1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Camargue - harmonia pomiędzy przyrodą a człowiekiem

Camargue - harmonia pomiędzy przyrodą a człowiekiem

Młody kowboj przepędza grupę koni, aby sprowadzić je z powrotem na ranczo. (Fot. iStock)
Młody kowboj przepędza grupę koni, aby sprowadzić je z powrotem na ranczo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 zdjęć
Opowieść o Camargue to historia o tym, że harmonia pomiędzy przyrodą a człowiekiem jest nadal możliwa. Może trwać jak tradycja - żywa mimo mijających wieków. Wszystko to dzięki izolacji, jaką zapewnia ludziom, koniom i bykom pełna rozlewisk i bagien delta Rodanu. 

Stado białych koni pędzi szalonym galopem przez podmokłe łąki. Jasne grzywy rozwiewają się, a błoto lecące spod kopyt zostawia ciemne plamki na siwej sierści. I jakby piękna w tym obrazku było za mało, przed rumakami uciekają spłoszone flamingi, machając różowymi skrzydłami. Uroda natury wokół oszałamia, tak właśnie jest w Camargue, jednym z najdzikszych zakątków Europy. Leży na południu Francji, w ogromnej delcie Rodanu (930 km kw.!). Zanim ta potężna rzeka znajdzie ujście w Morzu Śródziemnym, rozlewa się, tworząc bagna, mokradła, jeziora i podmokłe łąki, poprzecinane splątanymi nitkami starorzeczy.

 Różowy kolor saliny zawdzięczają słonolubnym mikroalgom. Im bardziej zasolona woda, tym kolor różu intensywniejszy. (Fot. Anna Janowska) Różowy kolor saliny zawdzięczają słonolubnym mikroalgom. Im bardziej zasolona woda, tym kolor różu intensywniejszy. (Fot. Anna Janowska)

 Potężna góra soli w salinach w Aigues-Mortes, miejscowości, której nazwa znaczy Martwe Wody. (Fot. Anna Janowska) Potężna góra soli w salinach w Aigues-Mortes, miejscowości, której nazwa znaczy Martwe Wody. (Fot. Anna Janowska)

Człowiek znalazł na te nieprzychylne warunki sposób – na podmokłych ziemiach zaczął uprawiać ryż, a z morskiej wody produkuje sól. Niedostępność i izolacja przysłużyły się też koniom z Camargue – to jedna z nielicznych europejskich ras, która od tysięcy lat zachowała niezmienione cechy. Koniki nie są duże, bo ciężkie zwierzęta nie poradziłyby sobie na rozlewiskach, ale za to dzielne i niesamowicie wytrwałe, a ich kopyta świetnie przystosowały się do wiecznej wilgoci. Zwykło się mówić, że to ostatnie dzikie konie Europy. Choć to nie do końca prawda. Bo konie z Camargue są półdzikie. Większość życia spędzają na wolności, rodząc się i umierając wśród bagien, jednak każdy z nich ma właściciela.

 Kopyta koni z Camargue przez wieki przyzwyczaiły się do błota i wilgoci, dzięki czemu zwierzęta te są idealnie przystosowane do niełatwego życia na rozlewiskach. (Fot. Anna Janowska) Kopyta koni z Camargue przez wieki przyzwyczaiły się do błota i wilgoci, dzięki czemu zwierzęta te są idealnie przystosowane do niełatwego życia na rozlewiskach. (Fot. Anna Janowska)

Najwięcej źrebaków przychodzi na świat właśnie teraz, w maju i w czerwcu. Maluchy są ciemnobrązowe i tylko kilka bielutkich rzęs zdradza, że za cztery, pięć lat ich sierść zmieni kolor i stanie się białosiwa. Gdy źrebaki mają rok, właściciel stada wypala im na zadzie swój znak. I znów puszcza wolno, na pastwiska wśród bagien, zwane manade. Klacze często spędzają na wolności całe życie, a ogiery uczy się chodzić pod siodłem. Doglądają ich kowboje, czyli gardians. Kiedyś byli nimi tylko mężczyźni, dziś jest coraz więcej kowbojek. Potrafią nie tylko spędzić na koniu cały dzień, ale też manewrować zwierzęciem tak, jakby były z nim w symbiozie. Popisy ujeżdżania w wykonaniu gardians uświetniają niemal każde święto w regionie. Te najważniejsze odbywają się na arenie monumentalnego, pochodzącego z czasów rzymskich (z 90 roku naszej ery!) amfiteatru w Arles – miasta nazywanego stolicą Camargue. Tradycja ujeżdżania jest tu powszechną umiejętnością i nawet dzieciaki, które na konia trzeba wsadzić, bo same jeszcze nie dosięgają do strzemion, potrafią zagonić stado do zagrody, zagrać w pełnego nawrotów i nagłych skrętów „końskiego berka” czy dogonić rozbrykanego byczka.

 Typowa prowansalska uliczka w Arles, mieście van Gogha. (Fot. Anna Janowska) Typowa prowansalska uliczka w Arles, mieście van Gogha. (Fot. Anna Janowska)

Kobiety, o ile nie uczestniczą w zawodach, zakładają z okazji świąt tradycyjne jedwabne suknie do ziemi, na ramiona zarzucają cieniutką, ręcznie haftowaną chustę, a na głowie upinają przypominający koronę czepiec. Co trzy lata mieszkanki Arles i okolic biorą udział w konkursie na Królową (Reine d’Arles), której głównym atutem jest nie tyle uroda, ile znajomość języka prowansalskiego i lokalnych tradycji oraz umiejętność jazdy konno.

 Tradycyjne stroje i białe konie to obowiązkowy element każdego święta w Camargue. (Fot. Anna Janowska) Tradycyjne stroje i białe konie to obowiązkowy element każdego święta w Camargue. (Fot. Anna Janowska)

 Kowboj z Camargue i obecna Królowa Arles. (Fot. Anna Janowska) Kowboj z Camargue i obecna Królowa Arles. (Fot. Anna Janowska)

Gardians poza stadami białych koni doglądają też czarnych jak smoła byków Raço di Biòu, których żyje tu ponad 12 tys. O tej rasie rodem z Camargue wspominały już kroniki w starożytnym Rzymie. Na rozlewiskach wszyscy wiedzą, że do byka, który waży dobre 400 kilogramów, rogi ma potężne i ostre, a w krwi zapisaną waleczność, lepiej nie podchodzić pieszo. Bo gdy byk widzi człowieka idącego na własnych nogach, od razu pochyla głowę i rusza do ataku. Ale gdy ten sam człowiek jedzie na białym koniu, to już zupełnie co innego. W końcu i koń, i byk są stąd. Tym sposobem gardians mogą przegnać stado najgroźniejszych zwierząt z jednego pastwiska na drugie lub oddzielić od stada najsłabsze sztuki, z których – nie ukrywajmy – będzie mięso na kiełbasę i gulasz. A byki najbardziej waleczne zapiszą się w historii, zdobywając sławę na arenach. I nie ma co odwracać głowy, bo nawet walka z bykiem ma w Camargue wymiar zgodny z naturą. Zwierzęciu nie wbija się w kark ostrzy ani go nie zabija, tylko… wiąże mu się kokardki na rogach. A dokładniej przyczepia czerwoną na czole i po białej na każdym rogu, oplecionym dodatkowo zwojami nici. Fanty mają wartość – najcenniejsze są te na porożu, bo je najtrudniej zerwać. Ubrani na biało piechurzy, nazywani raseteur (słowo pochodzi od przypominającego skrzyżowanie grzebienia z maszynką do golenia przyrządu, który trzymają w dłoni), mają podejść, a raczej podbiec do byka i zerwać mu z rogów kokardy i nitki. I byk, i „matadorzy” szkolą się do udziału w zawodach course camarguaise przez lata. Chłopcy zaczynają jako wyrostki w szkole sportowej (bo to tutaj sport jak każdy inny), a byk jako wyrośnięty cielak, gdy końce niewielkich jeszcze rogów ma zaklejone ochronną taśmą.

 W tradycyjnych zawodach zwanych course camarguaise nie chodzi o to, by złapać byka za rogi, ale by zerwać zawiązaną na nim kokardę. Zmagania człowieka ze zwierzęciem można oglądać na arenach Camargue przez całe lato. (Fot. Anna Janowska) W tradycyjnych zawodach zwanych course camarguaise nie chodzi o to, by złapać byka za rogi, ale by zerwać zawiązaną na nim kokardę. Zmagania człowieka ze zwierzęciem można oglądać na arenach Camargue przez całe lato. (Fot. Anna Janowska)

Jak opowiada mi Guillaume Linsolas, uznany gardian i hodowca z Manade des Baumelles, niektóre byki mają szczególną smykałkę do walki – szybko uczą się sprytnych sposobów na przechytrzenie człowieka. Takie zwierzęta zachodzą daleko. Jak byk Garlan, który dorobił się strony w Wikipedii i pomnika przed areną w Saintes-Maries-de-la-Mer. Zasłynął tym, że potrafił robić niespodziewane uniki w pełnym pędzie. Co więcej, nie zaczynał skrętu tak, jak mają to w zwyczaju inne byki, czyli od przekręcenia głowy, ale od fikuśnego manewru nogami. Dzięki temu aż trzy razy wygrał najważniejsze zawody Cocarde d’Or, nie dając sobie zerwać ani jednej kokardy z rogów. Bo zawody w Nîmes może wygrać też byk, nie tylko człowiek. Dziś Garlan na emeryturze pasie się w stadzie innych walecznych zwierząt. Legendy mają prawo do spokojnej starości, a po śmierci są chowane w grobie, z głową skierowana w kierunku morza i dalekiej Andaluzji, skąd najprawdopodobniej przybyli tu ich przodkowie.

 Brama słynnej areny w Saintes-Maries-de-la-Mer. (Fot. Anna Janowska) Brama słynnej areny w Saintes-Maries-de-la-Mer. (Fot. Anna Janowska)

Plecami do wiatru stoją za to maleńkie domki o bielonych ścianach i dachach krytych trzciną, w których kiedyś mieszkali gardians. Drzwi mają zawsze od zawietrznej. Dziś można w takim domku – w wersji luksusowej i z łazienką – zamieszkać w Auberge Cavalière. Widać z nich niewielką rzeczkę, za którą na manade pasą się białe konie. Ich rżenie to pierwszy dźwięk, jaki słychać po przebudzeniu. Są oswojone, przyzwyczajone do siodła, więc nawet początkujący mogą – noga za nogą – ruszyć na ich grzbiecie przez rozlewiska.

 Elegancka wersja tradycyjnych domków kowboi z Camargue, czyli czterogwiazdkowa Auberge Cavalière. (Fot. Anna Janowska) Elegancka wersja tradycyjnych domków kowboi z Camargue, czyli czterogwiazdkowa Auberge Cavalière. (Fot. Anna Janowska)

Jak mawia tutejsze porzekadło, by odkryć Camargue, potrzeba oczu, serca i białego konia.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze