fbpx

Dom, w którym dobrze się tworzy

Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio

Na zewnątrz klasyczny polski dworek. W środku przenikają się różne style. Dużo tu kolorów i… barwnych ludzi. Rodzina Olbrychów znalazła w Bukszy idealne miejsce do realizowania swoich pasji.

Na początku był pomysł na zmianę radykalną. Paweł zaproponował: przenieśmy się w Bieszczady. Reszta rodziny nie była jednak gotowa na taką rewolucję, stanęło więc na tym, że trzeba znaleźć coś w pobliżu Warszawy. Wiadomo było, że teren musi być duży. Bo ma na nim stanąć nie tylko dom, ale i stajnie. Znaleźli takie miejsce – 40 km od Warszawy, w otoczeniu pięknych łąk.

Dom od frontu – pierwowzorem był dworek na Litwie, należący do rodziny Pawła. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Dom z zewnątrz wzorowany jest na dworku na Litwie, należącym kiedyś do rodziny Pawła. Ale tylko z zewnątrz. W środku całkiem inny. Taki, w którym przenikają się różne style, są widoczne wpływy licznych podróży mieszkańców. I taki, w którym wszyscy znaleźli miejsce do realizacji swoich pasji. A tych jest sporo.

Widok na salon z kominkiem. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Najpierw to, z czego Buksza słynie – klub polo. Pierwszy w Polsce. A było tak. Paweł, kiedy wybierał się do Anglii, dostał od znajomej kontakt do trenera polo Alana Kenta. Spotkał się z nim, ale zanim jeszcze wsiadł na konia, Kent wręczył mu książkę z dedykacją: „Twoje życie zmieni się na zawsze”. I właśnie tak się stało. Maciek, syn Pawła, uważa, że nic w tym dziwnego. „Polo ma wszystkie elementy, które ludzie kochają w sporcie – tłumaczy. – Bo kochają prędkość. Piłkę. Sporty drużynowe. Sporty walki. Wszystko to polo w sobie łączy”.

Tak się gra w polo: Maja Olbrych (siostra Maćka) w pięknym full swingu uderza piłkę. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Polo wpłynęło też na charakter domu Olbrychów. Bo nie jest to miejsce tylko dla rodziny, ale i dla wielu innych osób. Teraz, latem, jest tu masa dzieciaków. Na obozach polo, na kursach jazdy konnej. Gdyby nie koronawirus, pewnie byliby tu też goście z Argentyny, kraju polo. Przyjeżdżają co roku na kilka tygodni, przywożą swoje dziewczyny, żony, czasem zjawiają się całymi rodzinami. Uczą, prowadzą kursy razem z gospodarzami, wspólnie z nimi grają.

Siodlarnia, w niej kije do polo. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Najlepsze miejsce do tworzenia

„Kłopot ze mną jest taki – mówi Maciek – że mam konflikt dwóch równorzędnych pasji. Polo i muzyka. Może rozsądniej byłoby poświęcić się tylko jednej z nich, ale nie potrafię i nie chcę.

Hol ze starą indyjską huśtawką. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Konie i polo to moja pasja i codzienność od 20 lat. Z drugiej strony –zawsze grała we mnie muzyka. Mam zespół – Popkultura. Właśnie nagraliśmy płytę „Miłość Zdrada”, z której jestem dumny. Teoretycznie moje pasje trudno pogodzić. Bo jak się wstanie rano i przejeździ siedem koników, to już się nie chce wieczorem grać na gitarze. I odwrotnie – jeśli zasiedzę się do późna w studiu, nie ma rano energii, żeby wstać do koników.

Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio

Jednocześnie jednak to połączenie sprawia, że mogę na obie moje pasje spojrzeć z dystansem. To też zasługa tego domu. To miejsce daje mi odpoczynek, dystans, inspirację. Tu mam studio nagraniowe. Cały zespół może przyjechać, przenocować, nie pracujemy pod presją czasu. Między sesjami możemy skoczyć do stawu, pojechać na przejażdżkę. To cementuje relacje. Nasza nowa płyta w całości powstała właśnie tu, nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do tworzenia. Nasz dom to dom artystyczny. Ja mam muzykę, mama projektuje ubrania, tata właśnie skończył pisać książkę o koniach. Siedzimy razem przy stole, gadamy, oddziałujemy na siebie nawzajem”.

Jadalnia, na ścianie tapeta Designers Guild. Dla Grażyny wzory i kolory są niezbędne do życia. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Bo ważny jest dotyk

Grażyna była przez lata związana z rynkiem wydawniczym, pracowała między innymi jako redaktor naczelna magazynu „Glamour”. „To tytuł modowy. Moda jest dla mnie ważna, z tego wyrosłam”. I kiedy zdecydowała, że czas pracy w redakcji w jej życiu już się skończył, z mody nie zrezygnowała. Znalazła ją… w Indiach. Ale najpierw spotkała wspólniczkę. „Rebeka dostała stypendium Fulbrighta i w południowo-wschodniej Azji uczyła się stemplowania tkanin. Wylądowała w Dżajpurze, robiła tkaniny, które mają nowoczesny, bauhausowy sznyt. Zaczęłyśmy razem szyć z tego ubrania. Lekka bawełna z jedwabiem. Coś nas pognało do środkowych Indii, do wsi Maheshwar. Jest tam fundacja, gdzie kobiety – najbiedniejsze z biednych – tkają cudowne materiały”.

Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio

Fundację założyła Sally Holkar, Amerykanka, żona lokalnego maharadży. Przyjechała tam na początku lat 70. – to był czas, kiedy ręczne tkactwo było wypierane przez maszynowe. Stwierdziła, że to dziedzictwo kulturowe, trzeba je ratować. I jednocześnie wesprzeć kobiety. Grażyna zobaczyła, dotknęła tych tkanin – i przepadła. „Wiedziałam, że muszę coś z tego zrobić. Tak powstała nasza firma – Touch. Bo dla mnie dotyk, faktura, splot są niezwykle ważne.

Budda przywieziony ze Sri Lanki na tle antycznych tkanin z Dżajpuru. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Myślę o tym jako o projekcie życia, nie o biznesie, który ma mi się za rok zwrócić. Chcę pokazać, że ubrania mogą być po coś, że ważne są włożone w nie praca, materiał, ludzie, którzy go robią. Uważam, że można zmieniać świat, zaczynając od siebie”, opowiada Grażyna.

Ona sama do Indii ma stosunek szczególny. Bo to tam, w Bombaju, spędziła ważne lata swojego życia. Przyjechała z rodzicami jako 12-letnia dziewczynka, wyjechała jako 17-latka. „Dużo z tego kraju jest we mnie. Tęsknię za Indiami jak za człowiekiem. Jestem szczęśliwa, że mogę wracać tu zawodowo”.

Pracownia Grażyny – ubrania Touch na tle tapety Designers Guild. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Fragment z blizną

Ale na co dzień wszystko dzieje się w Bukszy. Tu mieszczą się pracownia Grażyny, studio Maćka, tu książki pisze Paweł, tu działa klub polo. „To dom naprawdę otwarty. Codziennie przy obiedzie przy stole siedzi co najmniej dziesięć osób. A jak dom jest otwarty na innych, to dzieją się w nim rzeczy magiczne” – mówi Maciek.

Stara balijska szafa na bieliznę doskonale się sprawdza jako barek. Pod drzwiami leży 14-letni Benek. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Jak wtedy, 11 lat temu. Choć zaczęło się od traumy. Wiosna 2009 roku była sucha. W stajni coś się zapaliło i kula ognia przeszła na dach. A że dach był kryty gontem, spłonęło wszystko. „Co się nie spaliło, to zostało zalane – opowiada Grażyna. – To ciężkie, ale też istotne doświadczenie. Okazuje się wtedy, co jest ważne. Mieliśmy w domu masę drobiazgów, pamiątek – i nagle zobaczyliśmy, że można bez nich żyć. Bo rzeczy w życiu nie są ważne. Ale ważne jest mieć dom. Wszystko, co się dało, odnowiliśmy, meble, ściany. Zostawiliśmy tylko na schodach osmalony fragment – taka blizna. Kawałek pamięci. Bo dom to dla nas coś żywego”.
Właśnie wtedy zaczęły się dziać rzeczy magiczne. Jak ta z konsolą Grzegorza Ciechowskiego. Telefon od Małgosi Potockiej: „Słuchaj, wszystko ci się spaliło, a ja mam tu studio po Grzegorzu, przyjeżdżaj, weź!”. „Kilka miesięcy poświęciłem, żeby sprzęt wyczyścić, naprawić, żeby działało jak należy.

Studio Maćka, w nim kultowy sprzęt Grzegorza Ciechowskiego. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

I jest teraz u mnie studio, na którym nagrywała Republika. A Republika zawsze była mi bliska, to słychać w mojej muzyce. Sprzęt ma kilkadziesiąt lat, można by pracować na lepszym, ale ten ma dla mnie takie emocjonalne znaczenie, że nie mogę się zdecydować, żeby się z nim rozstać”, opowiada Maciek.

W holu: stare okno balijskie zamieniono w lustro, skórzana ławka z Singapuru. Na ścianie tapeta od projektanta Williama Morrisa. (Fot. Adam Słaboń/The Dreams Studio)

Takie to zwykłe-niezwykłe rzeczy dzieją się w tym domu. Gościnnym, ciepłym. Otwartym na ludzi, na pomysły.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze