Czego uczy nas historia?

fot. iStock

Wracając do kwestii miłości, dziś w związek możemy wchodzić z różnych powodów.

Możemy się pobrać z wielkiej namiętności albo dlatego, że mamy podobny status społeczny czy żeby nie być samym. Poza tym dziś można w ogóle wybrać, czy się wyjdzie, czy nie wyjdzie za mąż. I to jest ogromna różnica! Co prawda kiedyś niezamężne kobiety nie były wcale taką rzadkością. Z racji większej śmiertelności mężczyzn w czasach wojen, ale też ze względów ekonomicznych – bo żeby wyjść za mąż, trzeba było wnieść posag – występowała „nadprodukcja” kobiet. Do pewnego momentu wchłaniały tę nadwyżkę klasztory, ale nie całą, bo też wolały przyjmować podopieczne z choćby niewielkim majątkiem. Zwykłe, ubogie wieśniaczki miały przed sobą jedną perspektywę – służbę w mieście. No, mogły jeszcze żebrać, kraść albo zostać prostytutkami. W czasach późnośredniowiecznych służyły przeważnie kobiety, bo to było kiepsko płatne i parszywe zajęcie. I nie dawało szansy na założenie rodziny.

Można by rzec: ówczesne singielki!

Tyle że tamte singielki nie decydowały o swoim losie. Bardzo dużo zmieniło się w kwestii tego, czym jest bycie kobietą niezamężną kiedyś i dziś. W ogóle dawniej człowiek rodził się do określonego losu i jak się przeciwko temu buntował, to zwykle było mu bardzo ciężko. Teraz wprawdzie też dostajemy bardzo różne punkty startowe od losu – kapitał społeczny rodziny nadal istnieje i ogromnym kłamstwem jest mówienie dzieciom, że mogą wszystko – ale i tak strefa wolności jest teraz większa niż kiedyś. I to niektórych przeraża.

Kiedy marzymy o małżeństwach trwających aż do śmierci, to tak naprawdę marzymy o świecie, w którym pewne rzeczy były stałe. Dziś los nie jest zapisany w gwiazdach, rodzice nie podejmują za nas decyzji i nie bardzo jest kogo przeklinać, jak życie nam się nie układa.

Dziś to my tworzymy swoją historię.

Tak, i walczmy o to, by ta wielka historia nas nie pomijała. Zwykle historia mężczyzn i kobiet bywa inna, nasze doświadczenie przeszłości też jest inne. Natomiast są granice wyparcia kobiet z historii. Zwykle widzimy je tylko wtedy, gdy pojawiają się w męskich rolach – jako królowe, przywódczynie czy Joanny d’Arc. Ale to są wyjątki, znakomita większość kobiet żyła zupełnie inaczej, miała odmienną opowieść, zamkniętą w kręgu domu, gospodarstwa, kościoła. Nie zabierały głosu w parlamencie, nie wygłaszały kazań i nie pisały naukowych traktatów. Ale żyły, dbały o rodziny, gospodarowały, wychowywały następne pokolenia i czasami zastępowały mężów.

W pani książce to kobiety opowiadają historię Polski.

„Córki Wawelu” wyrosły z irytacji książką „Ostatnia z rodu: opowieść o Annie Jagiellonce” Pawła Jasienicy. Tam jest taki wstęp, oczywiście trochę go sparafrazuję, że niewiele wiemy o dzieciństwie Anny Jagiellonki, ale nie zajmujmy się duperelami, tylko tym, co było ważne… i tu następuje kilkadziesiąt stron historii politycznej Korony. No naprawdę! Przecież Jagiellonka nie narodziła się jak Afrodyta z piany morskiej w chwili, gdy została dziedziczką państwa polskiego. Coś się przecież wydarzyło wcześniej, jakiś ślad pozostał, chociażby w rachunkach królewskich, można się nad tym pozastanawiać. Takie podejście unieważnia nie tylko Annę Jagiellonkę, ale nas wszystkie, bo to oznacza, że ani mnie, ani pani w historii nie ma, a chyba powinnyśmy być, prawda?

Anna Brzezińska, pisarka, historyczka, mediewistka, autorka powieści i opowiadań, współpracowniczka „Polityki” i felietonistka „Wysokich Obcasów Extra”, w 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jej powieść „Córki Wawelu” o jagiellońskich królewnach

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »