Elisabeth Gilbert – ani trochę nie żałuję

Gdy jesteś blisko siebie, gdy jesteś połączona ze swoim „ja” i ze swoją duszą, staje się to o wiele łatwiejsze. (Fot. BE&W)

Depresję przekuła w sukces. Zmieniła swoje życie, opisała to w książce „Jedz, módl się, kochaj”, zdobyła sławę. Teraz przekonuje kobiety, jak ważne jest myślenie z miłością o samej sobie. Właśnie ukazała się jej powieść „Miasto dziewcząt”. O odwadze i o siostrzeństwie.

Swoimi książkami i wpisami na Facebooku, na którym śledzi cię 1,7 miliona osób, przeciwstawiasz się oczekiwaniom, jakie świat ma wobec kobiet. Żyjesz pod prąd, twoje bohaterki też z nim nie płyną. Szczególnie te z najnowszej powieści „Miasto dziewcząt”, której akcja toczy się w latach 40. wśród rewiowego blichtru Nowego Jorku. Piszesz tam wprost: kobiety pożądają, mają pragnienia. Niby nie rewolucja, ale…
Świat nigdy nie wiedział, co zrobić z pragnieniami kobiet. To tkwiąca w każdej z nas potężna, nieujarzmiona siła, która potrafi przejąć nad nami kontrolę, wywraca nam życie do góry nogami, może uszczęśliwiać albo wręcz przeciwnie. Ten „smok” jest potężny i dlatego od zawsze mężczyźni, religie i same kobiety usiłują go kontrolować. Ale on się wymyka. „Miasto dziewcząt” opowiada nie tylko o tym, jak bohaterki dają się ponieść swojej seksualności, ale jak owa seksualność kieruje nami wszystkimi. Jak sprawia, że zalewamy się łzami, popełniamy błędy, podejmujemy ryzyko. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, odrzucamy ten temat niczym śmierdzące jajo. Szczególnie że to miecz obosieczny. W końcu dziś kobiety też potrafią być drapieżnikami, wykorzystywać seksualność, manipulować. Nie ma jednej prawdy, chciałam więc moją książką sprowokować dyskusję.

Podejrzewałaś, że w XXI wieku wciąż będziemy musiały brać udział w protestach i krzyczeć, ubiegając się o prawo do decydowania o naszym własnym ciele?
Tak, bo tematem praw kobiet – podobnie jak niesprawiedliwością społeczną, rasizmem czy faszyzmem – ciągle trzeba się zajmować, ani na chwilę nie odpuszczać. Naiwnością jest sądzić, że te rzeczy da się raz na zawsze rozwiązać, a potem będziemy żyli w świecie równości i szczęśliwości. Nie możemy zamknąć oczu i stwierdzić: „OK, Obama jest prezydentem, wygraliśmy”. Okazuje się, że byliśmy naiwni, wygrzewaliśmy się w samozadowoleniu, a faszyzm i rasizm na siłowni świata w skrytości ćwiczyły muskuły, a potem wylazły mocniejsze, ku zdziwieniu nas wszystkich. Wyciągnijmy wnioski, tak jak oni ćwiczmy muskuły. Trzeba znów walczyć – pewnie nasze wnuki też będą musiały to robić.

Powiedziałaś „wnuki” – kolejne oczekiwanie społeczne, z jakim konfrontujesz się w życiu i w „Mieście dziewcząt”, to to mówiące, że rodzina jest przeznaczeniem i spełnieniem kobiety. A ty zdecydowałaś się nie mieć dzieci.
Miałam na myśli wnuki w sensie ogólnym [śmiech], nie moje! Nie było mi łatwo przyznać przed sobą samą, że nie chcę dzieci, kosztowało mnie to masę bólu, bo przecież założenie wszystkich wokół było takie, że będę matką. Siła tego założenia wpycha cię do rzeki o mocnym nurcie, więc zanim się zorientujesz, czy chcesz mieć dzieci, czy nie, już nią płyniesz. Aż w końcu budzisz się porwana przez prąd i nie masz nawet czasu zastanowić się, czy sama weszłabyś do tej rzeki. Mnie się to przytrafiło.

Zderzenie z oczekiwaniami musiało być bolesne?
Matka wyszła za mąż w wieku 24 lat. Siostra wyszła za mąż w wieku 24 lat. I ja też wyszłam za mąż w wieku 24 lat. Matka urodziła dwójkę dzieci, siostra też, więc i ja planowałam dwójkę dzieci, bo przecież tak się robiło w naszej rodzinie! Tymczasem w okolicy trzydziestki zamiast dzieci dorobiłam się rozwodu, załamania nerwowego i depresji. Moje życie się rozsypało, ja się rozsypałam, ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Trzy lata spędziłam w depresji, na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czego chcę, oraz na próbach odzyskania równowagi. Cały czas zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak. I doszłam do tego, że absolutnie nic. To oczekiwanie, że będę miała dziecko, jest bardzo nie tak! Zdałam sobie sprawę, jak okrutne są te społeczne presja i założenie, że dla wszystkich kobiet na świecie istnieje jedna właściwa ścieżka.

Twoim „dzieckiem” stał się bestseller „Jedź, módl się, kochaj”. To sztuka przekuć depresję w sukces?
Rzeczywiście z najgorszych chwil i przeżyć wyszedł mi bestseller. Nie każdy ma takie szczęście [śmiech]. Dziś mam 50 lat i gdy zdarza mi się dołek, smutek – wiem, że to coś głęboko w środku mnie mówi mi, że sytuacja, w której się znalazłam, nie jest dla mnie dobra, że coś muszę zmienić. I zmieniam, bo nauczyłam się ufać temu głosowi. Wcześniej sobie nie ufałam, doszukiwałam się problemów w sobie.

Ufanie sobie i swoim instynktom to wyższa szkoła jazdy?
Gdy jesteś blisko siebie, gdy jesteś połączona ze swoim „ja” i ze swoją duszą, staje się to o wiele łatwiejsze. Codziennie praktykuję jogę, medytuję, modlę się, piszę dziennik, tańczę, śpiewam, rysuję – robię masę rzeczy, by być blisko siebie. To nie przychodzi samo, spędzam długie godziny na tym, by dbać o ogród, który – jak wierzę – każdy z nas ma w sobie. Nasze ciało, umysł, dusza są tym ogrodem. A my jesteśmy ogrodnikami. Problem polega na tym, że gdy jesteś kobietą i zaczynasz o ów ogród dbać, ludzie potrafią ci powiedzieć, że jesteś samolubna. Bo przecież najpierw powinnaś zadbać o wszystko i wszystkich wokół! O męża, dzieci, dom, świat, szefa… To wielkie kłamstwo, które wmawia się kobietom. Każdej z nas Bóg (natura, energia, tajemnicza siła, wszechświat – możesz tu użyć dowolnego słowa) podarował ów ogród po to, żebyśmy o niego dbały. Nikt inny tego za ciebie nie zrobi, bo to twój ogród!

W najnowszej powieści powtarzasz słowami bohaterki: to, jak będzie wyglądało twoje życie, jest w twoich rękach. Czy to według ciebie klucz do szczęścia?
Wiesz, czemu tak wiele kobiet jest nieszczęśliwych w małżeństwach? Bo mówiono im na milion różnych sposobów: „Znajdź męża, załóż rodzinę, zamieszkajcie w pięknym domu, miejcie dzieci – a będziesz szczęśliwa”. A potem gdy spełniłaś już te „warunki szczęścia”, budzisz się pewnego dnia z pytaniami: „Czemu jest mi źle? Czemu jestem znudzona, niespokojna, smutna i tak daleko od samej siebie?”. A potem ci mówią, że jak spróbujesz się do siebie zbliżyć, to jesteś egoistką. Nie ma łatwo. Tymczasem poszukiwanie zadowolenia jest darem dla otaczającego nas świata. Przecież nasze kłopoty i smutki wpływają na ludzi wokół nas.

Każda zmiana zaczyna się od małego kroku. Od czego radzisz zacząć pielęgnowanie swojego wewnętrznego ogrodu?
Jest wiele sposobów, ale moje ulubione ćwiczenie to rozmowa z Miłością, której brakuje nam, gdy czujemy pustkę w życiu. Zadajesz sobie pytania, ale odpowiadasz na nie nie jako ty, tylko jako Miłość. Pytasz: „Gdzie chciałabyś, żebym dziś poszła?”. I niech Miłość odpowie, a ty szykuj się na niespodzianki. Może powie: „Idź do łóżka, wyglądasz na zmęczoną, idź na spacer”, albo: „Nie bój się tego spotkania, świetnie ci pójdzie”. I dalej: „Co chcesz, żebym zrobiła?”. I ostatnie, najważniejsze: „O czym chcesz, żebym wiedziała?”. Może Miłość powie ci, że wszystko z tobą w porządku, przestań się stresować, będzie dobrze, nie musisz tego problemu rozwiązać dziś. To ćwiczenie uczy nas połączenia z własnym „ja”, życia w zgodzie ze sobą. Wszystkim wokół zadajemy te pytania, tylko nie Miłości, a przecież nas, kobiety, to ona napędza. Wydaje się nam, że staniemy się szczęśliwe, gdy znajdziemy miłość albo gdy ktoś nas pokocha – ileż ja czasu na to straciłam! A tymczasem będziemy szczęśliwe dopiero, gdy pokochamy siebie. I nie chodzi o mówienie sobie: „Jestem najlepsza, wyjątkowa”, ale o zapytanie samej siebie z czułością: „Co mogę dla ciebie zrobić, kochanie? Czego potrzebujesz? Jak mogę ci pomóc?”. Dzięki temu znajdziemy w sobie tyle siły, żeby zapytać o to również innych ludzi.

Bohaterka „Miasta dziewcząt” powtarza, że im jest starsza, tym bardziej rozumie siebie i przyzwala sobie na bycie sobą. Decyduje, że nie wyjdzie za mąż, że nie będzie miała dzieci, co w latach 40. wciąż było piętnem. Pogodzenie się ze swoimi wyborami daje nam siłę, by za nimi podążać?
Ona akceptuje swoje wybory, choć świat wcale się z nimi nie zgadza. Przecież to czasy przed rewolucją seksualną! Czasy, w których kobietę uprawiającą seks przed ślubem określano mianem zhańbionej, gdy prezerwatywy mogli kupować tylko mężczyźni, a na założenie spiralki musiał się zgodzić mąż. A ona żyła życiem, które jej pasowało.

Czy to nie dokładnie to, co ty ostatnio zrobiłaś? Zdecydowałaś się zakończyć małżeństwo z mężczyzną znanym jako Felipe z książki „Jedź, módl się, kochaj”, pójść za głosem serca i związać się z wieloletnią przyjaciółką Rayyą.
To było prostsze, niż ci się wydaje. I dodam, że kochałam męża, było nam ze sobą dobrze w tym pięknym, długim, bo aż 12-letnim, małżeństwie. Nie byłam nieszczęśliwa, co czyni moją decyzję jeszcze bardziej radykalną. Ale Rayya była i nadal jest miłością mojego życia. Gdy lekarze wykryli u niej raka, dając jej sześć miesięcy życia, nie było czasu na dramatyzowanie, zastanawianie się, co robić. Siła nagłych wypadków jest taka, że dzięki nim nagle mamy jasność. Gdy Rayya powiedziała mi o diagnozie, wiedziałam, że to ja będę ją trzymać za rękę na łożu śmierci, bo jest najważniejszą osobą w moim życiu. A potem dotarło do mnie, że nie chcę jej za tę rękę trzymać jako przyjaciółka, że ona jest miłością mojego życia! Chwilę broniłam się przed tym uczuciem, ale szybko zrozumiałam, że jeżeli za nim nie pójdę, to moje życie po śmierci Rayyi będzie tragedią. Nie mogłam pozwolić jej umrzeć, nie mówiąc jej, jak bardzo ją kocham, tylko dlatego, że starałam się być dobrą żoną! To by było nie w porządku w stosunku do mnie samej i wszystkich wokół. Od razu poszłam porozmawiać z mężem.

Zrozumiał?
Zrozumiał. Co nie znaczy, że go to nie bolało. Ale ja miałam jasność, jaką daje mi bycie szczerą ze sobą samą. Zrobiłam to, co mi podpowiedziało serce, i jestem za to losowi wdzięczna, choć przyglądanie się, jak Rayya umiera, było torturą. Ale odeszła, wiedząc, jak bardzo jest kochana.

Razem sprawiłyście, że pożyła nie sześć, ale 18 miesięcy?
Lubię myśleć, że potroiłyśmy ten czas dzięki miłości. Na pewno nie za sprawą dobrego leczenia, bo Rayya dość szybko, już po trzech miesiącach, zrezygnowała z chemii. Stwierdziła, że to – za przeproszeniem – pier… i nie spędzi ostatnich chwil życia w szpitalu, że przeżyje je tak, jak chce. Potrzeba siły, by powiedzieć: „Zrobię to po swojemu, bo to moje życie, moja śmierć, moje ciało”. Miała do tego prawo. I pokazała mi, jak ważne jest żyć po swojemu, dokonywać wyborów aż do końca. I przeciągnęła ten koniec najdalej, jak tylko mogła.

Nie bałaś się, że ludzie będą cię oceniać? Że nie zaakceptują twoich wyborów?
Ludzie uwielbiają wygłaszać opinie na każdy temat. Może nie mają nic lepszego do roboty, może się nudzą? Taka krytyka mnie nie interesuje. Jaką szkodę mogłaby mi wyrządzić opinia wyrażona przez nieznaną mi osobę, która mówi: „Nie akceptuję twoich wyborów”? Czy to ma mnie zranić? Może i mogłoby, gdybym nie wiedziała, jak bardzo zraniłby mnie fakt, że nie zdecydowałam się na wyznanie miłości Rayyi i towarzyszenie jej do końca. Miałabym jej pozwolić umrzeć, nie mówiąc jej, jak bardzo ją kocham? Która z tych rzeczy bardziej by mnie skrzywdziła?

Czytelnicy są z twoimi sprawami na bieżąco, na Facebooku czy Instagramie sporo jest osobistych wpisów. Skąd taka szczerość?
Czuję, że nie piszę tylko o sobie, ale o wyzwaniach, jakie stawia przed nami, kobietami, życie. Pod każdym wpisem ludzie piszą: „Ja też to przeżyłam, widzę siebie przez Ciebie”. To ważne, by mówić o lekcji, jaką dostajemy od życia, bo inni też mogą z niej skorzystać. Moje życie jest lepsze dzięki ludziom, którzy kiedyś byli na tyle odważni, żeby podzielić się ze światem swoimi doświadczeniami. Teraz oddaję tę przysługę.

Kobieca przyjaźń i solidarność to siła?
Za każdym razem, gdy pod moim wpisem o innych kobietach pojawiają się komentarze: „To wspaniale, że kobiety się tak wspierają”, myślę: „W jakim ty świecie żyjesz?”. Wokół widzę masę kobiet, które się wspierają, opiekują się swoimi dziećmi, odbierają telefon w środku nocy, by wysłuchać zapłakanej przyjaciółki. Co to za idiotyczny stereotyp, że się nie wspieramy! Z moją najlepszą przyjaciółką poznałyśmy się w wieku dziewięciu lat i wciąż przez te 41 lat jesteśmy blisko. Nigdy nie będę miała małżeństwa z 40-letnim stażem, a mam 40-letnią przyjaźń. Mam też takie 30- i 20-letnie. Świat mówi nam na każdym kroku, że to związek, relacja seksualna sprawi, że będziemy szczęśliwe – i zapominamy o tym, jak ważne i niezbędne są przyjaźnie.

Siostrzeństwo to ważny motyw „Miasta dziewcząt”. W książce pokazujesz też, że zawsze były kobiety wolne, odważne, choć nam się wydaje, że to my jesteśmy nowoczesne. Wyciągasz z otchłani niepamięci niesamowite kobiety żyjące w Nowym Jorku Anno Domini 1940. Dlaczego tak niewiele o nich wiemy?
Każde pokolenie lubi myśleć, że to ono jest rewolucją, że to ono wymyśliło wolność, seks czy sztukę. Ale odważne, ciekawe świata babki żyły w każdej z epok. Świetnie się bawiłam, spotykając się z kobietami, które były młode w latach 40. – najstarsza miała 102 lata. Śpiewała, była autorką piosenek, producentką muzyczną i teatralną, a podczas drugiej wojny światowej miała własną audycję radiową. Albo Norma, najcudowniejsza 96-latka, jaką poznałam, prawdziwa showgirl – artystka rewiowa z Manhattanu, żyjąca życiem pełnym nieokiełznanej zmysłowości. Nie wyszła za mąż, nie miała dzieci, otwarcie opowiedziała mi o swoich pięciu aborcjach. Żyła tak, jakby to ona wymyśliła rewolucję hipisowską ’68! A pochodziła z tradycyjnej rodziny z Chicago, która przez całe życie ją krytykowała. Powiedziała mi: „Wyobrażasz sobie, że oni wciąż są na mnie wściekli? Wciąż powtarzają: »Pewnego dnia pożałujesz tej całej zabawy!«. Na co oni czekają? Przecież mam 96 lat i ani trochę nie żałuję! Miałam świetne życie”. Też chciałabym móc tak w jej wieku powiedzieć.

Elizabeth Gilbert, ur. w 1969 r.; była kelnerką, barmanką, dziennikarką, ale sławę zdobyła jako pisarka dzięki książce „Jedz, módl się, kochaj”. Napisała ją, gdy wyruszyła w podróż w poszukiwaniu równowagi po rozwodzie. Podróż przyniosła jej też miłość do mężczyzny opisanego jako Felipe. Po 12 latach Gilbert rozstała się z nim i związała z wieloletnią przyjaciółką Rayyą. Właśnie ukazała się jej nowa powieść „Miasto dziewcząt” (wyd. Rebis).