Eko-wioska w centrum miasta

Alicja Kołakowska / Ekologiczne pomarańcze i cytryny

Już wiem o co chodzi w smaku ekologicznej wędliny. W smaku chleba, serów i wyglądzie eko karczochów. BioBazar, który ulokował się w samym sercu Warszawy jest miejscem, od którego mogę się uzależnić. Uwaga! Znajdziemy tu nie tylko warzywa, owoce czy mleczne przetwory. Także czekoladę, płyn do podłóg, dziecięce zabawki i eko ubrania. Kto jeszcze nie był niech żałuje i nadrabia zaległości.

Należę do grupy pro eko, ale na pewno nie eko-fanatyków, ślepo wierzących we wszystkie cudowne właściwości „zdrowych” produktów. To daje mi pewien margines obiektywizmu. Z przymrużeniem oka potraktowałam więc opowieści moich przyjaciółek, które w okolice ronda ONZ zajechały tydzień wcześniej i wróciły rozanielone.

 Plan był prosty: popatrzeć, porozmawiać, opisać. Do wyboru było ponad tysiąc produktów opatrzonych logotypem „Produkt ekologiczny”. Zakładałam godzinę. Zaczęło się niewinnie, bo najpierw trafiłam na armię ekologicznych środków czystości. Płyny do podłogi, do łazienki, kuchni (jak łatwo się domyślić, eko czyli bez sztucznej chemii, bezpieczne dla dzieci, antyalergiczne i tym podobne). Byłam akurat po zmaganiach z własnym domem, więc to mnie nie skusiło. Minęłam ziemniaki, a pewną komunę okupującą sąsiadujące pomieszczenie ominęłam (co okazało się błędem, ale o tym później). Pierwszy problem pojawił się przy serach – mówiąc, że piszę artykuł, mogłam bezkarnie jeść maleńkie kawałeczki z talerzyków, kiedy sprzedawca opowiadał mi, co właśnie połykam. Tu, zachowując dozę kultury, jakoś się opanowałam. Przepadłam na wędlinach. Przysięgam, kabanos ze sklepu już nigdy nie będzie smakował tak samo… Już wiem, o co chodzi. Wyszłam z paczką drobiowo-wieprzowych, solidnym kawałkiem pasztetu i najlepszą polędwicą, jaką w życiu jadłam.

Rynek z misją

– Jak powiedzieliśmy znajomym, że chcemy otworzyć BioBazar, pukali się w czoło. MyEcolife sam dystrybuuje ekologiczne produkty, a w Warszawie jest dużo sklepów specjalistycznych!. „To strzał w kolano, macie sklep internetowy, dostarczacie do sklepów!” – wspomina dzisiaj Katarzyna Wieczorek. Na listopadowym otwarciu przez zaadoptowane na potrzeby handlu przestrzenie starych fabryk Norblina przewinęło się siedem tysięcy osób. Stare maszyny otoczyły się miodami, ziołami, karczochami, kosmetykami. – Warunek jest taki, że nie możemy niczego tu ruszyć, bo teren objęty jest ochroną konserwatora zabytków – wyjaśnia Wieczorek. Niektórym przeszkadza, że BioBazar jest na terenie pofabrycznym, moim zdaniem ma to akurat swój spory urok.

Podobne bazary cieszą się popularnością w Nowym Jorku i Paryżu. W Polsce coraz częściej możemy natknąć się na mniejsze lub większe skupiska handlarzy eko-towarem, jednak nie ma pewności, że to, co na nich dostaniemy, jest naprawdę ekologiczne, bo o kontroli takich targowisk nic nie wiadomo. To właśnie gwarancja jakości była jednym z celów przyświecających kreatorom BioBazaru. – Zapraszaliśmy tylko firmy z certyfikatami i od samego początku uprzedzaliśmy, że kontrola wpaść może w każdej chwili, bo funkcjonowanie bazaru zgłosiliśmy do wszystkich jednostek, uprawnionych do przyznawania certyfikatów, sprawdzających jakość i wiarygodność towarów – mówi przedstawicielka BioBazaru. Ich ekipa upatrzyła w bazarze misję do przekazania. Po pierwsze chcieli stworzyć miejsce, w którym swoją ekologiczną żywnością będą mogli handlować rolnicy z całej Polski. Po drugie, podnosić świadomość i jednocześnie wpływać na odpowiednią promocję żywności ekologicznej. Po trzecie w końcu, pragnęli dać warszawiakom możliwość zakupu nie tylko „zdrowych” towarów, ale i bezpośredniej edukacji z pierwszej ręki. To wyjaśnia, dlaczego w tych pofabrycznych przestrzeniach można przepaść na kilka godzin. Tu nikt się nie spieszy. I nie o ilość stoisk chodzi. Z handlarzami można rozmawiać do woli, a ci są otwarci i chętni do opowiadania, jak powstają ich produkty, jakie są ich walory… Właśnie na takich rozmowach sama spędziłam kawał czasu.

 

Czekolada zamiast korporacji

Szkoda, że nie ma Rusłana Kozynko – usłyszałam na początku. Chwilę potem dowiedziałam się, że właściciel Rancza Frontiera na BioBazar przyjeżdża z województwa warmińsko-mazurskiego. Kim jest? Z wykształcenia pianistą. Byłym mistrzem Związku Radzieckiego we wspinaczce, a dokładniej zdobywaniu dziewiczych szczytów. To jego sery tak podjadałam. Podobno na pytanie, dlaczego wybrał sery zamiast muzyki odpowiada, że gra swoim owcom. Opowiadał też ostatnio, że wstawił już ser na wesele swojej córki. – A ile ma lat? – padło pytanie. – Czternaście. Zaniemówiłam.

Osobiście udało mi się poznać przesympatycznych właścicieli z Manufaktury Czekolady, którzy dla jej produkcji porzucili wygodne stanowiska w korporacjach. Nie używają chemii na skróty, półproduktów, a ziarno kakaowe sprowadzają z trzech różnych krajów. Różne jego typy sprawiają, że każda czekolada jest inna. Ziarno z Ghany na przykład smakuje, jak prażone orzechy. To z Ekwadoru w połączeniu z chilli (mieszankę taką stosowali już Aztekowie) wyostrza wszystkie zmysły działając jak afrodyzjak. Jest jeszcze posmak grejpfrutowy z dodatkiem żurawiny i imbiru kandyzowanego, albo czekolada mleczna złamana mlekiem i wanilią. Wszystko robione jest przez nich samych i choć oczywiście maszyny idą w ruch, to daleko tej produkcji do masowych fabryk wytwarzających czekoladę do hurtowni.

Z podobną pasją o swojej firmie Ekokonopie Zdrowa Odzież opowiadali mi panowie sprzedający na BioBazarze ekologiczne ubrania. Od szalików i T-Shirtów (uwaga, nawet nadruki na nich wytwarzane są metodą eko) po dziecięce buciki. Historii o właściwościach konopi przemysłowej pochodzących z tej samej rodziny co indyjskie, słuchałam ładnych kilka minut. Okazuje się, że mają one jedne z najmocniejszych włókien, lubią wilgoć, przez co nie wchłaniają zapachów, świetnie przepuszczają powietrze i są odporne na promieniowanie UV. Ponoć używano ich do produkcji lin na statku, a kiedyś były tak popularne jak bawełna. Rolnik mający kawałek wolnego pola miał obowiązek je hodować!

Komuna, o której wspomniałam na początku to miejsce należące do pewnego Szwajcara, który już od 20 lat prowadzi w Grzybowej Arce ekologiczną piekarnię. Na nauki do niego zjeżdżają ludzie z całego świata. I to właśnie oni siedzą we wnętrzach jednego z pofabrycznych pomieszczeń. Ekologicznym chlebem można się jednak delektować nie tylko u nich. Ze szpinakiem, czosnkiem, żytnie, razowe, orkiszowe, na naturalnym zakwasie: takich cudów próbowałam w głównej hali. Okazuje się, że takie chleb przechowywać można w lodówce do półtora tygodnia. Jego twarda skórka nie przepuszcza powietrza do środka, dzięki czemu w środku długo pozostaje miękki i odporny na wysychanie. O wędlinach wspomniałam i nawet nie chcę sobie przypominać, bo zapasy już się skończyły, a to powoduje u mnie bolesny napad tęsknoty za smakiem. Mam tu jeszcze jedną uwagę. Miłe jest uczucie, kiedy czytając skład na opakowaniu parówek, rozumiałam każdy element jaki został użyty do produkcji. Z pełną odpowiedzialnością za słowo pisane, polecam posłuchać i spróbować samemu.

Eko-akcje

Od samego początku swojego istnienia BioBazar nie ogranicza się wyłącznie do handlu. Swoją akcję informacyjną „Śmieci tuczą dzieci” zorganizowała tu już na przykład fundacja Banku Ochrony Środowiska. Przed świętami za przyniesione zepsute sprzęty elektroniczne otrzymać można było choinkę z certyfikatem Forest Stewardingship Council. Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Warszawie chciała w ten sposób zwrócić uwagę na problem nielegalnych wysypisk śmieci w polskich lasach. Do tej pory w każdą pierwszą sobotę miesiąca, przynosząc zużyty sprzęt elektroniczny dostaniemy w prezencie ekologiczną niespodziankę. Trwa też akcja zbierania niechcianych prezentów i wymiany książek. Organizatorzy BioBazaru już mają kolejne pomysły. – Marzy nam się pokaz mody ekologicznej czy otwarte warsztaty kulinarne… – wybiega w przyszłość Katarzyna Wieczorek. Władze Warszawy już zauważyły, że dzięki ekologicznej inicjatywie, w martwej przestrzeni w centrum miasta pojawiła się nowa energia. Mamy więc ożywienie przez żywienie. Oby tak dalej, bo w tym na pewno mogę się rozsmakować.