fbpx

Rodzina amiszów w Polsce – jak żyją polscy amisze?

Normalni
Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi.
W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Amisze Normalni ludzie
Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.

„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.

Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Amisze Normalni ludzie
Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita.
– Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Amisze Normalni ludzie
Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

Amisze Normalni ludzie
(Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Amisze Normalni ludzie
Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności. 

Kim są Amisze?
Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze