fbpx

Dorota Sumińska: troszcząc się o swoje zwierzęta, dbasz też o siebie

Dorota Sumińska:
Zwierzęta wyczuwają nasze emocje (Fot. iStock)

O tym jak domowe zwierzęta mogą nam swoją obecnością i zachowaniem pomóc przejść przez trudny czas kwarantanny rozmawiamy z Dorotą Sumińską.

Jak nasze psy i koty mogą nam pomóc w czasie, gdy zamknięci w czterech ścianach, boimy się o zdrowie, o przyszłość i jesteśmy też coraz bardziej sfrustrowani?
Mogą nam pomóc tak samo, jak my im. Bo one widzą i czują, że jesteśmy sfrustrowani czy poddenerwowani, i to przejmują. Im my będziemy spokojniejsi, tym one też. No i sobie zrobimy dużo dobrego, bo spokojniejsi, będziemy bardziej odporni. Tak naprawdę nie powinniśmy się bać, bo strach jest najgorszym doradcą – w każdej dziedzinie, także jeśli chodzi o nasz układ immunologiczny, bo strach to stres, a kiedy jesteśmy zestresowani, jesteśmy słabsi. Więc nie bójmy się, tylko korzystajmy z okazji, że możemy być naprawdę blisko naszych zwierząt. Możemy porządnie wyczesać nasze psy i koty, możemy je wytulić, możemy z nimi spać dłużej, bo nie zrywamy się rano do pracy. Możemy mieć z tego obopólną korzyść i przyjemność.

To chyba zwłaszcza cenne dla osób, które mieszkają samotnie – zwierzęta łagodzą dojmujący teraz brak kontaktu z innymi ludźmi, także najbliższymi, którzy muszą być daleko.
Ależ oczywiście. Poza tym nie można mówić, że ktoś mieszka sam, jeśli mieszka z psem, kotem czy świnką morską albo całą paczką zwierząt. To są osoby nieludzkie, i tak powinniśmy je traktować. Nikt wtedy nie jest sam – ani człowiek, ani pies, ani kot, ani jakaś większa mieszanka gatunkowa. Ja tu nie widzę żadnego problemu, ale ludzie lubią robić problem ze wszystkiego.

Problemem dzisiaj z pewnością jest epidemia, a nie pies czy kot. On nam ujmuje problemów, bo dzięki temu, że jest, mamy zajęcie. Cudowne zajęcie, bo możemy się naprawdę o niego zatroszczyć, a tym samym zatroszczyć się o siebie.

Nadal jednak wiele osób obawia się, że zwierzęta, w tym te domowe, mogą przenosić nowego wirusa. Sama słyszałam opinie niektórych lekarzy, by ograniczać z nimi kontakt. Z drugiej strony od innych lekarzy słyszę, że kto ma w domu zwierzę, ten ma większą odporność i jest mniejsze prawdopodobieństwo, że zachoruje a jeśli już, to przejdzie chorobę łagodniej.
Zacznę może nie najmilej: niestety, moje marzenie się nie spełniło i nie znaleziono jeszcze tabletki na głupotę i nic nie wskazuje, że ktoś taki proszek wymyśli. A bardzo by się przydał. Jeszcze raz powtórzę, bo mówiłam i pisałam to wielokrotnie: psy, koty, świnki morskie, chomiki, króliki, krowy, konie – nie przenoszą wirusa SARS CoV-2, nie ma takiej możliwości. Oczywiście gdyby ktoś się bardzo starał, to każdy – i zwierzę, i człowiek, i przedmiot – może być wektorem biernego przeniesienia wirusa. Jeśli ktoś chory nasmarka czy napluje na psa, a potem inna osoba dotknie zwierzęcia i bardzo szybko przeniesie to sobie na śluzówki, to jest duża szansa, że zarazi się wirusem SARS CoV-2. Ale ona nie zarazi się od psa, tylko od tego, kto napluł. Dlatego apeluję, zachowujmy zdrowy rozsądek, także wobec zwierząt. Do tej pory jeśli w domu był ktoś, kto był poddany kwarantannie – teraz wprowadzono już kwarantannę dla wszystkich domowników osoby zarażonej, ale wcześniej było inaczej – to inni członkowie rodziny nie przytulali się do niego i nie pili z nim z jednej szklanki – i to samo dotyczy psa czy kota. Czyli gdy jestem chory, izoluję się od mojego psa czy kota, jeśli ktoś zdrowy też jest z nim blisko, tuli, śpi z nim. Oczywiście nie myślę tu o wyprowadzaniu psa na spacer przez sąsiada, gdy opiekun jest chory. Nie ma takiej możliwości, by zarazić się od smyczy itp. To znaczy, wchodząc w skrajności – gdyby chory napluł na smycz, a my wtarlibyśmy to w oko, to tak. Z całą pewnością podkreślę: żadne zwierzęta, które są blisko nas, nie przenoszą nowego wirusa.

To może uspokoić tych, którzy przebywają w kwarantannie, że osoba, która w tym czasie wyprowadza ich psa – też jest bezpieczna.
Ktoś z psem musi wychodzić, no chyba, że mamy bardzo duży balkon czy ogród i pies jest przyuczony, by się w nim załatwiać. No i sam też nie jest zbyt duży. Ale nie każdy ma taką sytuację. Nie ma wtedy najmniejszego powodu do obaw, tym bardziej, że ktoś, kto pomaga wyprowadzać psa, wychodzi z nim na dwór, czyli nie przebywa w pomieszczeniu, w którym jest osoba chora. Przecież nie czujemy obaw przed wyjściem do sklepu, gdzie jest dużo innych ludzkich istot, które mogą nas potencjalnie zarazić. Nie popadajmy więc w paranoję.

W nowej, niewydanej jeszcze książce „Dość” sprzeciwia się pani temu, jak wykorzystujemy zwierzęta, te domowe i hodowlane, jak decydujemy o ich życiu i o ich śmierci. Sądzi pani, że taki manifest trafi teraz na podatny grunt? Jesteśmy bardziej uwrażliwieni na świat i przyrodę?
Zmartwię panią, bo myślę, że każdy czas jest dobry i robię to od lat bez specjalnego efektu. Z drugiej strony trudno mówić obecnie o jakimś większym uwrażliwieniu. Raczej już o naszym zdziczeniu. Sytuacja, w jakiej się teraz znaleźliśmy, jest trudna dla każdego. W tego typu okolicznościach budzą się w nas demony i bardzo okrutne zachowania. Ludzie zaczynają się bać swoich zwierząt, do których wcześniej deklarowali miłość, i zwyczajnie pozbywają się ich – oddają do schroniska czy wyrzucają przy drodze. Słyszałam o takich przypadkach od wielu osób. Tego typu zachowania wynikają z głupoty i kompletnego braku uczuć wyższych. Nie sądzę więc, że czas pandemii nas uwrażliwi na to, co robimy innym gatunkom. Było już wiele sytuacji, w których powinno się to stać, a się nie stało. Ale nadal mam wątłą nadzieję, że może jednak któregoś dnia większa liczba ludzi zauważy, że Ziemia jest jedną wielką rzeźnią dla zwierząt – produkujemy i konsumujemy mięso na ogromną skalę.

Może po pandemii nie będzie nas stać już na mięso?
To raczej mało prawdopodobne, mięso należy bowiem do najtańszych produktów spożywczych, co samo w sobie jest straszne. Mimo starań wielu ludzi i instytucji, mimo dowodów na to, że mięso zwierzęce jest dla ludzi bardzo toksyczne, a efektem jego spożywania jest cała rzesza ciężkich chorób – nadal za mało się o tym mówi. Nieśmiało się napomina jedynie o ograniczeniu spożycia. Nawet jeśli niektórych nie interesuje los zwierząt, to powinno ich zainteresować to, że przemysł mięsny doprowadza do degradacji środowiska naturalnego. Ludzie ucinają gałąź, na której siedzą, a jednak to nie zmniejsza ich apetytu i nie zmienia tzw. tradycji schabowego. Nie zmniejsza też ich okrucieństwa.

Napisała pani tę książkę z nadzieją, nawet jeśli wątłą, że coś można jednak zmienić?
Jeszcze kilka lat temu miałam nadzieję na to, że gatunek ludzki się opamięta. Kiedy jednak patrzę na to, co robią ludzie na całym świecie, bo mam ten przywilej, że różne jego zakątki poznałam – to coraz bardziej się załamuję. Co roku na naszej planecie ginie około 70 miliardów zwierząt – czujących, zdrowych i żywych – tylko po to, żeby ktoś zjadł kanapkę z szynką, a i tak pewnie połowę jej wyrzuci. Zachowujemy się tak, jakbyśmy wypierali fakty, odrzucali tę informację. Jesteśmy najokrutniejszym, najstraszniejszym gatunkiem na Ziemi, który nie liczy się z nikim i z niczym.

Mówi się o tym, że obecna pandemia jest ostrzeżeniem od natury, buntem z jej strony.
Jestem wielbicielką Matki Natury, ale moim zdaniem tu nie ona ingeruje, tylko znów my, ludzie. Proszę pamiętać, skąd przyszedł ten wirus. Z tzw. mokrego targu, a takie targi odbywają się powszechnie w Chinach. W klatkach i w koszmarnych warunkach zwierzęta są tam przetrzymywane i na miejscu zarzynane na życzenie kupca. Śmiertelny stres, jaki towarzyszy ich drodze, odkąd zostały złapane czy też wyhodowane do tego celu na fermie – jest doskonałym podłożem do tego, żeby każdy wirus mutował i stawał się coraz bardziej zjadliwy. Takich targów, tuczarni czy rzeźni jest na świecie mnóstwo – te miejsca są wylęgarnią bardzo niebezpiecznych drobnoustrojów. Oczywiście wszyscy producenci mięsa czy hodowcy powiedzą o normach, zabezpieczeniach – owszem, na pewno one są i a pewno w jakimś stopniu to ograniczają. Natomiast nie ma sposobu na wirusy, które do tej pory nieszkodliwe, staną się szkodliwe, mając do rozwoju podłoże kilku tysięcy podobnych do siebie żywych istot. Powinniśmy to sobie wziąć do serca, ale nie bierzemy. Ja rozumiem, jest epidemia, trzeba ratować ludzi, ale też trzeba mówić i myśleć o tym, jak się ustrzec przed następną.

Co my możemy zatem zrobić już teraz, oprócz tego, by zwierzętami się opiekować i pozwolić im zaopiekować się sobą?
To powinniśmy robić bez względu na to, czy jest epidemia, czy jej nie ma. Natomiast na pewno jeśli chcemy uratować świat dla naszych dzieci i wnuków, już dziś powinniśmy przestać jeść i kupować mięso. Gdyby ludzie w większej ilości przestali to robić, produkcja musiałaby się zmniejszyć. Zaczęto by myśleć o wiele intensywniej o zamiennikach, które byłyby dostępne i smaczne. Dziś jest odwrotnie – mięso jest głównym produktem, jaki ludzie jedzą, gdzieś tam pojawiają się zamienniki, ale są albo za drogie, albo pozostawiające wiele do życzenia w kwestii jakości i smaku, a przecież można byłoby poświęcić więcej uwagi produkcji tzw. czystego mięsa, czyli powstającego z probówki, z hodowli tkankowych, choć ja w ogóle uważam, że do zdrowia i szczęścia mięsa jeść nie potrzebujemy w ogóle. Tym bardziej teraz, kiedy lekarze mówią, że dieta roślinna jest najbardziej wskazana, i to nie tylko w czasie pandemii.

Dorota Sumińska, pisarka, lekarka weterynarii z wieloletnią praktyką, psycholog zwierzęcy z zamiłowania, wegetarianka z przekonania. Od przeszło dwudziestu lat prowadzi popularny radiowy program Wierzę w zwierzę. Autorka książek dla dorosłych i dla dzieci o zwierzętach, ludziach, podróżach i życiu. Najnowsza „Dość. O zwierzętach i ludziach, bólu, nadziei i śmierci” czeka na swoją premierę.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>