fbpx

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy…

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy...
Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)

Dopiero przyjaciółka uświadomiła mi, że zamiast jęczeć, jak bardzo chciałabym umówić się z tamtym mężczyzną z pociągu, powinnam po prostu to zrobić. „Co najgorszego może się stać?” – zapytała. To zdanie stało się mottem mojej książki – opowiada Zoë Folbigg, autorka bestsellerowej powieści „Stacja miłość”. 

Twoja książka wydaje się po prostu uroczym romansem –dziewczyna proponuje drinka mężczyźnie, którego codziennie spotyka w pociągu, ale ten daje jej kosza, gdyż jest w związku; jednak osiem miesięcy później nieoczekiwanie odzywa się do niej i wszystko kończy się happy endem. To nie jest wymyślona opowieść, to twoja historia. Jestem ciekawa, w jakim momencie życiowym byłaś, gdy poznałaś swojego Mężczyznę z Pociągu?
Miałam dwadzieścia parę lat, od czterech byłam singielką ze złamanym, ale już wyleczonym sercem i nie szukałam miłości. Miałam bogate życie towarzyskie, wielu przyjaciół i pracę, którą kochałam. Wieczorami chodziłam do teatru i na koncerty. Kupiłam mieszkanie, czułam się niezależna, spełniona i na dobrej drodze. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie szukałam desperacko kogoś, kto odmieni moje życie. Ale kiedy zobaczyłam Marka, mojego Mężczyznę z Pociągu, poczułam, że on jest tym właściwym.

Podróżowaliście tym samym pociągiem, ale dopiero po roku zdecydowałaś się zostawić mu liścik.
Niemal codziennie go spotykałam, zawsze czytał jakąś książkę, i to mnie zachwycało. Ale bałam się odrzucenia. To bardzo brytyjska rzecz, że nie rozmawiamy w komunikacji miejskiej, jako społeczeństwo bardzo trzymamy dystans. Wchodzisz do pociągu, wyciągasz książkę albo telefon i na nikogo nie patrzysz. Myślałam: on jest taki przystojny, na pewno nie będzie zainteresowany, na sto procent ma dziewczynę albo jest gejem, bo jest zbyt doskonały. (śmiech) Przez cały ten czas był dla mnie enigmą, nie wiedziałam, co robi, kim jest, nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie mogłam wydedukować, czy ma kogoś, a to czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Pewnie trudno podejść i zaczepić nieznajomego, gdy wokół są inni ludzie?
Z tego powodu uznałam, że dam mu liścik z propozycją spotkania, w którym zostawię mój adres mailowy, i od razu wysiądę z pociągu. Chciałam dać mu czas na zastanowienie się i jeśli mnie odrzuci, to przynajmniej nie twarzą w twarz, tylko przez mail. To był dla mnie najbardziej bezpieczny sposób załatwienia sprawy.

Nie miałaś takich myśli, że zaczepianie obcego w pociągu – wszyscy znamy te filmy – może źle się skończyć, że to niebezpieczne?
Tak, miałam i takie myśli, ale zaufałam intuicji. Poza tym dałam mu tylko adres mailowy, nie napisałam nic o sobie, na wypadek, gdyby jednak okazał się psychopatą. Po tym, gdy dał mi kosza, widywałam go tylko w pociągu. Ale gdy po ośmiu miesiącach zaproponował mi pójście na drinka, to on był zdenerwowany, bo nie wiedział, czy nie mam chłopaka. Szybko się zgodziłam i tylko przez jeden dzień martwiłam się, czy jednak nie jest psychopatą, bo tak szybko się umówiliśmy. Bałam się też, że może okaże się strasznym nudziarzem, ale nie, nie był nudziarzem, był właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam.

Nie bałaś się, że skoro przejmujesz inicjatywę, to już zawsze będziesz tą stroną w związku, która kocha bardziej i bardziej się stara?
Martwiłam się o to, bo już wtedy wiedziałam, że go kocham, ale zdawałam sobie sprawę, że on mnie dopiero poznał i powoli się do mnie przyzwyczaja. Jednocześnie widziałam, że dobrze się rozumiemy, fajnie nam się spędza czas i mamy tyle wspólnego, że w końcu on także się zaangażuje. I tak się stało, nie trwało to długo. Na szczęście nie powiedziałam mu pierwszego dnia, że go kocham, bo wtedy pewnie od razu by uciekł. (śmiech) Ale miałam poczucie, że moja intuicja jest dobra. Zresztą to on zaprosił mnie na drinka po tych ośmiu miesiącach, więc byliśmy kwita. A potem poprosił mnie o rękę.

Jak sądzisz, co tak spodobało się czytelnikom w twojej książce, że odniosła
sukces? Fakt, że bohaterka bierze życie w swoje ręce czy może to, że nie spotyka jej za  to żadna „kara”, wybranek nie okazuje się psychopatą ani gwałcicielem?
Czytelnicy dostrzegli w tej historii opowieść o odwadze – to zwróciło ich uwagę, i dla mnie też było to ważne. Bo czasem jeden mały, pozornie nic nieznaczący gest może pozytywnie zmienić czyjeś życie. Ważna jest aktywna postawa, chociaż spotyka się ona w książce – i w prawdziwym życiu też! – z odrzuceniem. I może właśnie to rezonuje w ludziach, że lepiej jest żałować czegoś, co się zrobiło, niż że się coś zaniechało. A druga rzecz, która im się spodobała to, no właśnie, nie jest to wymyślona historyjka, bo przetestowałam ją na sobie. (śmiech) Myślę, że ludzie w obliczu dużych zmian – a taką jest i był brexit w Wielkiej Brytanii – potrzebowali szczęśliwego zakończenia. Ale też zdali sobie sprawę, że to żaden wstyd zaprosić mężczyznę na drinka i zostać przez niego odrzuconym.

Jaka była reakcja twojego chłopaka na wieść, że napiszesz o was książkę? Nie obawiałaś się, że za bardzo się odsłonicie?
Byliśmy już razem kilka lat, gdy gazeta, w której pracowałam, została zamknięta. Mark z kolei nie lubił swojej pracy, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw wybierzemy się w długą podróż, a potem się ustatkujemy. W podróży spotkaliśmy wspaniałych ludzi i wielu z nich mówiło mi, że nasza historia brzmi jak gotowy materiał na film czy książkę. Zaczęliśmy sami o tym rozmawiać, Mark był bardzo wspierający, choć jest nieśmiały. Zdecydowałam się na fikcyjnych bohaterów, żeby mieć większy dystans. Pisałam, nie myśląc, czy to kiedyś wydam. Potem wzięliśmy ślub, urodziły się dzieci, drugie − półtora roku po pierwszym. Byłam mocno zmęczona macierzyństwem i tempem zmian, to było wykańczające. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy w Londynie. Gdy chłopcy spali, pisałam artykuły, czasem wracałam do naszej historii, na przykład w felietonie zamówionym przez dziennik „The Guardian” na walentynki. Zawsze wówczas otrzymywałam tyle wsparcia od czytelników, że postanowiłam wrócić do książki. Mark przeczytał ją dopiero tydzień przed publikacją. Byłam pewna, że mu się nie spodoba, on jest fanem książek Hillary Mantel i Margaret Atwood. Ale się spodobała.

Twoja książka została naprawdę dobrze przyjęta, choć wyobrażam sobie, że mogłaś się obawiać różnych reakcji.
To zabawne, ale to raczej mama i siostra były bardziej przejęte i martwiły się tym, że mogę spotkać się z krytyką i że to na mnie negatywnie wpłynie. Wiedziałam, że nie mogę zadowolić wszystkich, że mój styl literacki niektórym się spodoba, a innym nie. Ale jeśli udało mi się dotrzeć do jednej osoby, która postanowiła wziąć los w swoje ręce, z jakiegoś powodu odważyć się na coś – to już dużo. Mark z kolei był dumny, że spełniłam swoje marzenie: pracowałam z domu, tak jak chciałam, i mogłam być blisko chłopców i spędzać z nimi czas. Byłam spełniona jako pisarka i matka.

Maja, główna bohaterka książki, fantazjując o Mężczyźnie z Pociągu, przechodzi wewnętrzną przemianę. Czy u ciebie też coś się zmieniło?
Nie, moje życie było bardzo dobre i nigdy nie wątpiłam w siebie jak Maja. Ale to, co zrobiłam, sporo mnie kosztowało, choć jednocześnie dużo mi dało. Poczułam się odważna, bardziej sprawcza.

Powiedziałaś, że wiedziałaś, że to właściwy facet, więc dając mu liścik, w pewnym sensie przyznałaś, że jesteś gotowa zacząć nowy etap w życiu. To duża zmiana.
Dziś myślę sobie, że wtedy rzeczywiście moje życie było trochę dziecinne i bez zobowiązań, miłe i lekkie, skoncentrowane tylko na mnie. Dzień, w którym dałam liścik Markowi, był pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej dorosłości.

W pewnym momencie jedna z bohaterek, Velma, proponuje Mai,  gdy ta zwierza jej się ze swoich rozterek miłosnych: spróbuj, co najgorszego może się stać? Tak naprawdę to słowa twojej przyjaciółki.
Gdy spotkałam Mężczyznę z Pociągu, przez niemal rok wszystkim o nim opowiadałam. Strasznie to przeżywałam. Moja przyjaciółka miała wtedy trudny czas (jej mama umierała na raka piersi). Odwiedziłam ją pewnego razu, a gdy zapytała, co u mnie słychać, znowu zaczęłam opowiadać o facecie z pociągu i że nie mam odwagi do niego zagadać. Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała: „Zoë, co najgorszego może się stać?”. Ona miała wtedy inną perspektywę, wiedziałam, że przeżywa najgorsze chwile, a ja jej się zwierzałam z takiej głupoty. No bo czym jest zaproszenie faceta na drinka wobec odchodzenia najbliższej osoby?! I to był ten moment, kiedy sobie powiedziałam: „dorośnij, ogarnij się, przestań bawić się marzeniami”. Velma to kumulacja wszystkich mądrych, cudownych kobiet, które spotkałam w życiu. Chciałam stworzyć bohaterkę, która reprezentuje bliskie mi osoby.

Twoja historia ma happy end: zamieszkałaś z Mężczyzną z Pociągu, a potem pojechaliście w podróż życia. Nie obawiałaś się, że coś się zepsuje, czar pryśnie?
Gdy zaczynaliśmy tę podróż, pomyślałam sobie, że jeśli przetrwamy wszelkie jej trudy, jak choroby i inne niewygody, gdy ponudzimy się razem i pokłócimy – to damy radę. Miałam świadomość, że kiedy jest się cały czas razem, traci się tę magię randkowania, fantazjowania na swój temat, ale poszło nam świetnie. Nawet wtedy, gdy lądowaliśmy w obskurnych hostelach…

Czy Mark uratował cię przed karaluchem?
(śmiech). Był karaluch, i to niejeden, test zaliczony! Ta podróż tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę z nim być na dobre i na złe. I właśnie podczas tej podróży Mark mi się oświadczył.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy może uważasz, że trzeba brać życie w swoje ręce?
Wierzę, że było mi przeznaczone związać się z Markiem, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, aby do tego doprowadzić. On jest nieśmiały, nie zaczepiłby mnie, nie jest tego typu facetem. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że muszę to zrobić. Wierzę w związek dusz, ale też w to, że warto przejąć inicjatywę. Czasem trzeba pomóc przeznaczeniu. Chciałam, aby moja książka nie była tylko historią z cyklu: chłopiec spotyka dziewczynę, ale też żeby wzmacniała kobiety, dawała im poczucie sprawczości i zachętę do tego, by się nie bały wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Zoë Folbigg dziennikarka i redaktorka. Pisała m.in. dla „Cosmopolitan”, „Glamour”, „Daily Mail”, „Elle”. W 2008 roku w piśmie „Fabulous” ukazywał się jej cotygodniowy felieton z opisem rocznej podróży dookoła świata, którą odbyła z Mężczyzną z Pociągu, spotykanym podczas codziennych dojazdów do pracy. Pobrali się, mieszkają z dwoma synami w Hertfordshire. „Stacja miłość” to jej debiutancka powieść.

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? 

Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, coach ICC: Kulturowe uprzedzenia nie sprzyjają przejmowaniu inicjatywy przez kobiety.  Natomiast nie tyle ważne jest, kto robi pierwszy krok, ale jak to robi. Bohaterka książki „Stacja miłość“, przekazując liścik z propozycją spotkania nieznajomemu, wykazała się taktem i dyskrecją, a jednocześnie dała mężczyźnie zielone światło – znak, że jest nim zainteresowana. Zrobiła to w sposób dla siebie bezpieczny – nie wystawiając się na publiczną ocenę, ale też nie odkrywając siebie poza podaniem adresu mailowego. Jednocześnie zadbała o jego poczucie bezpieczeństwa, bo nic mu nie narzuciła, a jedynie okazała swoje zainteresowanie. Nie zmarnowała szansy, czuła, że to jest ten właściwy i nie chciała żałować, że nie spróbowała.

Jeśli jako kobiety jesteśmy kimś zainteresowane, dajmy to odczuć tej osobie – czasem wystarczy spojrzenie w oczy, uśmiech czy właśnie liścik – nie narzucając się, dając sobie i jej szansę. Mężczyzna niekoniecznie może chcieć przejąć inicjatywę, też ma prawo czuć się niepewnie, bać się odrzucenia, nie mieć pewności, czy nam się podoba. Ma też prawo przestraszyć się nadmiernej atencji z naszej strony – dlatego dawajmy znaki, ale też dawajmy sobie przestrzeń i czas na reakcję. Oraz przyzwolenie także na to, że nasz obiekt zainteresowania odpowie: nie, dzięki.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze