fbpx

Chiny – jak się żyje za Wielkim Murem? Rozmowa z autorką książki „Socjalizm jest piękny…”

Chiny - jak się żyje za Wielkim Murem? Rozmowa z autorka książki „Socjalizm jest piękny...”
Kobiety pracujące w fabryce sukna, prowincja Anhui, wschodnie Chiny (październik 2015). Fot. East News

Od czasu, gdy sama byłam dzieckiem, w Chinach zaszło wiele dramatycznych zmian. Kiedyś gdy kobieta brała ślub, to robiono jej test dziewictwa. Dziś tego nie ma. Twoje ciało to twoja sprawa. Wielu ludzi wciąż czuje, że żyje w klatce, ale ta klatka na tyle urosła, że jak nie masz większych oczekiwań, możesz w niej żyć – mówi Lijia Zhang,
znana chińska dziennikarka i pisarka, autorka książki „Socjalizm jest piękny…”.

Pani wpis na Skypie sugeruje, że wyprowadziła się pani z Pekinu. To prawda?
Tak, zdecydowałam się na taki poważny krok w zeszłym roku, mieszkam teraz w Londynie. Moje dzieci studiują w Wielkiej Brytanii i chcę być bliżej nich. Poza tym jestem naprawdę zmartwiona tym, co dzieje się w Chinach, przede wszystkim próbami zwiększania kontroli nad społeczeństwem, także w Hongkongu. Ale jeżdżę do Chin dość często, moja rodzina wciąż tam jest.

Urodziła się pani w Nankinie, dorastała w wiosce w strefie ekonomicznej. Gdy miała pani 16 lat, matka kazała pani przerwać naukę w szkole i pójść do pracy w fabryce. To był początek lat 80. Zdawałoby się – koniec marzeń o byciu pisarką. Ale nie poddała się pani: chodziła na kursy doszkalające, czytała literaturę i sama zaczęła uczyć się języka angielskiego. Skąd motywacja, by odmienić swój los?
Moje parcie do wiedzy mnie wyróżniało, ludzie śmiali się ze mnie. Wtedy nauka obcego języka wymagała odwagi, nie było to mile widziane. W kulturze chińskiej dominuje silny konformizm, ludzie chcą być jak inni, boją się wyróżniać. Gdy pod koniec mojej pracy w fabryce znałam już angielski, traktowano mnie jak kogoś, kto nie pasuje do reszty, obrażano, wymyślano różne przezwiska.

Jakie?
Na przykład nazywano czarną owcą albo żabą, której marzy się zjedzenie łabędziego mięsa. Po chińsku moja książka nosi zresztą tytuł „Żaba w studni”, co pochodzi od przysłowia o żabie w pułapce. Dla mnie to opowieść o wyjściu z tej fabrycznej pułapki, przysłowiowej studni, o podróży żaby.

Pani nawet wygląda inaczej.
No tak, moje kręcone włosy – urodziłam się z takimi. Ale właśnie z ich powodu nie dostałam awansu, bo mój przełożony uważał, że kręcę je na amerykańską modłę, i postanowił mnie ukarać. Było mi ciężko, ale tym bardziej starałam się robić swoje.

Chiny - jak się żyje za Wielkim Murem? Rozmowa z autorka książki „Socjalizm jest piękny...”
Zhang Lijia (Fot. Krzysztof-Gackowski)

Można powiedzieć, że język angielski odmienił pani życie.
Był dla mnie jak bilet, który pozwolił wyrwać się z fabryki. Zupełnie zafiksowałam się na jego punkcie, śpiewałam piosenki albo mówiłam do siebie po angielsku. Pochłaniałam angielską literaturę. I ten język mnie zmienił. Zrozumiałam, że nie mogę z siebie rezygnować, że mam prawo sięgać po więcej. To zupełnie inna postawa wobec świata, niż mnie pierwotnie uczono. Język poszerzył też moje horyzonty, zaczęłam słuchać BBC i orientować się, co się dzieje na świecie. Było to możliwe, bo moja młodość przypadła na lata 80., a to był czas ogromnej nadziei w Chinach. Rząd mówił o politycznych reformach, wszyscy mieliśmy ogromne oczekiwania, byliśmy podekscytowani zmianami. Dopiero po 1989 roku okazało się, że to droga donikąd, że nic się polityczne nie zmieni. Ale wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak ważny był to czas. Dlatego „Socjalizm jest piękny. Wspomnienia robotnicy z czasów nowych Chin” to nie tylko osobista podróż, ale ważna lekcja historii, jakiej się nauczyliśmy w kraju w trakcie przemian.

Z książki wynika, że przygoda z angielskim zaczęła się już w szkole.
Pierwsze lekcje miałam w szkole, ale musiałam zrezygnować z nauki, by iść do fabryki. Na początku lat 80. Chiny zaczęły otwierać się na świat, na inne gospodarki, w kraju pojawiły się zagraniczne firmy, pierwsze zagraniczne sklepy. I ci ludzie mówili w tym języku, więc uznałam, że nauka angielskiego to pragmatyczna decyzja, przyszłościowa. Myślałam, że może uda mi się zdobyć pracę tłumacza i wyrwać się z fabryki, której nienawidziłam. Im więcej się uczyłam, tym więcej zyskiwałam. Ktoś mądry powiedział, że gdy dostajesz nowy język, to dostajesz nową duszę. Kiedy mówię i piszę po angielsku, mam wrażenie, że robię to jako inna osoba.

Co ma pani na myśli?
Na przykład gdybym w tej książce napisała o seksie po chińsku, to sceny miłosne musiałyby być mniej szczegółowe. To kwestia myślenia danym językiem. Ale też gdy piszę po angielsku, czuję wolność. Nie chodzi tylko o inne znaczenie słów, większe przyzwolenie społeczne na poruszanie kwestii obyczajowych, lecz także o to, że w Chinach wciąż obowiązuje cenzura. Rok po tym, jak wyjechałam do Wielkiej Brytanii na początku lat 90., zostałam zaproszona przez chińskie wydawnictwo do napisania książki o zachodnim wizerunku Chin. Zrobiłam dokładny research i napisałam książkę, ale nigdy nie ukazała się w Chinach, bo nie przeszła cenzury. Obraz Chin uznano za zbyt negatywny. Napisałam ją drugi raz – po angielsku. Tak odkryłam wolność od politycznej cenzury, ale także wolność nowego języka.

Wyjechała pani z Chin, ale wróciła do nich jeszcze w latach 90. i mieszkała przez niemal 30 lat.
Kocham Chiny, chciałam zrealizować moje marzenie, żeby tam mieszkać, ale pracować po angielsku jako korespondentka. Nie chciałam uciekać ze swojego kraju, tylko żyć w nim na swoich warunkach.

Udało się? Podobno pani książki są zatrzymywane na chińskiej granicy, nie wpuszcza się ich do kraju…
Rzeczywiście, raz zamówiłam nawet kilka kopii po angielsku, bo moje książki nie wychodzą w Chinach, ale zostały zatrzymane na granicy z informacją, że zawierają obraźliwe informacje, szkodliwe dla Chińskiej Republiki Ludowej. Ale nie jestem dysydentką. Uważam się za patriotkę i jeśli krytykuję Chiny, to dlatego, że chcę, żeby były coraz lepsze. Na razie nie miałam większych problemów z władzami. Gdy po raz pierwszy chciałam wyjechać do Wielkiej Brytanii, potrzebowałam na to zgody mojej fabryki jako dowodu, że jestem ideologicznie czysta na tyle, że mogę wyjechać z kraju. Oczywiście, nie dali mi jej, ale moja siostra, która pracuje dla rządu, załatwiła mi wówczas taki papier. Do tej pory śmieje się, że bez jej pomocy zgniłabym w fabryce [śmiech].

Jak to więc jest z cenzurą, istnieje margines swobody?
Gdy pisze się w rodzimym języku, kontrola i cenzura są większe. Ja jestem w pewnym sensie uprzywilejowana – piszę głównie dla międzynarodowych tytułów, więc cenzura mnie omija. Za to na przykład mój znajomy pracuje dla jednej z pekińskich gazet. Oni codziennie otrzymują listę poleceń od władz, o czym pisać, a o czym nie. W dniu, w którym go odwiedziłam w redakcji, akurat pewien mężczyzna popełnił samobójstwo, bo wyrzucono go z pracy. Od razu zakazano o tym pisać, bo uznano to za zły przykład dla publicznego morale.

A jakie były Chiny w latach 80.?
Och, to był bardzo ciekawy czas. Na przykład kobiety zaczęły nosić stylowe sukienki i szminkę na ustach. Pamiętam, jak jeden amerykański dziennikarz skomentował, że po reformach Deng Xiaopinga [przeprowadzonych w 1978 roku – przyp. red.] kobiety nagle zaczęły mieć piersi [śmiech]. Ale lata 80. to także czas intelektualnego fermentu, po raz pierwszy wiele zagranicznych książek zostało przetłumaczonych na chiński. Wie pani, dla nas kultura zaczęła się w latach 80., sztuka współczesna miała twarz Andy’ego Warhola, artyści zaczęli interpretować historię, po raz pierwszy przetłumaczono książki Virginii Woolf. Jakim odkryciem był koncept strumienia świadomości! Zmieniła się także poezja. Trzeba pamiętać, że przez wiele lat była częścią propagandy i nagle można było przeczytać o uczuciach, przyrodzie, relacji z drugą osobą. Odbywały się spotkania, na których rozmawialiśmy o polityce, o naszej tożsamości, o tym, czego możemy się nauczyć od Zachodu. Myślę, że strajk w naszej fabryce – brałam udział w jego zorganizowaniu – w 1989 roku, na chwilę przed wydarzeniami na placu Tiananmen, to była kulminacja tego ruchu, zmiany myślenia. Chciałam być patriotką, dlatego to zrobiłam.

A jakie są Chiny dziś?
Dziś Chińczycy nie są tacy idealistyczni, nie czytają książek, no, chyba że poradniki w stylu, jak zostać milionerem albo zdobyć bogatego męża [śmiech]. Kraj zrobił się bardzo skomercjalizowany, rządzą kapitalizm, rynek, myślenie biznesem.

Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że nie będzie drugiego 1989 roku, bo chińskie elity intelektualne są zbyt zadowolone, ludziom dobrze się żyje, więc nie mają powodów do protestów. Tak właśnie jest?
Widzę spore niezadowolenie, intelektualiści chińscy są aktywni, ale jednocześnie nikt nie chce stracić tego, co ma, więc mało kto ma odwagę, by robić rzeczy, które zakołyszą jego łódką. Ale są organizowane protesty, na przykład te związane z zanieczyszczeniem środowiska, choć nie można porównać ich siły do 1989 roku. Kontrola społeczeństwa wciąż jest bardzo duża, za to panuje znacznie większa wolność osobista. Można podróżować za granicę, nikt nie interesuje się cudzym życiem prywatnym. Za moich czasów, gdy kobieta brała ślub, to gruntownie sprawdzano jej mieszkanie i robiono jej test dziewictwa. A w fabryce trzeba było zgłosić się do kadrowej i poinformować o okresie. Dziś tego nie ma. Twoje ciało to twoja sprawa. Wielu ludzi czuje, że żyje w klatce, ale ta klatka na tyle urosła, że jak nie masz większych oczekiwań, możesz w niej żyć.

Jest pani feministką?
W 1995 roku dołączyłam do pierwszej feministycznej grupy, która powstała w Chinach. Rok wcześniej Chiny zorganizowały w Pekinie Czwartą Światową Konferencję w sprawie Kobiet (The Fourth World Conference on Women – FWCW). Hillary Clinton powiedziała wówczas, że prawa kobiet to prawa człowieka. To był bardzo ważny moment. W tym czasie pracowałam jako tłumaczka dla australijskiej organizacji ABC i naprawdę nie miałam pojęcia, jak przetłumaczyć gender. Po chińsku to jest płeć społeczna. I od tamtej pory gender stał się centrum moich zainteresowań. W 2014 roku skończyłam studia w pierwszej w Chinach szkole feministycznej.

To kiedy zaczął się feminizm w Chinach?
Hm, na pewno w 2012 roku zaczął się feministyczny aktywizm. Dokładnie 14 lutego, w Dzień św. Walentego, trzy kobiety, moje znajome, założyły zalane sztuczną krwią suknie ślubne i wyszły na ulice protestować przeciwko przemocy domowej. W 2015 roku z kolei pojawiła się tzw. feministyczna piątka – pięć kobiet zostało aresztowanych w Międzynarodowy Dzień Kobiet z powodu protestu przeciwko molestowaniu seksualnemu w transporcie publicznym. Wypuszczono je z aresztu po 37 dniach. Ale kobiety wciąż szukają sposobów, by protestować, zaczynają mówić otwarcie o molestowaniu seksualnym także na uczelniach. Niestety, ruch #MeToo jest mały, reprezentowany przez wykształcone kobiety z dużych miast.

Ma pani poczucie, że inaczej wychowuje swoje córki, niż sama była wychowywana?
Od czasu, gdy byłam dzieckiem, zaszło tyle dramatycznych zmian! Moja matka całe życie mieszkała we wsi, gdzie dorastałam, ma niewielu przyjaciół, ma telefon, ale go nie używa. Tylko ja do niej dzwonię. Zabrałam ją na dwie wycieczki zagraniczne, ale nie wie, gdzie leży Anglia, w której mieszkam. Muszę przyznać, że kiedy zostałam matką, zrozumiałam i doceniłam ją bardziej. Wiem, że było jej trudno. Gdy urodziła swoje dzieci, musiała szybko wrócić do pracy, nie mogła się nami opiekować, gdy byliśmy mali. Moje dzieci są w połowie brytyjskie i przez to mają więcej wolności i więcej możliwości wyboru. Szczerze, to życzę im, żeby trochę więcej cierpiały w życiu [śmiech]. Ja cierpiałam i wydaje mi się, że uczyniło mnie to bardziej odporną. Życie nie jest usłane różami, to walka o siebie i o innych.

Pani mówi o sobie, że sporo wycierpiała, także pani mama nie miała lekko, a historię swojej babci opisała pani w pierwszej powieści „Lotus”, która opowiada o życiu byłej prostytutki.
Tę książkę napisałam właśnie dla babci. Historia dzieje się w Shenzhen, mieście znanym jako centrum przemysłu seksualnego. Moja babcia bardzo wcześnie została sierotą i jeszcze jako nastolatkę sprzedano ją do burdelu, gdzie pracowała przez dziesięć lat. Tam zauważył ją mój dziadek i zabrał ją stamtąd. W 1949 roku, kiedy władzę przejęła partia komunistyczna, wprowadzono zasadę, że mężczyzna może mieć tylko jedną żonę. I mój dziadek postanowił zostać właśnie z babcią. Ta historia bardzo dobrze ilustruje zmiany w Chinach. A mnie od zawsze interesują ludzie na marginesie społeczeństwa, tacy, którym nikt nic nie dał, którzy muszą walczyć o siebie, o swoje życie. Pewnie dlatego, że sama pochodzę z biednej rodziny. Historie takich osób są według mnie ważne w dyskusji o prawdzie historycznej. Tym ważniejsze, że takim ludziom rzadko daje się głos.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>