fbpx

Czego uczy życie na farmie? Rozmowa z Johnem Chesterem

Czego uczy życie na farmie? Rozmowa z Johnem Chesterem
Czego uczy życie na farmie? Pytamy Johna Chestera (fot. materiały prasowe)

Osiem lat zmagał się z siłami natury, których nie rozumiał, aż wreszcie pozwolił jej robić swoje. Dziś John Chester (razem z żoną Molly) jest szczęśliwym właścicielem farmy, która produkuje żywność metodami tradycyjnymi i… innym człowiekiem. Nam opowiada o nauce pokory, cierpliwości, współdziałania i szacunku dla ziemi.

Zawsze jestem pod wrażeniem, gdy słyszę, że ktoś, kto mieszka w mieście decyduje się nie tylko przenieść na wieś, ale jeszcze kupuje wielką farmę i zamienia się w rolnika. Myślę, że dla wielu mieszczuchów wasza decyzja to jak podróż na inną planetę.
Odkąd się poznaliśmy, marzyliśmy z żoną, że kiedyś to zrobimy, ale brakowało nam odwagi. Potem w naszym życiu pojawił się pies. Sąsiedzi narzekali, że szczeka, a właściciel mieszkania postawił ultimatum: albo pozbywamy się psa, albo nas eksmituje. No to wyprowadziliśmy się na wieś. Dla naszego psa (śmiech). Ale prawda jest też taka, że chcieliśmy z Molly prowadzić życie, które ma sens i znaczenie. A to oznacza, że w pewnym momencie trzeba podjąć decyzję, określić się. Oczywiście we wszystkim można doszukiwać się sensu i dopowiadać sobie znaczenie, ale mądre życie buduje się na poszukiwaniu czegoś głębszego. Zawsze byliśmy bardzo ciekawi tego, jak działa natura, a z drugiej strony – kochamy jeść i marzyliśmy o tym, by móc samemu produkować żywność, ale w sposób, który odżywi ziemię. Nie wiedzieliśmy, czy to jest możliwe, i to pytanie nas fascynowało. W końcu postanowiliśmy sprawdzić, czy można – nie burząc ładu w naturze – produkować zdrowe jedzenie i przy okazji zaprowadzać ład w nas samych.

Jednak przeprowadzka na farmę nie sprowadza się jedynie do kwestii tego, gdzie posadzę roślinki, ale czy udźwignę taki projekt finansowo, czy będę mieć z czego żyć, czy nie zawiodę tego płachetka ziemi, siebie i pracowników. Boimy się takich wyzwań.
Zgadzam się z tobą, to może przerażać. Ale uważam, że jeśli chcesz zbudować wartościowe życie, musisz zaryzykować. Myślę, że ci, którzy są wystarczająco odważni, by zmierzyć się ze swoimi lękami, wiodą maksymalnie spełnione, wynagradzające życie. Kiedy się boimy, najłatwiej zawrócić i czegoś nie zrobić. Jednak moim zdaniem o wiele lepszym antidotum na strach jest ciekawość. Na farmie lubimy mówić, że ważniejsze niż rozwiązanie problemu jest zrozumienie, dlaczego ten problem w ogóle istnieje. A istnieje, bo ma jakiś cel. Może ci się to nie podobać, ale jeśli go zrozumiesz, to wzbudzisz w sobie szacunek do niego, może nawet zmienisz podejście. Na pewno nie uda ci się to, jeśli będziesz ciągle powtarzać: „Jak to naprawić?”. Trzeba spojrzeć na całe zło w życiu jak na coś, co czemuś służy. Zanim spróbujemy to unicestwić, postarajmy się dowiedzieć, dlaczego w ogóle zaistniało.

Czy ta filozofia rosła z wami na farmie, czy od zawsze to wiedzieliście?
To w nas dojrzewało stopniowo. Dziś myślę, że pokora i wrażliwość to dwa składniki potrzebne każdemu związkowi, by przetrwał. Wspólnie z żoną uczymy się, jak radzić sobie z trudnościami na farmie, ale tę wiedzę przekładamy też na relacje z innymi. Jeśli możemy podejść do każdego problemu z pokorą i wrażliwością, to nasze szanse na przetrwanie i pokonanie największych przeciwności w komunikacji rosną. Próbowaliśmy walczyć z naturą. Dopiero kiedy przyznaliśmy, że nie wiemy, jak ona działa, i nie wiemy, jak ją „naprawić”, zaczęliśmy się w nią wsłuchiwać i uczyć od niej. Zawsze powtarzam, że praca nad problemem zaczyna się od obserwacji. Potem przychodzi czas na kreatywność i podejmowanie prób, a potem znów wraca się do obserwacji.

Udało się wam znaleźć inwestora, zaczęliście szukać ziemi. Jakie były wasze największe obawy?
Że jesteśmy oszustami i ludzie szybko się o tym przekonają.

Słucham?!
Wiem, jak to brzmi. Ale gdy okazało się, że otrzymamy wsparcie inwestycyjne, to włączył nam się syndrom oszusta, czyli następujące przekonanie: „Jestem oszustem, sam nie wierzę w to, że mi uwierzono”. To, że ktoś w ciebie wierzy i daje ci pieniądze na przedsięwzięcie, wcale nie czyni go łatwiejszym, bo teraz martwisz się, że zawiedziesz nie tylko siebie, ale i tę osobę, że spotka cię upokorzenie i już nikt ci więcej nie zaufa. Bycie osobą, w którą się wierzy, jest dużo bardziej przerażające niż bycie kimś, komu nikt nie ufa (śmiech). Długo zastanawialiśmy się, czy nie jesteśmy po prostu dobrzy we wmawianiu ludziom, że potrafimy stworzyć gospodarstwo, gdzie uprawia się żywność metodami tradycyjnymi, bez chemii i sztucznych nawozów. Molly była dużo bardziej optymistycznie nastawiona do projektu, ja oczywiście miałem nadzieję, że się uda, ale nie chciałem też się oszukiwać. Byliśmy kompletnie zieloni w tym temacie. To było ekscytujące, ale i przerażające, a taka kombinacja sprawia, że czujesz, że żyjesz.

Czego uczy życie na farmie? Rozmowa z Johnem Chesterem
John Chester (fot. materiały prasowe)

Od początku wiedzieliście, że to będzie ciężki kawałek chleba?
Nie wiedzieliśmy, jak bardzo jest źle, że ziemia na farmie jest zniszczona i wyjałowiona – dopóki jej nie kupiliśmy i nie zaczęliśmy na niej pracować. Ale myślę, że kiedy się zaczyna nowy projekt, to lepiej nie wiedzieć, jak będzie ciężko. Wówczas pewnie byśmy zrezygnowali. Powiedz sama, ale szczerze, gdybyś wiedziała, jak trudne będzie małżeństwo albo macierzyństwo, to czy byś się na nie zdecydowała? No właśnie! Najważniejsza jest wiara, że twój wysiłek jest tego wart i że przezwyciężysz wszelkie trudności, żeby osiągnąć sukces. Bo ta szalona przygoda, ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami, jest tego warta.

Co było wtedy, na pierwszym etapie, najtrudniejsze?
Odbudowanie gleby. Mieliśmy co prawda mentora, który nas wiele nauczył, ale zmarł półtora roku po tym, jak rozpoczęliśmy współpracę. Minęły trzy lata, zanim zaczęliśmy zauważać różnicę w wyglądzie ziemi. Posadziliśmy rośliny przyziemne, by zregenerować ziemię i przywrócić ją do życia, ale, co ciekawe, przyniosło nam to mnóstwo problemów, bo okazało się, że otworzyliśmy puszkę Pandory. Pojawiły się szkodniki i pasożyty, nachodziły nas kojoty. To dlatego ludzie unikają upraw ekologicznych i wybierają chemikalia, bo nie chcą tych wszystkich problemów, nie chcą walki z wiatrakami, wiecznego naprawiania szkód i ratowania upraw. Szybko więc przekonaliśmy się, dlaczego ludzie częściej nie uprawiają ziemi, ale już odkrycie, jakie możliwości kryją się za tradycyjnymi metodami, zajęło nam pięć lat.

Mieliście myśli, żeby jednak dać sobie spokój i rzucić cały ten projekt?
Molly chyba nigdy nie brała tego pod uwagę, ale ja miałem takie momenty – czułem, że lada chwila się poddamy i nas stamtąd wyrzucą. Widziałem, że coś nie działa, że nie mamy już siły na taką pracę i na walkę z przeciwnościami. Ale prawda jest taka, że cokolwiek myślisz, nie przestajesz być odpowiedzialny za rośliny i zwierzęta, które sprowadziłeś na farmę. Budzisz się każdego dnia, patrzysz na nie i wiesz, że nie możesz ich zostawić. To trochę jak z rodzicielstwem, masz dość, ale nic na to nie poradzisz, musisz to dalej ciągnąć. Poza tym kochasz to dziecko – a ziemia jest jak dziecko – i wiesz, że bez ciebie nie przetrwa, więc decydujesz się spróbować jeszcze ostatni raz… I wtedy zwykle dzieje się coś, nic dużego, ale znaczącego na tyle, że daje ci siłę, byś próbował dalej, więc się nie poddajesz. Wiedzieliśmy, że nie odejdziemy, że najwyżej stanie się coś, co albo sprawi,
że nas wyrzucą, albo samo nas wykończy (śmiech).

To musiało być dla was wyczerpujące psychicznie.
Ten nieustanny trud i wysiłek kilka razy niemal zniszczył nasz związek. W pewnym momencie poszliśmy na terapię, bo wciąż ze sobą walczyliśmy o różne rzeczy, a żadne z nas nie wiedziało, jakie rozwiązanie będzie najlepsze. Terapia pozwoliła nam poprawić komunikację między sobą, ale też spokojniej podchodzić do codziennych problemów. Czułem ogromną presję dotyczącą utrzymania związku. To był wielki ciężar.

W dodatku byliście otoczeni wciąż przez innych ludzi, pracowników, wolontariuszy, którzy czekali na wytyczne. Trudno kłócić się przy innych.
Tak, to było upokarzające, często byliśmy sobą zawstydzeni, no i totalnie wystawieni na ocenę innych. Ludzie przyjeżdżali, żeby się od nas uczyć, a my nie wiedzieliśmy, co mamy im powiedzieć, sami się przecież uczyliśmy. Mieliśmy w sobie jedynie wiarę i pewność w to, że to się da zrobić.

Oglądając twój dokument „Nasze miejsce na ziemi”, byłam zaskoczona, jak wielu młodych ludzi chciało i nadal chce wam pomagać. Widzą w tym sens.
To prawda, w dodatku ci młodzi czasem wiedzieli więcej niż doświadczeni farmerzy. Nie mieli doświadczenia w pracy na farmie, ale rekompensowali to ogromną wiedzą, pasją i zrozumieniem gleby oraz rolnictwa regeneracyjnego. Zauważ, że nie używam pojęcia „rolnictwo zrównoważone”, tylko „regeneracyjne”.

Dlaczego?
Bo „zrównoważony” nic nie znaczy, wielu ludzi nadużywa tego słowa, stało się wytrychem na potrzeby różnych korporacyjnych kampanii, za którymi nie idzie żadna wartość. To nic nie daje ziemi. Przez ostatnie 260 lat, od rewolucji przemysłowej, nasza planeta była zmieniana przez ekstensywne formy rolnictwa. Wyciągamy z niej więcej, niż oddajemy, do tego stopnia niszczymy jej zasoby, że nie jesteśmy już w stanie uprawiać roślin w naturalny sposób. W rezultacie nasze pożywienie nie tylko jest niesmaczne, lecz także ubogie w składniki odżywcze. A jedyny sposób, by uprawiać zdrową, bogatą w te składniki żywność, to regenerować glebę. I właśnie takie rolnictwo uprawiamy, nazywamy je biodynamicznym.

Czego uczy życie na farmie? Rozmowa z Johnem Chesterem
John Chester (fot. materiały prasowe)

Jakie były reakcje otoczenia na i tych, którzy przyjeżdżali zobaczyć, co wyprawiacie na swojej farmie?
Niektórzy mieli nas za wariatów, co nie było specjalnie wspierające. Kiedy robisz coś nowego, ludzie reagują na dwa sposoby: albo są zaciekawieni i zainspirowani, i wtedy cię wspierają; albo czują się zagrożeni, bo myślą, że przez to, że robisz coś innego, stawiasz ich w złym świetle. A tu nie o to chodzi. Wszyscy jesteśmy konsumentami i beneficjentami rolnictwa przemysłowego, które odpowiada na nasze zapotrzebowanie na tanie i smaczne jedzenie. Wszyscy je kupowaliśmy albo kupujemy. Ale to ma swoje konsekwencje, których nie byliśmy świadomi.

Musiało upłynąć trochę czasu, zanim poczuliście się na farmie na tyle bezpiecznie, żeby zdecydować się na dziecko.
Chcieliśmy poczuć, że mamy minimum zrozumienia dla tej ziemi i dla tego, co robimy, by być w stanie sprowadzić na ten świat i na tę farmę nowe życie. Jednocześnie czuliśmy, że musimy podzielić się tym, co zbudowaliśmy, przekazać to wspaniałe doświadczenie innej istocie ludzkiej – takiej, która dorasta w samym środku przyrody. Mój syn tak o sobie właśnie mówi. Ma na myśli to, że rozumie, dlaczego na farmie dzieją się te wszystkie rzeczy, jak rozwija się tu życie, on widzi w tym sens.

Czego się nauczyliście przez te osiem lat?
Na pewno tego, że porażka daje szansę na lepsze poznanie i głębsze zrozumienie tego, co robimy i jak to robimy. Jeśli nie spojrzysz na to w ten sposób, to nigdy nie rozwiniesz się jako człowiek i jako farmer. Nie spodziewałem się, że doświadczę tak głębokiego i inspirującego życia w połączeniu z naturą. I że poznam odpowiedzi na pytania dotyczące współdziałania. Wydaje ci się, że możemy się tego nauczyć od ludzi, ale natura też ma dla nas ciekawe wskazówki. Nie sądziłem też, że nakręcę o tym film, w dodatku tak dobrze przyjęty i wielokrotnie nagradzany. Dla mnie ten film to nieustająca refleksja nad zmianami, jakie zachodzą w naszym życiu.

John Chester, amerykański twórca filmowy, reżyser i producent filmów dokumentalnych. Ma na koncie pięć statuetek Emmy, najważniejszej nagrody przyznawanej produkcjom telewizyjnym. Dokument „Nasze miejsce na Ziemi” w reż. Johna Chestera dostępny jest na platformie VOD cineman.pl.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze