fbpx

Agnieszka Maciąg – wiecznie młoda

Zmiany w życiu i diecie najlepiej wprowadzić jak najwcześniej, ale zawsze, niezależnie od tego, w jakim wieku jesteśmy, ma to sens. (Fot. Robert Wolański)

Geny to tylko 30 proc. tego, co nas czeka, 70 proc. to nasze wybory – mówi Agnieszka Maciąg. A te wybory to, między innymi, dieta. Jaka? Pisze o tym w swojej najnowszej
książce „Smak wiecznej młodości”.

Naprawdę nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę wyglądać jak 20-latka. Ważna jest wewnętrzna młodość – mówi Agnieszka Maciąg. – Po urodzeniu Helenki zrobiłam badania – wtedy od sześciu lat praktykowałam jogę, zdrowo się odżywiałam, urodziłam dziecko, co powinno wyczerpać organizm – i okazało się, że choć miałam metrykalnie 43 lata, mój wiek biologiczny wynosił 28. Kiedy zaczęłam praktykować jogę, jeździć po świecie, spotykałam 80-latków, którzy – miałam wrażenie – byli młodsi ode mnie. Wszystko jest w głowie. Nie jesteśmy skazani na smutną starość, na choroby.

Co więc robić, żeby zapewnić sobie wieczną młodość? Co jest najważniejsze?

Agnieszka Maciąg uważa, że nie sposób określić tego jednym zdaniem. Bo to kombinacja różnych czynników. Rodzaj alchemii. Na pewno ważna jest dieta, ale to za mało. – Zdrowe odżywianie jest niezmiernie istotne, ale jeśli emocje są w chaosie, żalu czy smutku – to, co jemy, nie wystarczy. Musi być specjalna mikstura: zdrowe myślenie i zdrowe odżywianie. Tak jak należy robić co jakiś czas detoks ciała, tak trzeba też robić detoks duszy. Myślenie wpływa na ciało, nauka to udowodniła.

Detoks duszy powinny wesprzeć ruch i medytacja. – U mnie początkiem była joga, ale nie chodzi o robienie nie wiadomo jakich asan, żeby mieć supermięśnie i sześciopak na brzuchu. To stare podejście do ruchu, siłowe, na zasadzie: „Nie lubię siebie, ale jak będę wyglądać inaczej, to polubię”. Ruch ma być harmonijny, dostosowany do możliwości i potrzeb twojego ciała. Nie forsowny wysiłek za wszelką cenę.

I, oczywiście, dieta. To, co Agnieszka proponuje w swoich książkach, m.in. w najnowszej, „Smak wiecznej młodości”, wydaje się trudne – bo różne od tego, co znamy. Choć ona twierdzi, że to nieprawda. – Ta „inność” jest pozorna. Ja w pewnym sensie wracam do korzeni. Do tego, jak kiedyś jedzono w Polsce. Odkryciem były dla mnie rozmowy z ludźmi urodzonymi na wsi. Mówili o tym, co jedli „od zawsze”. Podstawą były kasze: gryczana, jaglana, jęczmienna. Mięso było dla bogatych, dla biednych – tylko od święta. Jedzono kiszonki – ogórki, kapustę, pito zakwas z buraków. Pieczono pełnoziarnisty chleb na zakwasie. Używano olejów, popularne były oleje konopny czy lniany. W diecie była czarnuszka, która wcale nie jest egzotyczna, jest nasza, to prawdziwy skarb. I siemię lniane – kobiety nie potrzebują sztucznych hormonów, jeśli jadają siemię. Kiedyś dodawano je do chleba, robiono też z niego napój o konsystencji kisielu. Dalej: pestki – dyni, słonecznika. Łuska gryki. Żurawina – kiedyś w każdym ogródku.

Wydaje nam się, że podstawą polskiej kuchni zawsze były ziemniaki. A przecież one przyszły do nas z Ameryki, relatywnie nie tak dawno temu. Podobnie jak warzywa psiankowate: pomidory, bakłażany. I, co ciekawe, dziś w testach nietolerancji pokarmowych często stwierdzana jest właśnie nietolerancja psiankowatych…

– Wróćmy do tego, co było tradycyjnym polskim pożywieniem – mówi Agnieszka. – Do roślin strączkowych. Soczewica, fasola, bób, groch, fasolka szparagowa stanowią doskonałe źródło fitoestrogenów i białka. Powinny się znaleźć na naszych talerzach co najmniej trzy razy w tygodniu. Tymczasem jemy je znacznie rzadziej. W której restauracji zamówimy dziś zupę grochową? Ja wracam do tych przepisów. Groch to nie tylko zupa, to też choćby pyszne piure.

Zawsze myśleliście, że wapń jest w mleku i jego przetworach? Agnieszka Maciąg twierdzi, że królową wapnia jest… natka pietruszki. I inne zielone liście. Rukola, roszponka, jarmuż.

A co z mlekiem? – Tego krowiego unikajmy – radzi Agnieszka Maciąg. Alternatywą może być nabiał kozi lub owczy, ale przede wszystkim roślinny. Bo to rośliny powinny być podstawą naszej diety.

Niesłychanie ważne są też tłuszcze. Agnieszka Maciąg utrzymuje, że nie wolno ich unikać. To częsty błąd, kobiety panicznie boją się tłuszczów. – Ja też się bałam, myślałam: zjem tłuste, będę tłusta. Jest całkiem inaczej. Dobre tłuszcze nam służą. Olej lniany, z pestek dyni, z czarnuszki, ostropestu, konopny. A to, co sprawia, że tyjemy, to cukier. Odkryciem dla mnie było, że nie tylko ten z ciast czy cukierków, lecz także ten z owoców. Odczułam to wyraźnie podczas menopauzy. Absolutnie nie namawiam, żeby z owoców rezygnować, jedzmy je, ale w odpowiednich godzinach, od 11 do 14. Wtedy cukier będzie dobrze metabolizowany – radzi.

Kobiety często zajadają emocje słodyczami: nikt mnie nie kocha, to osłodzę sobie życie. – Tymczasem – uważa Agnieszka – musimy najpierw pokochać siebie. Jeśli nie kocham siebie, to choćby kochał mnie cały świat, ja tego nie usłyszę, nie nakarmię się tą miłością. Kochanie siebie to uszanowanie swojego wewnętrznego głosu, dostrzeżenie tego, co dzieje się w moim ciele, co ono mi mówi. Przyjrzyjmy się temu, co nas buduje, co nam służy, po czym mamy energię, dobrze śpimy. Do tego trzeba nawiązać dobrą relację ze swoim ciałem. Często słyszę od kobiet: moje ciało stało się moim wrogiem. Nie. Ciało nigdy nie jest naszym wrogiem. Ono zawsze jest naszym przyjacielem. Chce się z nami komunikować, my musimy się tylko nauczyć, jak nawiązać z nim kontakt. Ciało daje nam znaki przez ból, przez dyskomfort. Jeśli coś boli, to sygnał, że mamy na coś zwrócić uwagę, zatrzymać się w biegu. Często wtedy, zamiast wsłuchać się w siebie, idziemy do lekarza. Szukamy na zewnątrz zamiast w środku. A odpowiedź często jest w nas, w naszych emocjach. Kiedy je przepracujemy, problem znika, wiele razy tego doświadczyłam.

Zmiany w życiu i diecie najlepiej wprowadzić jak najwcześniej, ale zawsze, niezależnie od tego, w jakim wieku jesteśmy, ma to sens. – Potrzebne są wysiłek i zaangażowanie, żadna wartościowa zmiana nie może się dokonać bez wysiłku. Warto go podjąć – zapewnia Agnieszka.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze