Czym jest martwy punkt?

fot. iStock

Masz wrażenie, że coś w twoim życiu nie gra? Mimo dobrych intencji i starań nie układa ci się w związkach, szef nie chce dać awansu, a znajomi jakoś do ciebie nie lgną? Psycholog społeczny Jacek Santorski podpowiada, gdzie mogą leżeć przyczyny.

 

Czym właściwie różni się martwy punkt od „zwykłej wady”?

Wada to jest coś złego, jakieś nasze ograniczenie, którego możemy być świadomi lub nie, na przykład ja wiem, że jestem zbyt egotyczny w relacjach osobistych i rodzinnych. Znam tę swoją słabość charakteru. Natomiast martwy punkt to taka moja właściwość, z której ja nie zdaję sobie sprawy, a inni ją widzą.

To znaczy, że martwym punktem może być i każda wada, i każda zaleta, pod warunkiem że widzą ją wszyscy poza nami?

Teoretycznie tak. Miałem utalentowaną współpracownicę, która była bardzo introwertywna i nie dość pewna siebie. Kiedyś podczas swojego wykładu na konferencji oddałem jej głos. Nie uprzedziłem jej wcześniej, bo nie chciałem stresować. Wypadła świetnie, chociaż do dziś wspomina, że kiedy zaprosiłem ją na scenę, była na skraju utraty przytomności. Wcześniej nie podejmowała tego rodzaju wyzwań, bo nie zdawała sobie sprawy, że może być tak charyzmatycznym mówcą. W tym przypadku martwym punktem był talent. Zwykle jednak, mówiąc o martwych punktach, mamy na myśli wady, których sobie nie uświadamiamy.

 

Z jakimi martwymi punktami najczęściej pan się spotyka?

Ostatnio zauważam, że powszechne jest dodawanie śpiewnego „tak?” na końcu średnio co piątego zdania lub nawet częściej. Tę językową manierę można zaobserwować u osób z różnych środowisk. W 70 proc. jednak martwe punkty wiążą się z fizjologią, wrażeniami zmysłowymi. Często dotyczą zachowań inwazyjnych, czyli takich, które bezpośrednio zakłócają osobistą strefę innych ludzi. To te, które zwykle opisujemy, dodając słowo „zbyt”, np. mówimy, że ktoś „zbyt mocno pachnie”, „mówi zbyt głośno” czy jest „zbyt wyzywająco ubrany”. To zachowania, których krytyka jest wyjątkowo trudna do przyjęcia, bo uderza w poczucie własnej wartości, naszą tożsamość – to, jak pachniemy czy mówimy, jest przecież naszą osobistą cechą. Jednocześnie, ponieważ te cechy tak źle działają na innych, ich skorygowanie może nam przynieść wyjątkowo duże korzyści. W Polsce martwe punkty często dotyczą wyglądu. Mamy folwarczne relacje w firmach, a ponieważ estetyką folwarku był jarmark, mamy też jarmarczno-odpustową estetykę w ubiorze. Martwym punktem może być więc zbyt krzykliwy, barwny i bogaty w ozdoby strój noszony w biurze, gdzie ze względu na kontakt z klientem wskazana jest powściągliwość. Często problemem staje się też seksualizacja relacji przejawiająca się nie tylko w tym, co na siebie wkładamy, ale też w tym, jak się zachowujemy w życiu zawodowym i towarzyskim.

Na czym dokładnie polega?

Na wysyłaniu różnego rodzaju sygnałów, które wyglądają jak zaproszenie do kontaktu seksualnego. To może być nieadekwatny do sytuacji strój – bardzo głęboki dekolt, ultrakrótka spódniczka i wysokie szpilki – idący w parze z pełnym erotyzmu sposobem zarzucania nogi na nogę. Oczywiście, mężczyzna też może seksualizować relację. Wtedy na przykład będzie miał rozpięty o jeden guzik koszuli więcej, będzie siedział szeroko, a stojąc, wypnie miednicę do przodu. Do tego zacznie opowiadać sproś­ne dowcipy. Całym sobą będzie wysyłał komunikat: „Jestem macho”, „jestem gość!”, „jestem facet!”, nawet sobie tego nie uświadamiając. Osoby, które przebywają w jego towarzystwie, często czują dyskomfort, mają wrażenie, że ich granice emocjonalne zostały przekroczone.

Są też martwe punkty, które polegają na fizycznym przekraczaniu granic.

To prawda. Niektórzy zawłaszczają sobie przestrzeń, która należy do innych – w biurze wszędzie rozrzucają swoje papiery, u znajomych rozkładają się na kanapie i rozpychają się przy stole. Zasady savoir-vivre’u, na przykład „podczas jedzenia trzymaj łokcie przy sobie”, nie zostały stworzone po to, by znęcać się nad ludźmi, tylko byśmy wszyscy mieli minimum komfortu. Nie bez przyczyny zresztą wspominam tu o dobrym wychowaniu, bo bardzo często martwe punkty są właśnie zachowaniami, które określamy jako „niekulturalne”. To mogą być choćby zbyt głośne rozmowy przez telefon w środkach komunikacji miejskiej czy ciągłe pokrzykiwanie do koleżanki, która siedzi na drugim końcu biura. Innym popularnym martwym punktem jest dominowanie rozmowy opowieściami na swój temat. Nie mam na myśli ciekawych historii z pointą, z których słuchacze mogą wynieść coś dla siebie, tylko długie wypowiedzi, które są interesujące wyłącznie dla tego, kto je opowiada.

 

Z jednej strony wiemy, że trzeba się ubierać adekwatnie do sytuacji czy dbać o to, by zapach, który roznosimy, był przyjemny i niezbyt intensywny, a z drugiej strony – tych zasad nie przestrzegamy? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je przekraczamy, czy może jesteśmy tego świadomi, ale myślimy: „W moim przypadku to nie razi”?

Możliwe są obie przyczyny. Ktoś mógł żyć w mikroświecie, w którym jego zapach był normą. On może rzeczywiście nie mieć świadomości, że np. woń jego perfum jest zbyt intensywna. Ale czasem sądzi, że z różnych przyczyn on akurat nie musi tych znanych mu zasad przestrzegać. To jak ze zbyt szybką jazdą samochodem. Jedną częścią mózgu przyjmujemy statystyki związane z zagrożeniami na drodze, ale nie przerzucamy ich do drugiej części mózgu. Wiemy, że przy 170 km/h ryzyko przejechania kogoś jest bardzo duże, ale jednocześnie myślimy: „Mnie to nie dotyczy”.

Rozumiem, że jeśli ktoś weźmie nas z zaskoczenia, na przykład stwierdzi: „Powiem ci, co nas w tobie drażni”, to my prawdopodobnie tę informację odrzucimy?

Wtedy może się skończyć jak w przypadku pewnej pani – wielo­letniej pracownicy przedsiębiorstwa, którego szef poprosił mnie o pomoc. Chodziło o uwagi, które tej kobiecie anonimowo przekazano. Dotyczyły właśnie jej martwego punktu. Ta pracownica zimą przychodziła w bardzo krótkich spódniczkach i wysokich kozakach na suwaki, które rano rozsuwała i najpierw przez pierwszą godzinę przyjmowała interesantów w takich rozpiętych butach, a potem zakładała kapcie. Do tego przez cały dzień publicznie podciągała sobie rajstopy. Kiedy dowiedziała się, że jej zachowanie jest odbierane przez innych negatywnie, uznała, że uwagi wynikają z zazdrości. Twierdziła, że koleżanki i koledzy są mniej kompetentni i próbują ją wygryźć.

 

Co więc możemy zrobić, żeby odkryć swoje martwe punkty? Wyobraźmy sobie dobrego człowieka, który ma jakąś nieznośną cechę, powiedzmy, wszystkich krytykuje albo wciąż narzeka. Nie jest jej jednak świadom. Czuje się więc rozgoryczony, że tyle robi dla innych, a ci inni się od niego odsuwają.

Chce pani powiedzieć: nie zasługuje na ten dystans i odrzucenie?

Tak. Co on może zrobić?

Najpierw powinien znaleźć motywację, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, raczej nieprzyjemnego. Musi mieć ważny powód, dla którego chce przeżyć ten bolesny zabieg, jakim jest wysłuchanie negatywnej informacji na swój temat. Czasem zdarza się, że ktoś deklaruje: „Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem sam”, ale w rzeczywistości liczy na to, że usłyszy: „To nie twoja wina. Z tobą wszystko w porządku”. Ważna jest więc gotowość do wzięcia odpowiedzialności za to, jak jest się odbieranym. Bez niej wszystko, co usłyszy, uzna za wredne recenzje. Od razu zracjonalizuje: „To na pewno nie jest prawdziwy powód, dla którego ludzie mnie źle traktują” czy „Nie chodzi o zapach, bo wiele osób mówiło mi, że świetnie pachnę”. Będzie chciał w ten sposób zredukować napięcie wywołane niezgodnością pomiędzy tym, co o sobie myśli, a tym, co na swój temat usłyszał. Pojawi się rozczarowanie: „A miała być prawda o mnie…”.

Tymczasem to nie ta prawda, o którą mu chodziło.

Tak. Dlatego u nas w Akademii Psychologii Przywództwa podczas sesji odkrywania martwych punktów zawsze jest trener, który między innymi sprawdza, czy osoba, która słucha o swoich martwych punktach, dopuszcza to do siebie i co z tym robi, bo jeśli miałaby ten komunikat obrócić przeciwko sobie, to lepiej, żeby go nie dostała. Wiadomo na przykład, że osoba w łagodnej depresji będzie wprawdzie w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną, ale potem prawdopodobnie sobie przywali: „No i potwierdza się, że jestem beznadziejna”.

Nie każdy jednak ma szansę pracować nad swoimi martwymi punktami pod okiem trenera. Można zapytać o nie kogoś znajomego, kto nie jest ani trenerem, ani coachem, ani terapeutą?

Można, ale ja nie zagwarantuję z ręką na sercu, że taka rozmowa nie obróci się przeciwko temu, kto pyta, i temu, kto mówi. Gdybym był trochę nawiedzonym młodym coachem lub terapeutą, mógłbym powiedzieć: „Prawda jest najważniejsza. W atmosferze prawdy powiedzcie sobie wszystko i zobaczycie, co wam się zwróci”. Ale jestem za stary i zbyt odpowiedzialny, żeby coś takiego wygłaszać.

Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć ryzyko, to kogo powinien zapytać o swoje martwe punkty i kiedy?

Ludzi, których nazywam bratnimi duszami. To osoby, które nie są nam tak bliskie jak współmałżonek, rodzice czy dzieci, ale z którymi łączy nas jednak pewna zażyłość, może wspólna przeszłość. Mamy podobne kryteria etyczne i estetyczne i wystarczająco dużo doświadczeń, w których nasza lojalność wobec siebie była wystawiana na próbę i które pokazały, że jednak możemy sobie ufać. Mogę odezwać się do takiego człowieka, nawet jeśli utrzymuję z nim sporadyczny kontakt, i powiedzieć: „Mam nową pracę, w której jest bardzo dużo młodych osób, i czuję, że w kontaktach z nimi robię coś nie tak. Ty masz nastoletniego syna, więc chciałbym o tym pogadać”. Na pewno nie należy rozmawiać o swoich martwych punktach w sytuacji konfliktu, w depresji lub napięciu. Najlepiej zrobić to na spokojnie, podczas podróży czy wakacji, gdy mamy jakiś oddech. Daniel Goleman, popularyzator inteligencji emocjonalnej, powtarzał: „Pamiętajcie, nie naprawia się zatopionej łódki. Trzeba ją najpierw wydobyć na powierzchnię, osuszyć i jej się przyjrzeć”.

Czy to znaczy, że bliskiej osoby, np. przyjaciela, lepiej nie pytać o martwe punkty?

Przyjaciel może nie być do końca neutralny, tylko nadmiernie się zaangażować w rolę wybawiciela albo czerpać dodatkową satysfakcję z tego, że konfrontuje nas z jakąś prawdą. Może też nie mieć inteligencji emocjonalnej czy społecznej. Poza bratnimi duszami warto też mieć mentora – osobę, która towarzyszy w dylematach życiowych, pomaga dostrzec talent czy wadę, wskazuje kierunek rozwoju, czyli, jak to się mówi w psychologii, nas „urealnia”.

Jak go znaleźć?

Często wybieramy go intuicyjnie. Jeśli jednak mielibyśmy szukać go świadomie, powinniśmy zwracać uwagę nie na wrażenie, jakie ktoś robi na zewnątrz, jak bardzo jest życzliwy czy atrakcyjny, ale na to, czy ma charakter, bo mentor powinien go mieć. Ma być wierny swoim zasadom, spójny i sprawdzać się nie tylko na scenie zewnętrznej, ale też w życiu codziennym. Może popełniać błędy, ale powinien być ich świadomy.

A można samemu szukać u siebie martwych punktów? Może na przykład powinniśmy przez kilka dni zapisywać uwagi, jakie robi nam otoczenie. Te wszystkie: „Oj, nie marudź” albo „O, tym razem jesteś punktualna!”? W myśl zasady: Jeśli kilka osób mówi, że jesteś koniem, kup sobie siodło?

To dobry pomysł. Można też, zamiast szukać konkretnego martwego punktu, starać się najpierw znaleźć sferę życia, w której te lusterka wsteczne mamy gorzej ustawione. Zastanowić się, czy uwagi, jakie robią nam inni, dotyczą raczej sposobu, w jaki się komunikujemy, tego, jak się ubieramy, czy może jak postępujemy z dziećmi. Kiedy już znajdziemy taką sferę, łatwiej będzie zidentyfikować konkretny problem. Nie do przecenienia jest też junior mentoring.

Co to takiego?

Informacja zwrotna od młodej osoby, choćby własnego dorastającego dziecka. Badania pokazują, że nasze detektory niespójności, czyli zdolność do wyłapywania wszelkich zakłóceń, na przykład tego, że ktoś co innego mówi, a co innego robi, że jego zachowanie nie pasuje do jego stanowiska czy roli życiowej, najlepiej działają u osób pomiędzy ósmym a 18. rokiem życia. Potem stają się mniej aktywne, chociaż pokolenie Y wydaje się wyjątkiem. U jego dwudziestokilku­letnich przedstawicieli detektory niespójności nadal sprawnie funkcjonują. Dlatego dobrze czasem zapytać własne dziecko o to, co jest w nas nadmiarowe czy niespójne, co jest obciachem w naszym funkcjonowaniu. Kiedy na
65. urodziny włożyłem trampki, myślałem, że moi synowie popukają się w czoło, a oni powiedzieli: „Jest OK”, ale kiedy zacząłem stawiać sobie włosy, usłyszałem, że robię z siebie pośmiewisko. Zapytałem: „Ale czy ja gorzej wyglądam?”. Syn na to: „Może nawet lepiej, ale widać, że się starasz, i to jest obciach”. Taka opinia może być cenną informacją zwrotną, chociaż, oczywiście, nie wszystko trzeba brać sobie do serca. W odkrywaniu martwych punktów chodzi o samoświadomość oraz poczucie odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Jeśli ja dostrzegam własne ograniczenia, mam szansę zrozumieć, jak ten aspekt mojego funkcjonowania wpływa na innych. Wiem, dlaczego ktoś mnie lubi, szanuje lub nie, i mogę zdecydować, czy chcę dokonać korekty postępowania. Mam szansę uniknąć śmieszności spowodowanej tym, że jako jedyny nie zauważam, jak bardzo szkodzą mojemu wizerunkowi usta po nieudanej interwencji chirurgicznej czy wielogodzinne monologi przed podwładnymi.

 

Jacek Santorski

jest psychologiem społecznym i psychologiem biznesu, współzałożycielem firmy doradczej Values i dyrektorem programowym studiów podyplomowych Akademia Psychologii Przywództwa w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »