1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Runy - między ezoteryką a nauką. Czym są i do czego się ich używa?

Runy - między ezoteryką a nauką. Czym są i do czego się ich używa?

Runologia to nauka zajmująca się badaniem i odczytywaniem pisma runicznego. Wielu badaczy zwraca jednak uwagę na ich znaczenie energetyczne. (fot. iStock)
Runologia to nauka zajmująca się badaniem i odczytywaniem pisma runicznego. Wielu badaczy zwraca jednak uwagę na ich znaczenie energetyczne. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Służyły do pisania, jak chcą naukowcy, ale były też czymś więcej niż alfabetem. Miały moc magiczną. I wielu badaczy uważa, że zachowały ją po dziś dzień.

Trudno dziś ocenić, skąd się wzięły i kiedy zaczęto je stosować. Niektórzy twierdzą, że pojawiły się w umysłach magów i kapłanów jeszcze przed epoką brązu, inni, że znały je już ludy pierwotne. Słowo „runa” odnajdziemy we wszystkich starych dialektach germańskich. W języku gockim oznaczało tajemnicę, sekret, w staroangielskim i staroniemieckim „run” to również szept, rada. W fińskim „runo” to magiczny śpiew. Runy wpisywały się od samego początku w obszar wiedzy tajemnej, były postrzegane jako święta idea.

Przyjmuje się, że alfabety runiczne są związane z kulturą starożytnych ludów Skandynawii. Wykorzystywano je do uzdrawiania, przewidywania przyszłości, przyciągania pomyślnych zdarzeń, poszukiwania wewnętrznej prawdy. Pisano nimi zaklęcia mające chronić przed złymi mocami i zapewniać szczęście. Dziś też służą wielu osobom jako amulety, talizmany.

Z runami związana jest bardzo bogata mitologia. Zgodnie z nią, magiczne znaki zostały darowane ludziom przez boga Odyna, który jako pierwszy zgłębił ich tajemnicę. Objawiając ją ludziom, zapowiedział, że będą im pomocne we wszystkich sprawach. Marek Strzałkowski, terapeuta i autor książek o runach, uważa, że runy reprezentują potężne moce kosmosu. - Przez wieki próbowano odciąć ludziom do nich dostęp, w okresie intensywnej chrystianizacji obowiązywał zakaz używania ich pod karą śmierci - mówi.  - Runami posługiwał się Hitler (dość wymienić przywłaszczone przez nazistów Sowilo, Othala czy Eihwaz). Nic dziwnego, że runy długo nie najlepiej się kojarzyły. Wróciły do łask w latach 90., w czasie odrodzenia się ezoteryki. Można je odnaleźć w wielu znakach chrześcijańskich.

Futhark: 24 znaki energetyczne i magnetyczne

Najbardziej popularny alfabet runiczny - futhark starszy - składa się z 24 znaków (plus jednego pustego). Dzieli się go na trzy oktawy. - Pierwsza to tzw. młode runy przypisane okresowi dzieciństwa - tłumaczy Marek Strzałkowski. - Druga ósemka wiąże się z nauką, zdobywaniem doświadczeń. Trzecia to wyższa szkoła rozwoju, kwintesencja mądrości. Każda z run ma własną, specyficzną energię, ale działa w powiązaniu z pozostałymi. Bardziej „zaawansowane” znaki zawierają w sobie te prostsze. Futhark to spójna całość - zauważa Strzałkowski. - Obrazuje poszczególne okresy rozwojowe, duchowe wyzwania, to coś w rodzaju wędrówki mitycznego bohatera.

Runy dzielimy na energetyczne i magnetyczne. Te pierwsze tylko dają energię, drugie również ją pobierają. Inny podział to runy odwracalne i nieodwracalne. Znajomość tej charakterystyki może się okazać przydatna przy wróżeniu: runy odwracalne mają podwójną wymowę - pozytywną i negatywną. Jeśli runa odwracalna ukaże się do góry nogami, możemy zastanowić się, czy nas przed czymś nie ostrzega. Najlepiej jednak koncentrować się na pozytywnym przesłaniu, pamiętając, że znaki runiczne uważa się za bardzo życzliwe.

 
Zdaniem runologów związanych z ezoteryką, zanim zaczniemy używać run, warto zaznajomić się ze znaczeniem i energią każdej z nich, nawiązać z nimi bardziej osobistą relację. Strzałkowski twierdzi, że z runami trzeba rozmawiać, prosić je o wsparcie, dziękować za pomoc, przekazywać im pozytywne myśli. - Dobrze jest być z nimi w ciągłym kontakcie, trzymać pod poduszką. A rano, po przebudzeniu, wyciągnąć jeden znak, który ukierunkuje naszą energię, wesprze nas w codziennych wyzwaniach: tak zwaną runę dnia. Jego zdaniem, runy kochają ludzi. - Można ich używać do ochrony i uzdrawiania, do samopoznania, poszerzania świadomości - wylicza. Stymulują procesy fizjologiczne, wzmacniają organizm, hamują proces starzenia. Sięga się po nie przy przemarznięciu czy przeziębieniu. W takich przypadkach polecam Sowilo. Medytowanie z runami wzmacnia wiele wartościowych cech: wytrwałość, cierpliwość, empatię... Runy pomagają nawiązać kontakt z nadświadomością, pozwalają lepiej zrozumieć sens zdarzeń, zaufać naturalnemu biegowi życia.

Posługiwanie się runami - dla tych, którzy wierzą w energię i magię znaków

Zdaniem runologa komplet run najlepiej wykonać samemu, żeby zsynchronizować je z własną energią. Dobrze wcześniej opanować wiedzę na ich temat (np. z mitologii nordyckich). Marek Strzałkowski do wykonania run zaleca naturalny materiał występujący w przyrodzie, np. kamień lub drewno. - Można się też posłużyć gałązką brzozy, jarzębiny czy lipy, pociąć ją na 24 kawałki, po czym wypalić lub wyryć wszystkie znaki - radzi. - Jeśli zdecydujemy się na kamyki, niech wszystkie będą z jednego minerału i podobnej wielkości, a znaki runiczne namalujmy farbą. Niebieską, zieloną, czarną lub białą. Zdecydowanie odradzam kolor czerwony. Runy malujemy w określonym porządku, to znaczy od pierwszego do ostatniego znaku futharku, by zachować runiczny ciąg energetyczny.

W pracy z runami bardzo ważne jest zestrojenie się z ich energią. Strzałkowski sugeruje, by najpierw poczuć każdą runę, dopiero potem wczytywać się w opisy książkowe. - Najważniejszy jest bezpośredni kontakt. Dla każdego z nas dana runa będzie emanować inną energią - mówi. - Kiedy nasz futhark jest już gotowy, trzeba go naenergetyzować, najlepiej z pomocą zaufanego runologa. Jeśli wolimy skorzystać z gotowego kompletu run (np. kart), wybierajmy je intuicyjnie, a przed rozpoczęciem pracy oczyśćmy. Dobrze jest przeciągnąć każdy znak nad płomieniem świecy - po okręgu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Aby symbole mogły zacząć działać, potrzebujemy odpowiedniej atmosfery. Do każdego przemówią w inny sposób: poprzez wewnętrzne obrazy, odczucia w ciele, emocje, myśli. Język komunikacji trzeba sobie cierpliwie wypracować. Ucząc się run, dobrze jest nakrywać je mniej aktywną dłonią (lewą dla osób praworęcznych). Zadawać im pytania, prosić o radę, wpatrywać się w nie, wsłuchiwać. Jeśli losujemy runę dnia, spróbujmy najpierw poczuć jej energię, dopiero później zobaczyć, jaki znak do nas „przyszedł”.

 

Z runami jest jak z astrologią - można w nie nie wierzyć, ale można też pracować z nimi. I wielu badaczy run przekonuje o sile ich działania. Znawcy run ostrzegają przy tym, żeby pracować z nimi ostrożnie, bo ich energia może być niewłaściwie użyta. (fot. iStock) Z runami jest jak z astrologią - można w nie nie wierzyć, ale można też pracować z nimi. I wielu badaczy run przekonuje o sile ich działania. Znawcy run ostrzegają przy tym, żeby pracować z nimi ostrożnie, bo ich energia może być niewłaściwie użyta. (fot. iStock)

Kiedy zaczniemy pracować z runami, zaczniemy dostrzegać ich obecność w przyrodzie – w konarach drzew, układzie znalezionych na ziemi patyczków. Runy (ich nazwy) możemy intonować, kreślić je na ziemi, w powietrzu, a nawet wizualizować. Gdy czujemy na przykład zagrożenie, warto przywołać Algiz - najbardziej kochający, opiekuńczy znak runiczny. Wskazany jest umiar. Strzałkowski zaleca, by nie wzywać znaku dwukrotnie i za każdym razem, po skorzystaniu z jego pomocy, pamiętać o odesłaniu go i podziękowaniu. Sam komponuje muzykę runiczną, stworzył nawet własną nowatorską metodę - runomuzykoterapię, łączącą energię znaku z energią słowa. Używa run do uzdrawiania.

Kontakt z runami można też nawiązać poprzez ciało: przyjmując postawy oddające ich kształt. Jeśli chcemy skorzystać z energii Gebo, wystarczy stanąć w rozkroku ze wzniesionymi ku górze ramionami (tworząc X). Gdy potrzebujemy ochrony (Algiz), przyjmujemy podobną pozycję, tyle że stopy są złączone. I jeszcze coś dla wzrokowców: dzięki technice komputerowej tworzy się trójwymiarowe obrazy runiczne pozwalające wzmocnić działanie znaków. Z runami możemy pracować nad różnymi aspektami życia: sferą materialną i psychiczną, partnerstwem i zdrowiem, karierą i nauką (pod warunkiem, że dobrze opanujemy wiedzę na ich temat)... Przywoływać energię przypisanych im żywiołów. Poszczególnym runom odpowiadają też wybrane rośliny i minerały, kolory i znaki zodiaku, czakramy i narządy. Również litery - jeśli potraktujemy runy jako alfabet, możemy zapisać nimi własne imię.

Kiedy jesteśmy już bardziej zaawansowani w pracy z runami, możemy zacząć tworzyć sigile, czyli połączenia kilku wybranych znaków runicznych w jeden symbol. W ten sposób można wzmocnić energię na przykład jakiegoś ważnego przedsięwzięcia. Podobnie działa skrypt runiczny - zapisanie kilku run w odpowiedniej kolejności i z odpowiednią intencją (czasem graweruje się je na obrączkach).

Ciekawostka: znanym skryptem runicznym jest napis KMB, który umieszcza się z początkiem roku na drzwiach domu, by go ochraniał. Tworzą go pierwsze litery imion Trzech Króli, ale zauważmy, że występują w nim aż cztery runy: Isa zamraża miniony czas, Kenaz zwiastuje nowy początek, Ehwaz daje harmonię, Berkano zapewnia opiekę i pomyślność.

Przykładowe znaczenie run:
  • Fehu – obfitość
  • Uruz – zdrowie, kontakt z ziemią
  • Ansuz – komunikacja i twórczość
  • Kenaz – początek, poznanie
  • Gebo – miłość, wymiana, równowaga
  • Wunjo – radość, przyjaźń
  • Tiwaz – sprawiedliwość, cel
  • Laguz – intuicja, introspekcja
Ponadto: 
  • Raidho - energia, z którejdobrze jest skorzystać kiedy potrzebujemy zrobić ważny krok; 
  • Isa - pomaga się wyciszyć lub skoncentrować;
  • Hagal - jedna z najsilniejszych i najtrudniejszych run, z którą należy obchodzić się bardzo ostrożnie. Ma moc transformacji i odrodzenia, jest silnie oczyszczająca. Gdy opieramy się zmianom, może zburzyć nasz pozorny porządek.
  • Sowilo – kolejna mocna runa, która pozwala zregenerować siły, działa niczym mocna kawa. Zapewnia sukces i zwycięstwo. Ogrzewa.
Uwaga: znaków runicznych nie wyrzucamy do śmieci! Po wykorzystaniu należy oddać je ziemi albo wodzie.

Marek Strzałkowski: badacz kultu polskich run, absolwent Studium Psychologii Psychotronicznej w Białymstoku. Mistrz run, uczeń Richarda Bandlera oraz profesora Lecha Pawła Słupeckiego, najwybitniejszego znawcy kultu run będącego w światowej czołówce uczonych zajmujących się tą tematyką.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Mary Reynolds: "Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury"

Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Zamiast posiadać ziemię, zacznijmy o nią się troszczyć. Stańmy się strażnikami ziemi, a nie panującymi nad nią – przekonuje Mary Reynolds, irlandzka projektantka ogrodów, aktywistka ekologicznavi autorka książki „Ogrodowe przebudzenie”.

Kilka lat temu obejrzałam film „Dare to be Wild” („Dzika jak natura”) w reżyserii Vivienne De Courcy. To urocza historia młodej projektantki niezwykłych ogrodów, która wygrała słynny konkurs ogrodniczy Chelsea Flower Show. Wyobrażasz sobie moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że będę rozmawiać z kobietą, której życie stało się inspiracją dla tego filmu!
Trudno się ogląda film o sobie, miałam mocno mieszane uczucia, gdy go pierwszy raz zobaczyłam. Dziś myślę, że to jednak bardzo słodka opowieść, no i mogło być gorzej, prawda? Reżyserka mogła ze mnie zrobić na przykład seryjną morderczynię [śmiech].

Czy ten film w jakikolwiek sposób wpłynął na twoją karierę zawodową?
Na pewno mi w niej nie przeszkodził. Moje nazwisko stało się bardziej rozpoznawalne, choćby w Ameryce. Dzięki temu moje prace, pomysły, idee, ale i książka „Ogrodowe przebudzenie” odbiły się szerszym echem.

Zawsze chciałaś żyć blisko przyrody? Czy może to była naturalna kolej rzeczy, skoro twoi rodzice byli farmerami?
Od dziecka żyłam blisko natury i tak mi już zostało. Urodziłam się na farmie w południowo-wschodniej Irlandii jako najmłodsza z szóstki rodzeństwa. Rodzice dużo pracowali, więc my, dzieci, właściwie sami się o siebie troszczyliśmy, co oznaczało też, że było dużo swobody i wolności, nikt nas nie pilnował. Z tego czasu zapadł mi w pamięć moment, który dziś mogę śmiało uznać za formujący. Miałam może sześć albo siedem lat, nie więcej, bo pamiętam swoje pulchne nóżki. Pewnego majowego dnia wybrałam się na spacer i po jakimś czasie trafiłam na mały skrawek ziemi otoczony drzewami i krzakami, blisko działki naszych sąsiadów. Dokładnie pamiętam, że przeszłam przez dość szeroką dziurę między krzewami głogu, kolcolistu i ciernistymi jeżynami. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie, nagle poczułam za sobą czyjąś obecność. Odwróciłam się i zobaczyłam, że przejście zniknęło. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale wtedy bardzo się przestraszyłam. Biegałam dookoła gęstych zarośli, płacząc, ale nikt mnie nie słyszał. Na szczęście moją uwagę przykuły słońce i motyle, usiadłam więc na środku tego zakątka. Wraca do mnie wspomnienie, że czułam się wtedy otoczona; wydawało mi się, że rośliny na mnie patrzą. Nie mam pojęcia, ile czasu tak siedziałam. W końcu zauważyła mnie córka sąsiadów, zaczęła do mnie coś wołać, a kiedy się ponownie odwróciłam, przejście między krzewami znowu się pojawiło.
Długo nikomu o tym nie mówiłam, aż pewnego dnia zwierzyłam się ojcu. Powiedział, że podobna rzecz w tym samym miejscu przydarzyła się jego dziadkowi. W Irlandii pełno jest takich miejsc, nazywamy je „zakątkami wróżek” – trudno do nich dotrzeć i jeszcze trudniej z nich się wydostać. Wiele lat potem, kiedy pisałam moją książkę…

Tę o ogrodach?
Najpierw wpadłam na pomysł, że napiszę książkę o tym, jak naprawdę wyglądała historia z Chelsea Flower Show. Ponieważ jednak pisanie o sobie szybko mnie znudziło, postanowiłam przybliżyć czytelnikowi, na czym polega praca projektantki ogrodów. I wtedy właśnie wróciło do mnie wspomnienie tamtego dnia. To było jak olśnienie – zdałam sobie sprawę, że właśnie wypisałam się ze swojego zawodu.

Jak to?
Chociaż w swoich projektach zawsze brałam pod uwagę takie rzeczy, jak ukształtowanie terenu czy naturalne prawa przyrody, to po jakimś czasie moje ogrody zaczynały się rozrastać i zmieniać, niezgodnie z tym, co im przeznaczyłam. Po prostu robiły, co chciały. Zorientowałam się, że moja praca zaczyna polegać na niewolniczym trzymaniu się jakiejś wizji i dopasowywaniu, przycinaniu do niej roślinności, zamiast na dostosowywaniu się do potrzeb i charakterystyki krajobrazu. W dodatku ta historia z dzieciństwa przypomniała mi, że przecież doświadczyłam na własnej skórze obecności roślin, ich osobowości. W tamtym zakątku miałam wrażenie, że na mnie patrzyły, jakby dopominając się o uwagę. Pomyślałam, że to wszystko nie tak, że nie powinniśmy naginać przyrody do naszej wizji piękna i do naszych potrzeb. Zaczęłam postrzegać ziemię jak wielkie bijące serce. Kiedy patrzymy na nią w kategoriach posiadania, a nie opieki, to serce pęka na malutkie kawałki. I tylko od nas zależy, czy uda nam się je uleczyć, skleić ponownie w jeden kawałek. Wierzę, że gdy spojrzymy na ten płachetek ziemi, który użytkujemy, jak na część naszej rodziny, to poczujemy, że i my się stajemy członkami jej rodziny. Rośliny to część naszej ziemskiej rodziny, są tak samo żywe jak my. Po prostu zrozumiałam, że jesteśmy z ziemią całością.

I że nie możesz już wykonywać swojego zawodu.
Mieszkałam wtedy w zachodniej części Irlandii, na swoistym odludziu, ale byłam też samodzielną mamą dwójki dzieci i nie miałam pomysłu, z czego będę się utrzymywała, jeśli nie chcę dalej projektować ogrodów. Ale ponieważ jestem dość uparta, więc kiedy uświadomiłam sobie, że muszę przestać robić to, co robię – przestałam od razu. Na szczęście akurat wtedy pewna stacja telewizyjna zaprosiła mnie do współtworzenia programu, co pozwoliło przetrwać nam pierwsze miesiące bez stałej pracy. A kiedy dzieci zasypiały, ja siadałam nad książką, którą trzymasz teraz w ręku, i cały czas myślałam nad koncepcją opieki, którą musimy otoczyć ziemię. Bo w naszym podejściu do niej naprawdę wiele musi się zmienić.

Co na przykład?
Wydaje nam się, że dobrze robimy, lecząc choroby roślin chemią i pestycydami. W ogrodnictwie używa się dużo więcej chemii niż w rolnictwie, ale nikt o tym nie mówi. Trzeba od tego odejść i poszukać innych rozwiązań. Ale przede wszystkim słuchać ziemi i obserwować, jak sama radzi sobie z problemami.

Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)

W Polsce rośnie grupa osób, które wybrały model uprawy i jednoczes­nej regeneracji ziemi, określany terminem perma­kultury. Wymaga to zmiany myślenia, a nie każdy jest na to gotów. Jak ty przekonujesz ludzi do swojej idei?
Często porównuję ziemię do kobiety. Przecież ziemia to wcielenie kobiecości, a my, kobiety – tak samo jak ziemia – jesteśmy zmęczone byciem dostrzeganymi tylko ze względu na naszą produktywność czy urodę. Tak samo ziemia jest zmęczona traktowaniem jej przedmiotowo i przemocowo, nadużywaniem i maltretowaniem. Jeśli nie skończymy z nadużywaniem zasobów ziemi, to wkrótce nie będziemy mieć domu. Sytuacja jest naprawdę poważna – mamy dziesięć lat na realną zmianę sytuacji. Jednak wiele osób nadal tego nie dostrzega i nie rozumie. Dlatego zamiast przekonywać, wolę dawać przykład. Może gdy ktoś zobaczy, co się dzieje na moim skrawku ziemi, spróbuje tego samego na swojej.

Inspirujesz nie tylko swoimi działaniami. Założyłaś też fundację We Are The Ark (Jesteśmy Arką).
Nie możemy czekać, aż nasze rządy czy politycy zaczną wprowadzać korzystne dla Ziemi i klimatu zmiany. Każda zmiana zaczyna się oddolnie i potem dopiero rozszerza na cały świat. Dlatego założyłam fundację, a raczej zapoczątkowałam ruch społeczny. Nazwa wzięła się stąd, że pewnego dnia siedziałam przy oknie i patrzyłam na swój ogródek, gdy nagle pod moim oknem przebiegł lis, a zaraz za nim dwa zające. Wyglądało to tak, jakby zające goniły lisa. Chwilę potem w tym samym kierunku potuptała rodzina jeży. Pomyślałam, że przed czymś uciekają. I rzeczywiście, gdy wyszłam na dwór, zobaczyłam, że na sąsiedniej działce koparka czyści cały teren ze starych krzewów, krzaków i roślin, które przez wiele lat były domem dla okolicznych zwierząt. I te zwierzęta rozbiegły się, szukając schronienia, swojej arki Noego. Za tym poszła myśl o bardziej radykalnym działaniu niż tylko pisanie książki.

Co robisz w ramach fundacji?
Moja propozycja jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy mają ziemię. Zachęcam ich do tego, by połowę tej ziemi oddali naturze, czyli żeby po prostu nic na niej nie robili, nie siali, nie uprawiali – nie sadzili kwiatów, nie kosili trawy, po prostu by zostawili ją samej sobie. I by postawili w tym miejscu tabliczkę o treści: „To jest arka”. Czyli część działki oddajemy naturze, a na drugiej sadzimy warzywa i owoce w sposób organiczny, bez chemii i sztucznych nawozów.

A co może zrobić osoba, która mieszka w mieście i nie ma nawet ogródka działkowego?

Wspierać lokalnych producentów, zwłaszcza tych, którzy uprawiają warzywa i owoce w sposób regeneratywny dla ziemi. Dobre praktyki można wspierać na wiele sposobów. Najważniejsze to odciąć się od przemysłowego systemu uprawy roślin i hodowli mięsa, który zatruwa glebę, wody gruntowe i zezwala na takie anomalie jak przewożenie jedzenia z jednego końca świata na drugi tylko po to, byśmy mieli przez cały rok dostęp do egzotycznych warzyw i owoców. Przez właśnie takie działania niszczymy miejsce, które jest naszym domem.

Doceniliśmy to podczas pandemii. Sama obserwowałam, jak ludzie uciekali masowo na wieś, do parków i lasów.
Ale nawet nasz przydomowy ogródek może nam dać wytchnienie. Rozwiązanie, jakie proponuję, to stworzenie leśnego ogrodu. To bardzo prosta koncepcja, pozwala na swobodne działanie natury i na uprawę, w dodatku sprawdzi się nawet na małym obszarze.

Opowiedz coś więcej.
W skrócie polega to na tym, że na własnej działce tworzysz wielowarstwowy ekosystem, który jednocześnie regeneruje ziemię i użyźnia ją, a tobie pozwala uprawiać warzywa i owoce. Wykorzystujesz przy tym naturalne nasłonecznienie gleby i łączysz ze sobą rośliny wieloletnie, jednoroczne oraz samowysiewające się tak, by stworzyć zróżnicowany zespół roślinny.
Wiele rzeczy trzeba wziąć pod uwagę podczas projektowania takiego ogrodu, czyli co gdzie sadzimy, jakie rośliny ze sobą łączymy. Szybko zorientujemy się jednak, że im mniej naszej ingerencji, tym lepiej dla roślin. Powstała na ten temat naprawdę bogata literatura, bo leśne ogrody nie są żadną nowością, ta idea jest żywa od wieków. Wiele wskazówek można znaleźć także w moim „Ogrodowym przebudzeniu”.
I oczywiście namawiam, by część takiego ogrodu zostawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się, co chce. Zobaczycie, że bardzo szybko pojawią się tam zwierzęta, owady czy naturalne drapieżniki, które często uwalniają nas od szkodników niszczących nasze uprawy. W ten sposób powstanie równowaga.

Sporo nauki przy takim leśnym ogrodzie.
Tak, na początku to się może wydać trudne, zwłaszcza jeśli na co dzień twój kontakt z przyrodą ogranicza się do zasadzenia kwiatków w doniczce na parapecie. Ale jeśli damy sobie czas, nauczymy się obserwować procesy, jakie zachodzą w glebie – zrozumiemy, że trzeba po prostu podążać za przyrodą. Odżywiona ziemia zacznie odwdzięczać się nam warzywami i owocami pełnymi witamin. A bardzo tego potrzebujemy. Nasze jedzenie jest tak mało odżywcze! Zwróć uwagę, że najbardziej niedożywione są osoby otyłe, bo jedzenie ich nie odżywia, tylko truje. Nasza ziemia choruje, a my razem z nią.

Mówiłaś, że mamy jeszcze dziesięć lat na zmianę, ale tak naprawdę już żyjemy z konsekwencjami niszczących działań człowieka. Jak przekonać tych nieprzekonanych?
Kiedy opowiadasz ludziom o zmianach klimatu, nie zawsze rozumieją, o co ci chodzi, ale kiedy mówisz o coraz mniejszej bioróżnorodności, zaczyna to do nich powoli docierać. Przypominają sobie, że gdy dekady temu jechali autem, to przednia szyba szybko pokrywała się owadami, a dziś się to już nie dzieje. Albo zauważają, że jest o wiele mniej ptaków – to naprawdę robi wrażenie. I to właś­nie może zmienić ich podejście do tematu. Większość ludzi nie widzi związku między kryzysem klimatycznym a pogorszeniem jakości ich życia, są odcięci od ziemi, nie widzą procesów, jakie w niej zachodzą. Żyjemy naprawdę w trudnych czasach, często budzę się w nocy i martwię się o przyszłość.

I co ci wtedy pomaga?
Staram się myśleć pozytywnie, smutek przecież nie pomoże mi w działaniu. A to działanie mi pomaga, namawianie ludzi, by odchodzili od systemu i zmieniali swoje życie. I by nie uciekali, nie zapadali się w sobie. Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury. To do was mówię: walczcie, zajmijcie się ziemią, jej odradzaniem się. Uczcie się od ludzi, którzy znają się na glebie, na uprawie organicznej, na odradzaniu ziemi, to nasza jedyna nadzieja na zmianę bez przemocy. Nie mamy wyboru, jesteśmy pionierami, musimy dać sobie radę. 

Książka Mary Reynolds 'Ogrodowe przebudzenie' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)Książka Mary Reynolds "Ogrodowe przebudzenie" ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)

Mary Reynolds, jest jedną z dziesięciorga najbardziej znanych projektantów krajobrazu na świecie. W 2002 roku wygrała Chelsea Flower Show projektem „Tearmann sí, a Celtic Sanctuary”, będącym hołdem dla irlandzkiej natury i tradycji.
Jej książka „Ogrodowe przebudzenie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe
  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora
  1. Styl Życia

Kwiaty jadalne – przepisy Kasi Bellingham, propagatorki ekoogrodnictwa

Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+. (Fot. Agnieszka MAjewska)
Stokrotki na kanapki, bratki do sałatki, a róże w konfiturze! Na kwiaty jest wiele kulinarnych sposobów – mówi Kasia Bellingham, projektantka ogrodów, propagatorka ekoogrodnictwa, autorka podcastów „Naturalnie o ogrodach” i programu „Grunt to ogród” w Domo+.

Kasia chętnie jada kwiaty. W jej kuchni bratek, róża, nasturcja czy pysznogłówka to codzienność. Inni szukają kulinarnej egzotyki na krańcach świata, a ona znajduje ją w ogrodzie, na łące pełnej chwastów, pod płotem...

Czy zdarza Ci się, że patrząc na piękną rabatę szukasz na niej kwiatów dobrych na sałatkę?
Na ozdobnych rabatach raczej nie uprawiam kwiatów, które zamierzam jeść. Sadzę je lub wysiewam pomiędzy warzywami, w ogródku kuchennym. Po prostu chcę, żeby mój warzywnik był piękny. Poza tym wolę nie ogałacać ogrodu z kwiatów. Oczywiście często, patrząc na nie, planuję jakąś sałatkę. Z kwiatów można przecież przyrządzać przeróżne rzeczy. Najprościej jeść je na surowo w sałatce lub po prostu położyć stokrotki na kanapce.

Dziś dania z kwiatami można znaleźć w menu restauracji. Czy to nowy trend czy powrót do korzeni zarezerwowany dla pasjonatów?
W Polsce floks czy bratek na talerzu to wciąż kulinarne przeżycie. A gdy już się na nim znajdą, często ich nie jemy, traktując jak ekscentryczną dekorację (śmiech). Z drugiej jednak strony kiedyś smażyło się kwiaty akacji i ponadczasową konfiturę z róży, piło się wino z chabrów i syrop z kwiatów mniszka (tzw. majowy miodek). A za czasów cesarza Franciszka Józefa zajadano się naleśnikami z kwiatami czarnego bzu. We Włoszech zaś smażono kwiaty cukinii w panierce, dodawano je do risotto. Wojny sprawiły, że trochę o jadalnych kwiatach zapomniano. Dopiero od niedawna zaczęły się pojawiać w restauracjach i na wypiekach w cukierniach. Na domowych talerzach wciąż są jednak rzadkością.

Ale zajadamy się pączkami z różanym nadzieniem, i to nie tylko w tłusty czwartek
Kwiaty rzeczywiście są w naszej diecie, ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że są nimi kalafiory czy karczochy. A w Niemczech lawendę je się w ziołach prowansalskich.

Dlaczego kwiaty wyszły z kulinarnego obiegu?
Bo prawdę mówiąc są postrzegane jako fanaberia, ich konsumpcja po prostu nie przychodzi nam do głowy. Poza tym wciąż niewiele wiemy o ich smakowych walorach, skupiamy się na warzywach i owocach. No i są mało kaloryczne, trzeba ich naprawdę dużo zebrać, żeby się najeść. Zdecydowanie inaczej jest z ukochanym schabowym (śmiech).

Może problem leży też w trudnym dostępie do zdrowych, nie pryskanych kwiatków? Nie każdy ma ogród, czy choćby balkon.
Zawsze można się wybrać na działkę przyjaciół, na spacer na łąkę czy do lasu. I wrócić z bukietem kwiatów. Byleby rosły 100 metrów od ulicy. Można też umówić się na dostawy z lokalnym rolnikiem. A najlepiej zaplanować sobie w ogrodzie rabatę, skrzynię czy kilka donic z jadalnymi kwiatami – będziemy mieć pewność, że są bez chemicznych dodatków w bonusie.

Przez lata pracowałaś w angielskich ogrodach, a Twoim pracodawcą był sam książę Karol. W Anglii kwiatowe dania są bardziej popularne?
Anglicy kochają ogrody. Tam każdy ma większy lub mniejszy ogródek, a programy ogrodnicze są emitowane w piątkowe wieczory, w porze najwyższej oglądalności. W Anglii więcej osób uprawia „jedzenie”, a po kolację wybiega do ogródka, nie do Biedronki. Nic dziwnego - u nas większość ogrodów kuchennych zniknęła przez wojny, a w Anglii niektóre mają po 500 lat! W kilku z nich pracowałam, m. in. u księcia Karola w Highgrove. A on jest patronem ekologicznych angielskich ogrodów, w których uprawia się to, co się je – również kwiaty. Groszki pachnące, goździki brodate, nasturcje, ogóreczniki były dostępne na wyciągnięcie ręki, ale tylko na użytkowych grządkach, gdzie rosły obok warzyw. Rabat ozdobnych się w Anglii nie rusza – one są święte. Anglicy uprawiają jadalne kwiaty w miejscach, z których nie szkoda ich zrywać.

Jakie kwiaty były przysmakiem księcia Karola?
Kwiaty nasturcji, w liściowych sałatkach. One są bardzo popularne w Anglii i w Kanadzie. Mają bardzo wyrazisty smak, zbliżony do rzodkiewki czy rzeżuchy. A pracownicy ogrodu, łącznie ze mną, zajadali się ogórecznikami.

Czy pamiętasz swój pierwszy schrupany kwiat?
Był nim właśnie ogórecznik w Highgrove. Byłam w szoku, że ta pospolita roślina, rozsiewająca się jak chwast, ma tak mocny, orzeźwiający smak podobny do ogórka. Poza tym jego błękitne kwiatki są prześliczne! Zrywaliśmy je, wsypywaliśmy do butelek i zalewaliśmy zmrożoną wodą. Wychodził z tego orzeźwiający napój – lemoniada ogórecznikowa. W wersji ekskluzywnej kwiatki można mrozić w kostkach lodu.

Teraz ogórecznik niestety jeszcze nie kwitnie. Jakie smaczne kwiatki można zrywać w maju w ogrodzie?
Bratki, fiołki, mniszki lekarskie… Tulipanów nie próbowałam, ale słyszałam, że z ich płatków można robić sałatkę Festa di Tulipani, popularną w miasteczku Praformo nieopodal Turynu. Płatki tulipana są jadalne, w przeciwieństwie do cebuli, której konsumpcja może się skończyć płukaniem żołądka. Z mniszków robię syrop, ale raczej dla zdrowia, nie dla smaku. Choć z dodatkiem cukru może służyć za słodzik do herbaty.
Maj to zbyt wczesna pora dla ogórecznika, ale nie dla farbownika lekarskiego, o równie ładnych (nawet bardziej niebieskich) i smacznych kwiatkach. Mogę się założyć, że niewiele osób go zna. W Polsce dziko rośnie, ale można kupić nasiona i wysiać go w ogrodzie.

Który kwiat najbardziej spodobał się Twoim kubkom smakowym?
Zdecydowanie kwiat czarnego bzu! To według mnie najsmaczniejszy kwiat na świecie! Zresztą niedługo zakwitnie. Można go panierować w cieście naleśnikowym i smażyć jak kwiaty cukinii. Ale najpyszniejszy jest bzowy kordiał (syrop) z cytryną i pomarańczami. Gdy go pijesz, nawet zimą masz przed oczami lato. Zaraz podam przepis. Czarny bez to najbardziej niedoceniana roślina - ludzie wycinają go na działkach i traktują jak chwast.

A który kwiat był największym rozczarowaniem?
Liliowiec. Nie należy do małych, jest więc na czym zawiesić ząb (śmiech). I chrupie jak sałata. Ale kompletnie nie ma smaku. Dodaje sałatkom urody i koloru, ale kusi mnie tylko efektem chrupania.

Czy smak idzie w parze z zapachem? Jak coś ładnie pachnie, to i dobrze smakuje?
Gdy wąchamy pięknie pachnący kwiat budzą się nasze kubki smakowe. Przecież słodko pachnący kwiat powinien też słodko smakować! To się sprawdza u róż, fiołków wonnych i wielu innych kwiatów. Ale u czarnego bzu niekoniecznie - jego kwiaty pachną… kocimi siuśkami (śmiech). Za to aksamitka pachnie tak, jak smakuje – czyli ostro. Ja akurat bardzo lubię jej woń, bo przypomina mi dzieciństwo.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele kwiatów można jeść…
W ogrodzie codziennie przechodzi się obok pysznych kwiatów – począwszy od róż, dalii, cynii, floksów, poprzez malwy i prawoślazy, a skończywszy na funkiach i jukkach ogrodowych. Jadalne i smaczne są kwiaty cykorii, bobu i wielu innych roślin uprawianych w tunelach foliowych dla liści. Również kwiaty roślin dyniowatych (np. cukinii, kabaczka) i niektórych drzew (np. akacji, klonu) idealnie nadają się do smażenia – wcześniej zanurza się je w roztrzepanym białku, obtacza w bułce tartej czy parmezanie. Śmiało można powiedzieć, że większość kwiatów jest jadalna.

Czy kwiatami można się zatruć? To się często zdarza?
Raczej nie. Kwiaty manifestują swe niecne zamiary szczypaniem w język, gorzkim smakiem. Trujących kwiatów jest naprawdę mało. Stokrotki, ogórecznik, bratki, nasturcje, róże, fiołki możemy wcinać jak krowy na łące. I nic nam nie będzie. Poza tym nawet jeśli liście, łodyga czy korzeń zawierają toksyczne substancje, nie znajdziemy ich w płatkach. Tak jest u tulipana, ale konwalia cała jest trująca!

W kwiatach tkwi duży kulinarny potencjał. Jak je przyrządzać?
Można nimi dekorować potrawy, dodawać je do sałatek, aromatyzować dania (np. różą, bergamotką, fiołkiem), przyrządzać soki, syropy, nalewki, konfitury. Kto nie zna smaku konfitury z róż, ręka w górę! A te o mocnym zapachu, jak lawenda, aksamitki, róże można suszyć – zachowają swój aromat. Większość (np. nasturcje, bratki, fiołki) najlepiej spożywać na surowo, zaraz po zbiorze. Są tak delikatne, że prawie zanikają po przetworzeniu.

Kwiatowa rabata to bukiet pełen nie tylko słodkich, ale i ostrych smaków.
Pikantne są fioletowe kwiaty czosnku szczypiorku, białe czosnku bulwiastego i czosnku niedźwiedziego. Te ostatnie są łagodniejsze w smaku i bardzo zdrowe. Czosnek niedźwiedzi kwitnie wiosną, kiedy najbardziej potrzebujemy witamin. Jego kwiaty dają nam kopa po zimie. Wiedzą o tym misie i zajadają się nimi dla odzyskania formy po śnie zimowym. Jedzmy więc jego kwiatki i listki, siekajmy je i surowe dorzucajmy do sałatki. Często robię z nich omlet - dodaję do jajka przed wrzuceniem na patelnię.

Większość kwiatów służy jednak głównie do ozdoby?
T
ak, zwłaszcza te ładne, ale bez smaku, np. fiołki, bratki, nagietki, liliowce. Ale z niektórymi (np. nasturcji, aksamitki) trzeba uważać, bo naprawdę są wyraziste w smaku. Do pikantnych należą też kwiaty rukoli, musztardowca, roślin kapustnych. Warto je mieszać z kwiatami ogórecznika, które, podobnie jak ogórek, łagodzą ostrość. Wszystkie kwiaty dają efekt odświeżający – są dobre na upały.

A lawenda? Moja siostrzenica kocha lawendowe muffiny.
Ja za nimi nie przepadam. Owszem, lawenda jest w kuchni bardzo uniwersalna, można nią przyprawiać desery i mięsa, można ją znaleźć w ziołach prowansalskich. Ale dla mnie jest zbyt aromatyczna. Kiedyś piekłam z nią ciasta, piłam lawendową herbatę. Ale przestałam. Jej mentolowy smak i zapach bardziej pasuje do kosmetyków, niż do potraw.

Czy kwiaty są zdrowe?
Dla mnie one są czymś pośrednim pomiędzy warzywem a ziołem, skrywają w sobie wiele cennych składników, np. przeciwutleniaczy, glikozydów, soli mineralnych, olejków eterycznych.. Róża jest świetnym przeciwutleniaczem i zwalcza wolne rodniki. O czosnku niedźwiedzim już mówiłam. A aksamitka świetnie wpływa na wzrok. Pod warunkiem, że jest świeżutka, prosto z krzaczka. Można ją dodać do sałatki lub przerobić na macerat z olejem lub z octem.

Zjadłabyś bukiet kupiony w kwiaciarni?
To zależy w jakiej. Niektóre zaopatrują się w gospodarstwach ekologicznych, u lokalnych dostawców. Ale jest ich niewiele, więc raczej nie zjadłabym takiego bukietu, nawet z róż. Bałabym się, że pochodzą z Argentyny, a ich w życiu nie wzięłabym ich do ust, bo nie pachną. Zdecydowanie wolę te zebrane w ogrodzie lub kupione na targu u pana Mietka.

Kiedy zbierać kwiaty, żeby były najsmaczniejsze?
Ja wychodzę po nie do ogrodu w słoneczne dni, między godziną 11 a 15. Często zabieram ze sobą ogromną michę, oprócz kwiatów wrzucam do niej liście sałaty i innych warzyw liściowych. Z takiej mieszanki zwykle robię surówki. To, co zostanie przechowuję w lodówce - w torebce foliowej lub w spinerze do sałaty. Bratki, róże, stokrotki przechowuję nawet przez tydzień. Czasami robię z kwiatów smaczne bukiety i wstawiam je do wazonu.

Który kwiat polecisz początkującemu smakoszowi?
Na pewno nasturcję. Jest łatwa w uprawie, wyrazista w smaku. Trzeba tylko pamiętać, żeby ją wysiać dopiero po Zimnej Zośce, bo inaczej może przemarznąć. Oprócz kwiatów i liści ma też jadalne nasiona – można je zamarynować, smakują jak „kapary”.

A kwiatowe pesto? Z czego je zrobić?
Na pewno z kwiatów nasturcji. Mieszam je z natką pietruszki, czosnkiem i zmielonymi orzechami włoskimi zamiast pinii. Dolewam oliwy, doprawiam solą, pieprzem i gotowe. Takie pesto jest pyszne, ale nie jest zielone.

Czy słyszałaś o konfiturze z maków, mizerii z tulipanów, pasztecie z aksamitek czy o schabowym lawendowym?
Owszem, można eksperymentować. Ale na niektóre dania i kwiaty wolę popatrzeć, nie wszystkie bym zjadła. No, może jako rozbitek na bezludnej wyspie? (śmiech). Wydaje mi się, że warto być wiernym tradycyjnym jadalnym kwiatom, rodem z babcinego ogródka. Róża, nasturcja, fiołek, nagietek, ogórecznik, bez czarny… To dla mnie najpyszniejszy zestaw.

Potrawy z kwiatów - przepisy Kasi Bellingham

Kordiał z kwiatów czarnego bzu (przesłałam zdjęcie krok po korku)

  • 24 kwiatostanów czarnego bzu
  • 4 pomarańcze umyte i pokrojone w plastry
  • 2 cytryny umyte i pokrojone w plastry
  • 50 gr cukru
  • 1,5 l przegotowanej wody

Fot. iStockFot. iStock

Wkładamy wszystkie składniki do dużej miski i mieszamy aż do rozpuszczenia się cukru i kwasku cytrynowego. Zostawiamy pod przykryciem na 48 godzin – raz na dzień mieszamy. Całość przelewamy (przez drobne sitko) do butelek i bardzo szczelnie (!) zakręcamy. Syrop najlepiej smakuje rozcieńczony z niegazowaną lub gazowaną wodą mineralna z dodatkiem

Placki akacjowe z ricottą i smażonymi truskawkami

  • 1 szklanka mleka,
  • 1,5 szklanki mąki,
  • 250 g sera ricotta
  • ¼ łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1,5 łyżki cukru,
  • sok z ½ limonki
  • 1 jajko
  • około 10-15 „kiści kwiatowych’ akacji
  • cukier puder do posypania

Miksujemy mleko, mąkę, cukier, jajko, ser, proszek do pieczenia, dodajemy sok z limonki. W gotowym cieśnie maczamy liście akacji i układamy na rozgrzanym oleju. Placuszki smażymy z obu stron do zrumienienia. Na wierzch kładziemy konfiturę truskawkową, można posypać cukrem pudrem.

Sałatka kwiatowa z tulipanami i fiołkami

  • kilka płatków tulipanów i fiołków
  • ogórek
  • kostka sera pleśniowego
  • sałata
  • szpinak
  • sos vinaigrette
  • sól

Fot. iStockFot. iStock


Ogórek kroimy, sałatę rwiemy w palcach. Skrapiamy sosem, oprószamy solą. Ser rozdrabniamy rękami i dodajemy pozostałe składniki. Podajemy z pieczywem.

Napój fiołkowo-lawendowy

  • 4 litry wody gazowanej
  • 2 cytryny
  • 1 szklanka cukru
  • 2 laski wanilii
  • 4 łyżki suszonej lawendy
  • 400 ml syropu fiołkowego

Fot. StockFot. Stock

Gotujemy półtorej szklanki wody z 1 szklanką cukru, dodajemy wanilię przekrojoną wzdłuż na pół. Gorącym syropem zalewamy 4 łyżki lawendy i odstawiamy pod przykryciem do wystudzenia. Wyciskamy sok z cytryn, dodajemy syrop fiołkowy. Całość zalewamy wodą mineralną. W wersji dla dorosłych połowę wody mineralnej można zastąpić białym winem.

Kruche ciasteczka pomarańczowe z kwiatami czarnego bzu

  • 2,5 szklanki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • 1 kostka margaryny lub masła
  • 1 łyżka oliwy (lub 1 żółtko)
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 1 łyżeczka startej skórki pomarańczowej
  • 4 kwiatostany dzikiego bzu (bzu czarnego) lub 4 łyżki suszonych kwiatów bzu (do kupienia w sklepach zielarskich)


Ze świeżych kwiatostanów czarnego odrywamy same kwiatuszki. Wszystkie składniki szybko zagniatamy w gładkie ciasto. Rozwałkowujemy raczej cienko podsypując mąką i wycinamy ciasteczka. Pieczemy w 200°C przez 10-12 minut.

Sałatka z ogórecznikiem

  • 200 g mieszanych sałat
  • 3 pomidory
  • 2 łyżki posiekanych liści ogórecznika
  • 5 kwiatków ogórecznika
  • sos winegret

Fot. iStockFot. iStock

Liście sałat dzielimy na kawałki, wsypujemy do miski. Dodajemy pokrojone w cząstki pomidory. Wrzucamy liście i kwiaty ogórecznika. Dodajemy sos winegret. Sałatka świetnie smakuje z plackami z cukinii.

Muffiny z lawendą

  • 1,5 szklanki mąki (375 ml)
  • 2/3 szklanki cukru (160 ml)
  • 4 g kwiatów lawendy
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/2 szklanki mleka (125 ml)
  • 1/3 szklanki oleju (82 ml)
  • 1 jajko

Fot. iStockFot. iStock

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Kwiaty lawendy rozcieramy z cukrem w moździerzu. Miksujemy mokre składniki, dodajemy suche i nadal miksujemy, aż się połączą. Formy do muffinów wyścielone papilotkami wypełniamy uzyskaną masą na wysokość 2/3 foremki. Pieczemy przez około 20-25 minut.

  1. Styl Życia

Dobra energia w domu - jak ją wprowadzić?

Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Kiedy patrzymy na coś, co nam się podoba, otwieramy szerzej oczy, nasze rysy łagodnieją, pojawia się też rodzaj przyjemnego zaciekawienia. A to tylko jeden ze sposobów, w jaki rzeczy, którymi się otaczamy, są w stanie oddziaływać na nasz stan ducha.

Czy materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości? Oczywiście, ich widok może sprawiać nam czysto estetyczną przyjemność, ale przecież filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. Jak przekonuje jednak Ingrid Fetell Lee, projektantka wnętrz i autorka książki „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu”, za pomocą przedmiotów warto kreować sytuacje, w których możemy tę radość łatwiej w sobie odnaleźć – tak jak wtedy, gdy patrzymy na bukiet świeżo zerwanych kwiatów, gdy siedzimy przy kawiarnianym stoliku skąpanym w ciepłych słonecznych promieniach lub wieszamy na choince migoczące świąteczne ozdoby. W sposób szczególny powinniśmy zaś przyjrzeć się przedmiotom w najbliższym otoczeniu, czyli w domu. Doskonałą okazją ku temu jest remont bądź przemeblowanie.

Z całą pewnością znasz remontowe porzekadło, wedle którego pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi – dla przyjaciela, a trzeci – dla siebie. Na urządzanie wnętrz w sposób niedający nam radości szkoda jednak czasu i pieniędzy. Przystępując do ich projektowania, warto przyjrzeć się kilku prostym mechanizmom, których znajomość pozwoli wpuścić do codziennego życia więcej wesołości i beztroski. Obok długotrwałego efektu w najbliższym otoczeniu dodatkową przyjemność da nam poczucie sprawczości, które stanie się naszym udziałem poprzez świadome zastosowanie pewnych zasad w praktyce. Mechanizmy, którymi rządzi się przestrzeń i zebrane w niej przedmioty, autorka „Joyful” podzieliła na 10 kategorii.

Energia

Energia jest w wielu wypadkach synonimem radości. Kojarzy się ze wszystkim, co żywe, kolorowe, jasne i ciepłe. Nic dziwnego, że jej odczuwanie doskonale stymulują przede wszystkim nasycone barwy. Przypomnij sobie, jak wiele radości daje ci wizyta w galerii sztuki, podziwianie murali w odwiedzanym mieście albo zabawa w paintball! Intensywne, jaskrawe kolory warto wprowadzić także do naszej codziennej przestrzeni – jeśli nie na dużych powierzchniach, to przynajmniej w formie niewielkich plam i akcentów (idealnie nadają się do tego wszelkie dekoracyjne dodatki, jak poduszki, kapy, obrazy). Szczególnie polecana jest kojarzona ze słońcem barwa żółta, zaś dobrym tłem dla innych kolorów będzie czysta biel. Lepiej natomiast unikać beżów i szarości.

Kolejnym istotnym elementem dodającym energii jest naturalne światło oraz, w wypadku jego braku, dynamiczne sztuczne oświetlenie jak najlepiej imitujące promienie słoneczne.

Obfitość

Nasze zamiłowanie do obfitości odziedziczyliśmy po dalekich przodkach. Miejsca pełne bujnej roślinności, z żyzną glebą, odpowiednio nawodnione i zamieszkane przez rozmaite gatunki zwierząt – kojarzyły im się z poczuciem bezpieczeństwa i dawały perspektywę łatwiejszego przetrwania. Dziś obfitość kojarzymy raczej z nadmiarem. Jak w rozmowie z SENSem podkreślała jednak Katarzyna Kędzierska, propagatorka minimalizmu, wyrzeczenie się nadmiaru nie oznacza zgody na „zbyt mało”, a raczej na „tyle, ile trzeba”. Podobnie interpretuje obfitość Ingrid Fetell Lee, dla której nie stanowi ona synonimu przesytu, a raczej różnorodności i pobudzenia wszystkich zmysłów. Jak poczuć obfitość w kreowanej przez siebie przestrzeni? Przede wszystkim przez warstwowość, którą stosować można w doborze tkanin (modne szczególnie w stylu boho układanie na sobie kilku dywanów czy narzut) oraz przez wykorzystanie rozmaitych faktur i wzorów. Aby zapewnić sobie prawdziwą stymulację sensoryczną, wybierajmy sprzęty o ciekawych teksturach, wykonane z użyciem rzemieślniczych materiałów (puchate dywany, nieszlifowane drewno, naturalny kamień, tkaniny o nietypowym splocie).

Wolność i odnowa

Beztroska w działaniu, otwarta przestrzeń, brak ograniczeń, swoboda ruchu i oddechu – oto najważniejsze skojarzenia z wolnością. Odczuwamy ją, przebywając na plaży, rozległej łące, w dzikich górach, ale także wtedy, kiedy nosimy luźną, wygodną odzież, biegamy boso po piasku i uprawiamy sport na świeżym powietrzu. Odczucia, które stają się wówczas naszym udziałem, możemy odtworzyć także w przestrzeni mieszkalnej: unikając dużych, ciężkich i ciemnych mebli oraz syntetycznych materiałów; instalując w domu huśtawki, hamaki i zjeżdżalnie, dające przyjemne wrażenie powrotu do beztroski dzieciństwa; wprowadzając do wnętrz naturalną roślinność w postaci kwiatów doniczkowych lub, jeśli to tylko możliwe, uprawiając chociaż niewielki ogródek, na przykład na balkonie. Kontakt z przyrodą, który sobie w ten sposób zapewnimy, jest też ważną składową kolejnej stworzonej przez Lee kategorii: odnowy, kojarzonej z odrodzeniem, przywróceniem sił i naturalną witalnością.

Harmonia

Wielu z nas, a szczególnie osoby wysoko wrażliwe, ma problemy ze skupieniem, relaksem i odczuwaniem szeroko pojętego dobrostanu w miejscach zabałaganionych. Znacznie lepiej czują się w przestrzeniach dobrze zorganizowanych, funkcjonalnych, opartych na symetrii, nieprzeładowanych przedmiotami, które ułożone są zgodnie ze swoim przeznaczeniem lub w przemyślanych konfiguracjach geometrycznych. Z tego właśnie powodu, bez względu na stosunek do religii i historycznych zawieruch, zwykle uspokajają nas wizyty w antycznych świątyniach, kościołach i klasycznych willach; najwięksi sceptycy nie odmawiają racji bytu wiekowym chińskim praktykom feng shui, a poradniki specjalistki od sprzątania Marie Kondo biją rekordy popularności. Wprowadzanie harmonii do wnętrza oznacza przede wszystkim symetrię.

Podobne przedmioty warto łączyć w grupy lub multiplikować przy użyciu luster; kolory i wzory – koordynować tak, aby połączyć je w zbiory. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o jednolitość szczegółów – czy będą to jednakowe wieszaki w szafach, jednokolorowe pinezki na korkowej tablicy czy jeden kolor metalu, z którego wykonane są uchwyty do szaf w całym mieszkaniu.

Zabawa i zaskoczenie

Okrywanie wewnętrznego dziecka w sobie to od wielu lat jeden z głównych postulatów wysuwanych przez psychologów. Wśród inspirujących do zabawy elementów jest nostalgia: przywołanie poczucia bezpieczeństwa i niefrasobliwości odczuwanej w dzieciństwie. Kształtem, który najpełniej symbolizuje ten okres, jest koło. Od karuzeli po hula-hoop, od balonu po piłkę, kręgi i kuliste formy zdają się być wpisane w historię beztroskiej zabawy od tysiącleci. Ich przeciwieństwem są „dorosłe” kąty i kanty, kojarzone z dyscypliną i rygorem – jak pisze Lee, na kanciaste przedmioty podświadomie reagujemy niepokojem. Projektując przestrzeń, warto wprowadzić do niej formy koliste i faliste, a także inne elementy kojarzone z zabawą, jak frędzle, pompony, tkaniny w grochy. Można także rozważyć komponenty humorystyczne: zaskakujące rzeźby czy grafiki albo pojedyncze dodatki na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty, stanowiące swego rodzaju puszczenie oka do naszych gości oraz do nas samych.

Blisko stąd do kolejnej kategorii, bezpośrednio związanej z ludycznością, mianowicie do zaskoczenia. Większość z nas bardzo lubi przyjemne niespodzianki. Dlaczego nie wprowadzić ich do własnego domu? Co powiesz na piękny, kolorowy i pachnący papier do wykładania zupełnie zwykłych szuflad, który cieszy zmysły przy każdym sięgnięciu po parę skarpetek?  Rolę niespodzianki spełniać może też kontrast formy czy koloru, zabawa proporcją i skalą, ale także np. element niedoskonały, jak specjalnie postarzona ściana czy widoczne ślady po naprawie jakiegoś przedmiotu, znane doskonale miłośnikom filozofii wabi-sabi.

Transcendencja

Słowo „lekkość”, którego Lee używa poniekąd zamiennie z transcendencją, stało się ostatnio niezwykle modne. Używa się go wszędzie tam, gdzie mowa o szczęściu i szeroko pojmowanym odnoszeniu sukcesu. Lekkie jest to, co przychodzi nam naturalnie, w sposób niewymuszony, nie jest okupione nadmiernym wysiłkiem i dodaje poczucia radości i zadowolenia. Co ciekawe, sposób, w jaki odczuwamy i pojmujemy emocje, związany jest z osią pionową. Przykładowo, uśmiech wygina nasze usta ku górze, a wysokie poczucie własnej wartości każe nosić uniesioną głowę; brwi marszczymy zaś ku dołowi i w ten sam sposób załamujemy ręce. W większości przypadków – co widać także w naszym języku – kierunek ku górze jest synonimem tego, co pozytywne. Dobro podnosi nas na duchu, dodaje skrzydeł, sprawia, że czujemy się wniebowzięci albo w siódmym niebie. W przestrzeni lekkość i transcendencję symbolizują jasne kolory w tonacji nieba, duże wolne płaszczyzny pionowe (np. ściany pomalowane na ulubiony kolor, ale pozbawione obrazów czy plakatów), elementy przezroczyste, dekoracje mocowane na suficie (np. wiszące doniczki z kwiatami, ozdobne żyrandole), powietrze i naturalne światło.

Magia

Światło pojawia się w wielu kategoriach wyodrębnionych przez autorkę „Joyful”. Jest również podstawą przestrzennej magii, wyrażanej przez wszystko to, co błyszczące, fluorescencyjne, pryzmatyczne, nieuchwytne. Także w jej wypadku po raz kolejny dostarczamy bodźców naszemu wewnętrznemu dziecku oraz tej części naszego jestestwa, które tęskni za zjawiskami przyrody uważanymi kiedyś za tajemnicze, jak mgła, wiatr czy energia geotermalna. Element magii wprowadzą do przestrzeni opalizujące tkaniny, lustra, fantazyjne przedmioty szklane i wydające kojące dźwięki wietrzne dzwonki.

Świętowanie

Jednym z momentów, podczas których większość osób odczuwa radość i przyjemne podekscytowanie, są święta i rodzinne uroczystości, łączące się ze sferą sacrum – przestrzenią wyjątkową, odmienną od codziennej, przepełnioną podniosłą atmosferą, ale także bliskością drugiego człowieka. Aby w jakimś wymiarze odwzorować świąteczny nastrój we wnętrzu, warto zadbać o jego kameralność i przytulność, a także łatwość międzyludzkiej komunikacji – czy to przy wygodnym stole, wręcz stworzonym do gromadnego biesiadowania, czy poprzez wprowadzenie tzw. punktu centralnego, wokół którego skupiać się będzie uwaga wchodzących, jak np. kominek, otoczony fotelami stolik kawowy w salonie albo szemrząca fontanna w ogrodzie.

Zmiana w pięciu krokach

  1. Wybierz maksymalnie trzy kategorie, które najbardziej do ciebie przemawiają, np. obfitość (tapety, warstwy tkanin), wolność (rośliny, huśtawka), harmonia (symetria, grupy podobnych przedmiotów).
  2. Wypisz kategorie dodatkowe, które również chciałbyś zawrzeć we wnętrzu – dlatego, że ci się podobają, albo dlatego, że już je masz, np. okrągły stolik kawowy (zabawa) czy plamy kolorów (energia).
  3. Zastanów się, jak połączyć je w unikatowy, tylko tobie właściwy sposób. Spróbuj wypisać około pięciu pomysłów, np. tapeta + motywy roślinne = tapeta z motywem dżungli; plamy kolorów + huśtawka = huśtawka pomalowana na jaskrawą czerwień.
  4. Z wypisanych kombinacji spróbuj wyciągnąć wspólne hasło – łączący je temat, który określisz jednym lub dwoma zdaniami, np. „Radość w dżungli”.
  5. Sporządź listę przedmiotów, które musisz dodać do wnętrza – wypisz, co musisz w nim zmienić, aby dostosować je do swojej nowej wizji, oraz co powinno je opuścić.
Więcej w książce: „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria