wydech. Zawsze to samo, od początku, bez końca. Ciągle to obserwujesz z zewnątrz, nazywasz, oceniasz postęp czy brak postępu – aż nagle doświadczasz tego, że ty i oddech to nie dwa.

Czyli Syzyf był mistrzem zen?
Na pewno miał szansę, by się nim stać. Tak jak my wszyscy. Doświadczyć tego, że nic dwa razy się nie zdarza, że nigdy dwa razy nie wchodzimy do tej samej rzeki, że droga jest celem. Tak można podejść i do pracy. Nie tworzyć sobie z niej udręki spowodowanej własnymi interpretacjami. Wtedy być może przydarzy nam się doświadczenie flow, czyli przepływu, kiedy wszystko idzie lekko, radośnie, w zjednoczeniu z tym, co robimy. Mihály Csíkszentmihályi, który badał doświadczenie przepływu, stwierdził, że współcześnie ludzie częściej doświadczają go w pracy niż podczas urlopu. Widocznie mamy tak przestymulowane mózgi, że potrzebujemy presji celów i deadline'ów, by móc się na czymś całkowicie skupić. Dlatego praca może być dobrą praktyką mindfulness. Nawet syzyfowa, a może zwłaszcza taka. Pod warunkiem wszakże, że nie szkodzi nikomu.

  1. Psychologia

Martwy punkt – dostrzeż w sobie to, czego nie widać

Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Masz wrażenie, że coś w twoim życiu nie gra? Mimo dobrych intencji i starań nie układa ci się w związkach, szef nie chce dać awansu, a znajomi jakoś do ciebie nie lgną? Psycholog społeczny Jacek Santorski podpowiada, gdzie mogą leżeć przyczyny.

Czym właściwie różni się martwy punkt od „zwykłej wady”?
Wada to jest coś złego, jakieś nasze ograniczenie, którego możemy być świadomi lub nie, na przykład ja wiem, że jestem zbyt egotyczny w relacjach osobistych i rodzinnych. Znam tę swoją słabość charakteru. Natomiast martwy punkt to taka moja właściwość, z której ja nie zdaję sobie sprawy, a inni ją widzą.

To znaczy, że martwym punktem może być i każda wada, i każda zaleta, pod warunkiem że widzą ją wszyscy poza nami?
Teoretycznie tak. Miałem utalentowaną współpracownicę, która była bardzo introwertywna i nie dość pewna siebie. Kiedyś podczas swojego wykładu na konferencji oddałem jej głos. Nie uprzedziłem jej wcześniej, bo nie chciałem stresować. Wypadła świetnie, chociaż do dziś wspomina, że kiedy zaprosiłem ją na scenę, była na skraju utraty przytomności. Wcześniej nie podejmowała tego rodzaju wyzwań, bo nie zdawała sobie sprawy, że może być tak charyzmatycznym mówcą. W tym przypadku martwym punktem był talent. Zwykle jednak, mówiąc o martwych punktach, mamy na myśli wady, których sobie nie uświadamiamy.

Z jakimi martwymi punktami najczęściej pan się spotyka?
Ostatnio zauważam, że powszechne jest dodawanie śpiewnego „tak?” na końcu średnio co piątego zdania lub nawet częściej. Tę językową manierę można zaobserwować u osób z różnych środowisk. W 70 proc. jednak martwe punkty wiążą się z fizjologią, wrażeniami zmysłowymi. Często dotyczą zachowań inwazyjnych, czyli takich, które bezpośrednio zakłócają osobistą strefę innych ludzi. To te, które zwykle opisujemy, dodając słowo „zbyt”, np. mówimy, że ktoś „zbyt mocno pachnie”, „mówi zbyt głośno” czy jest „zbyt wyzywająco ubrany”. To zachowania, których krytyka jest wyjątkowo trudna do przyjęcia, bo uderza w poczucie własnej wartości, naszą tożsamość – to, jak pachniemy czy mówimy, jest przecież naszą osobistą cechą. Jednocześnie, ponieważ te cechy tak źle działają na innych, ich skorygowanie może nam przynieść wyjątkowo duże korzyści. W Polsce martwe punkty często dotyczą wyglądu. Mamy folwarczne relacje w firmach, a ponieważ estetyką folwarku był jarmark, mamy też jarmarczno-odpustową estetykę w ubiorze. Martwym punktem może być więc zbyt krzykliwy, barwny i bogaty w ozdoby strój noszony w biurze, gdzie ze względu na kontakt z klientem wskazana jest powściągliwość. Często problemem staje się też seksualizacja relacji przejawiająca się nie tylko w tym, co na siebie wkładamy, ale też w tym, jak się zachowujemy w życiu zawodowym i towarzyskim.

Na czym dokładnie polega?
Na wysyłaniu różnego rodzaju sygnałów, które wyglądają jak zaproszenie do kontaktu seksualnego. To może być nieadekwatny do sytuacji strój – bardzo głęboki dekolt, ultrakrótka spódniczka i wysokie szpilki – idący w parze z pełnym erotyzmu sposobem zarzucania nogi na nogę. Oczywiście, mężczyzna też może seksualizować relację. Wtedy na przykład będzie miał rozpięty o jeden guzik koszuli więcej, będzie siedział szeroko, a stojąc, wypnie miednicę do przodu. Do tego zacznie opowiadać sproś­ne dowcipy. Całym sobą będzie wysyłał komunikat: „Jestem macho”, „jestem gość!”, „jestem facet!”, nawet sobie tego nie uświadamiając. Osoby, które przebywają w jego towarzystwie, często czują dyskomfort, mają wrażenie, że ich granice emocjonalne zostały przekroczone.

Są też martwe punkty, które polegają na fizycznym przekraczaniu granic.
To prawda. Niektórzy zawłaszczają sobie przestrzeń, która należy do innych – w biurze wszędzie rozrzucają swoje papiery, u znajomych rozkładają się na kanapie i rozpychają się przy stole. Zasady savoir-vivre’u, na przykład „podczas jedzenia trzymaj łokcie przy sobie”, nie zostały stworzone po to, by znęcać się nad ludźmi, tylko byśmy wszyscy mieli minimum komfortu. Nie bez przyczyny zresztą wspominam tu o dobrym wychowaniu, bo bardzo często martwe punkty są właśnie zachowaniami, które określamy jako „niekulturalne”. To mogą być choćby zbyt głośne rozmowy przez telefon w środkach komunikacji miejskiej czy ciągłe pokrzykiwanie do koleżanki, która siedzi na drugim końcu biura. Innym popularnym martwym punktem jest dominowanie rozmowy opowieściami na swój temat. Nie mam na myśli ciekawych historii z pointą, z których słuchacze mogą wynieść coś dla siebie, tylko długie wypowiedzi, które są interesujące wyłącznie dla tego, kto je opowiada.

Z jednej strony wiemy, że trzeba się ubierać adekwatnie do sytuacji czy dbać o to, by zapach, który roznosimy, był przyjemny i niezbyt intensywny, a z drugiej strony – tych zasad nie przestrzegamy? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je przekraczamy, czy może jesteśmy tego świadomi, ale myślimy: „W moim przypadku to nie razi”?
Możliwe są obie przyczyny. Ktoś mógł żyć w mikroświecie, w którym jego zapach był normą. On może rzeczywiście nie mieć świadomości, że np. woń jego perfum jest zbyt intensywna. Ale czasem sądzi, że z różnych przyczyn on akurat nie musi tych znanych mu zasad przestrzegać. To jak ze zbyt szybką jazdą samochodem. Jedną częścią mózgu przyjmujemy statystyki związane z zagrożeniami na drodze, ale nie przerzucamy ich do drugiej części mózgu. Wiemy, że przy 170 km/h ryzyko przejechania kogoś jest bardzo duże, ale jednocześnie myślimy: „Mnie to nie dotyczy”.

Rozumiem, że jeśli ktoś weźmie nas z zaskoczenia, na przykład stwierdzi: „Powiem ci, co nas w tobie drażni”, to my prawdopodobnie tę informację odrzucimy?
Wtedy może się skończyć jak w przypadku pewnej pani – wielo­letniej pracownicy przedsiębiorstwa, którego szef poprosił mnie o pomoc. Chodziło o uwagi, które tej kobiecie anonimowo przekazano. Dotyczyły właśnie jej martwego punktu. Ta pracownica zimą przychodziła w bardzo krótkich spódniczkach i wysokich kozakach na suwaki, które rano rozsuwała i najpierw przez pierwszą godzinę przyjmowała interesantów w takich rozpiętych butach, a potem zakładała kapcie. Do tego przez cały dzień publicznie podciągała sobie rajstopy. Kiedy dowiedziała się, że jej zachowanie jest odbierane przez innych negatywnie, uznała, że uwagi wynikają z zazdrości. Twierdziła, że koleżanki i koledzy są mniej kompetentni i próbują ją wygryźć.

Co więc możemy zrobić, żeby odkryć swoje martwe punkty? Wyobraźmy sobie dobrego człowieka, który ma jakąś nieznośną cechę, powiedzmy, wszystkich krytykuje albo wciąż narzeka. Nie jest jej jednak świadom. Czuje się więc rozgoryczony, że tyle robi dla innych, a ci inni się od niego odsuwają.
Chce pani powiedzieć: nie zasługuje na ten dystans i odrzucenie?

Tak. Co on może zrobić?
Najpierw powinien znaleźć motywację, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, raczej nieprzyjemnego. Musi mieć ważny powód, dla którego chce przeżyć ten bolesny zabieg, jakim jest wysłuchanie negatywnej informacji na swój temat. Czasem zdarza się, że ktoś deklaruje: „Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem sam”, ale w rzeczywistości liczy na to, że usłyszy: „To nie twoja wina. Z tobą wszystko w porządku”. Ważna jest więc gotowość do wzięcia odpowiedzialności za to, jak jest się odbieranym. Bez niej wszystko, co usłyszy, uzna za wredne recenzje. Od razu zracjonalizuje: „To na pewno nie jest prawdziwy powód, dla którego ludzie mnie źle traktują” czy „Nie chodzi o zapach, bo wiele osób mówiło mi, że świetnie pachnę”. Będzie chciał w ten sposób zredukować napięcie wywołane niezgodnością pomiędzy tym, co o sobie myśli, a tym, co na swój temat usłyszał. Pojawi się rozczarowanie: „A miała być prawda o mnie…”.

Tymczasem to nie ta prawda, o którą mu chodziło.
Tak. Dlatego u nas w Akademii Psychologii Przywództwa podczas sesji odkrywania martwych punktów zawsze jest trener, który między innymi sprawdza, czy osoba, która słucha o swoich martwych punktach, dopuszcza to do siebie i co z tym robi, bo jeśli miałaby ten komunikat obrócić przeciwko sobie, to lepiej, żeby go nie dostała. Wiadomo na przykład, że osoba w łagodnej depresji będzie wprawdzie w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną, ale potem prawdopodobnie sobie przywali: „No i potwierdza się, że jestem beznadziejna”.

Nie każdy jednak ma szansę pracować nad swoimi martwymi punktami pod okiem trenera. Można zapytać o nie kogoś znajomego, kto nie jest ani trenerem, ani coachem, ani terapeutą?
Można, ale ja nie zagwarantuję z ręką na sercu, że taka rozmowa nie obróci się przeciwko temu, kto pyta, i temu, kto mówi. Gdybym był trochę nawiedzonym młodym coachem lub terapeutą, mógłbym powiedzieć: „Prawda jest najważniejsza. W atmosferze prawdy powiedzcie sobie wszystko i zobaczycie, co wam się zwróci”. Ale jestem za stary i zbyt odpowiedzialny, żeby coś takiego wygłaszać.

Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć ryzyko, to kogo powinien zapytać o swoje martwe punkty i kiedy?
Ludzi, których nazywam bratnimi duszami. To osoby, które nie są nam tak bliskie jak współmałżonek, rodzice czy dzieci, ale z którymi łączy nas jednak pewna zażyłość, może wspólna przeszłość. Mamy podobne kryteria etyczne i estetyczne i wystarczająco dużo doświadczeń, w których nasza lojalność wobec siebie była wystawiana na próbę i które pokazały, że jednak możemy sobie ufać. Mogę odezwać się do takiego człowieka, nawet jeśli utrzymuję z nim sporadyczny kontakt, i powiedzieć: „Mam nową pracę, w której jest bardzo dużo młodych osób, i czuję, że w kontaktach z nimi robię coś nie tak. Ty masz nastoletniego syna, więc chciałbym o tym pogadać”. Na pewno nie należy rozmawiać o swoich martwych punktach w sytuacji konfliktu, w depresji lub napięciu. Najlepiej zrobić to na spokojnie, podczas podróży czy wakacji, gdy mamy jakiś oddech. Daniel Goleman, popularyzator inteligencji emocjonalnej, powtarzał: „Pamiętajcie, nie naprawia się zatopionej łódki. Trzeba ją najpierw wydobyć na powierzchnię, osuszyć i jej się przyjrzeć”.

Czy to znaczy, że bliskiej osoby, np. przyjaciela, lepiej nie pytać o martwe punkty?
Przyjaciel może nie być do końca neutralny, tylko nadmiernie się zaangażować w rolę wybawiciela albo czerpać dodatkową satysfakcję z tego, że konfrontuje nas z jakąś prawdą. Może też nie mieć inteligencji emocjonalnej czy społecznej. Poza bratnimi duszami warto też mieć mentora – osobę, która towarzyszy w dylematach życiowych, pomaga dostrzec talent czy wadę, wskazuje kierunek rozwoju, czyli, jak to się mówi w psychologii, nas „urealnia”.

Jak go znaleźć?
Często wybieramy go intuicyjnie. Jeśli jednak mielibyśmy szukać go świadomie, powinniśmy zwracać uwagę nie na wrażenie, jakie ktoś robi na zewnątrz, jak bardzo jest życzliwy czy atrakcyjny, ale na to, czy ma charakter, bo mentor powinien go mieć. Ma być wierny swoim zasadom, spójny i sprawdzać się nie tylko na scenie zewnętrznej, ale też w życiu codziennym. Może popełniać błędy, ale powinien być ich świadomy.

A można samemu szukać u siebie martwych punktów? Może na przykład powinniśmy przez kilka dni zapisywać uwagi, jakie robi nam otoczenie. Te wszystkie: „Oj, nie marudź” albo „O, tym razem jesteś punktualna!”? W myśl zasady: Jeśli kilka osób mówi, że jesteś koniem, kup sobie siodło?
To dobry pomysł. Można też, zamiast szukać konkretnego martwego punktu, starać się najpierw znaleźć sferę życia, w której te lusterka wsteczne mamy gorzej ustawione. Zastanowić się, czy uwagi, jakie robią nam inni, dotyczą raczej sposobu, w jaki się komunikujemy, tego, jak się ubieramy, czy może jak postępujemy z dziećmi. Kiedy już znajdziemy taką sferę, łatwiej będzie zidentyfikować konkretny problem. Nie do przecenienia jest też junior mentoring.

Co to takiego?
Informacja zwrotna od młodej osoby, choćby własnego dorastającego dziecka. Badania pokazują, że nasze detektory niespójności, czyli zdolność do wyłapywania wszelkich zakłóceń, na przykład tego, że ktoś co innego mówi, a co innego robi, że jego zachowanie nie pasuje do jego stanowiska czy roli życiowej, najlepiej działają u osób pomiędzy ósmym a 18. rokiem życia. Potem stają się mniej aktywne, chociaż pokolenie Y wydaje się wyjątkiem. U jego dwudziestokilku­letnich przedstawicieli detektory niespójności nadal sprawnie funkcjonują. Dlatego dobrze czasem zapytać własne dziecko o to, co jest w nas nadmiarowe czy niespójne, co jest obciachem w naszym funkcjonowaniu. Kiedy na 65. urodziny włożyłem trampki, myślałem, że moi synowie popukają się w czoło, a oni powiedzieli: „Jest OK”, ale kiedy zacząłem stawiać sobie włosy, usłyszałem, że robię z siebie pośmiewisko. Zapytałem: „Ale czy ja gorzej wyglądam?”. Syn na to: „Może nawet lepiej, ale widać, że się starasz, i to jest obciach”. Taka opinia może być cenną informacją zwrotną, chociaż, oczywiście, nie wszystko trzeba brać sobie do serca. W odkrywaniu martwych punktów chodzi o samoświadomość oraz poczucie odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Jeśli ja dostrzegam własne ograniczenia, mam szansę zrozumieć, jak ten aspekt mojego funkcjonowania wpływa na innych. Wiem, dlaczego ktoś mnie lubi, szanuje lub nie, i mogę zdecydować, czy chcę dokonać korekty postępowania. Mam szansę uniknąć śmieszności spowodowanej tym, że jako jedyny nie zauważam, jak bardzo szkodzą mojemu wizerunkowi usta po nieudanej interwencji chirurgicznej czy wielogodzinne monologi przed podwładnymi.

Jacek Santorski jest psychologiem społecznym i psychologiem biznesu.

  1. Psychologia

Medytacja z Nityą – fala za falą

Wszystko jest wodą. Naturą wszystkiego jest Jedno. Kontempluj to - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Wszystko jest wodą. Naturą wszystkiego jest Jedno. Kontempluj to - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Chwila za chwilą, doświadczenie za doświadczeniem. Przychodzą nieproszone i odchodzą, zanim zdążymy je poznać. Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik proponuje, by spojrzeć na nie tak, jak patrzymy na morze.

Na pewno byłeś kiedyś nad morzem albo oceanem. Przyglądałeś się ruchowi fal nadbiegających od strony horyzontu? Przywołaj teraz to doświadczenie, porównaj ten obraz ze swoim codziennym życiem. Każdego dnia przychodzi nowa fala, jedna zamienia się w drugą. Raz fale są łagodne, spokojne, innym razem pienią się, strasząc swym ogromem. Doświadczamy pięknych i swobodnych momentów, doświadczamy trudnych i niespokojnych, a najczęściej całkiem zwyczajnych.

Każda z fal należy do oceanu. Wszystkie one są jego częścią. Ocean nie pozbywa się swoich fal ani się ich nie wstydzi. Nie ucieka od nich, bo są jego jestestwem, wyrazem. Każda z fal jest oceanem, do niego należy, z niego powstaje i w nim znika. Podobnie z naszym doświadczeniem, każde jest nasze. Mistyczne, pełne zagubienia i emocji, nudne, głębokie czy też zwyczajne. Nie jesteśmy w stanie wszystkimi falami zarządzać, nie zawsze udaje się je powstrzymać. Przychodzą, żyją swoim życiem i znikają.

Jak się czujesz, kiedy próbujesz je kontrolować? A jak wówczas, gdy, znając ich przemijającą naturę, zezwalasz na ich swobodny przepływ? Gdy przyjrzysz się oceanowi i falom jeszcze uważniej, zobaczysz coś więcej. I fala, i ocean to przecież woda! Co za ulga! Kiedy to zrozumiesz, przestaniesz się martwić ruchem fal, dziwić ich rozkapryszeniu. Będziesz swobodnie i naturalnie po nich serfować, mając w pamięci Heraklitowe „wszystko płynie”. I wtedy, gdy wiatr silny, i wtedy, gdy ocean pokrył się lodem.

Bez względu na okoliczności będziesz wiedział, że wszystko jest wodą. Naturą wszystkiego jest Jedno. Kontempluj to.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.