fbpx

Elżbieta Dzikowska: „Wolę światło”

Elżbieta Dzikowska: "Wolę światło"
Fot. Jacek Poremba

Elżbieta Dzikowska – Niestrudzona podróżniczka i reporterka. Z tą samą pasją tropi świat i sztukę współczesną. Nie rozstaje się z aparatem. Przez ponad 20 lat ze swoim partnerem Tonym Halikiem współtworzyła słynny telewizyjny duet, a ich program „Pieprz i wanilia” oglądały miliony widzów. Właśnie ukazała się jej pierwsza biografia.

Jak to jest spotkać się ze sobą samą, opisaną przez kogoś innego?
To biografia, choć miejscami fabularyzowana. Nie zawsze odnajduję siebie. Bywa, że Roman Warszewski widzi mnie inaczej, niż ja siebie widzę. Ale wiem, że to trudne zadanie pisać biografię kogoś żyjącego. Nie chciałam się na nią zgodzić, ale autor mnie uwiódł. Przypomniałam sobie, że jak miał 16 lat, napisał do „Kontynentów”, w których prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej, że chce rozszyfrować pismo rongorongo z Wyspy Wielkanocnej. Wtedy zrobiłam z nim wywiad. A zatem był mi to ktoś bliski. Ostatecznie przekonał mnie propozycją wspólnej wyprawy do Vilcabamby w Peru, ostatniej stolicy Inków, w której byłam z Tonym 40 lat wcześniej. Wyruszyliśmy w tę podróż, która stała się dla Romana pretekstem do opowieści o całym moim życiu.

Chętnie połknęłaś przynętę?
Tak, bo bardzo chciałam zobaczyć, jak Vilcabamba teraz wygląda. No, ale właśnie z Vilcabamby robi mi w książce największy zarzut. Kiedy w 1976 roku tam dotarliśmy z prof. Edmundo Guillénem, nie wiedziałam, że została wcześniej odkryta przez Gene’a Savoya. Długo uważaliśmy, że to my odkryliśmy Vilcabambę. I mówiąc już z dzisiejszej perspektywy, odkryliśmy ją dla świata, bo wiele zrobiliśmy dla jej popularyzacji. Nigdy wcześniej nie zrobiono filmu o Vilcabambie. Przed nami nie było tam Polaków. To od nas Polska dowiedziała się o jej istnieniu, również Romek. A teraz tak drąży i drąży, przykładając mi, że uznaliśmy siebie za odkrywców. My tak myśleliśmy, a cała peruwiańska prasa pisała wówczas o tym bardzo pozytywnie. Była ogólna radość, że do tego doszło.

Udostępniłaś autorowi prywatne archiwum, oddałaś swoją historię w jego ręce. Czujesz się skrzywdzona?
Nie. To dobrze napisana książka i świadczy o wiedzy i talencie literackim autora. Wydaje mi się jednak, że byłam pretekstem do tego, aby mógł pokazać siebie. Czasami mam wrażenie, że przytacza pewne sprawy w taki sposób, żeby nie działały na moją korzyść. Na przykład sugeruje, że Służba Bezpieczeństwa zarejestrowała mnie jako „Evitę”. Ale ja o tym nie wiedziałam. Daje do zrozumienia, że mogłam być „Evitą”. Nie pisze, że nią nie byłam.

Cytuje dokument IPN-u stwierdzający, że jesteś osobą pokrzywdzoną. A więc jasno to rozstrzyga.
Może się czepiam? Ty mi powiedz, jak odebrałeś tę książkę.

Jako fascynującą i szczerą opowieść o niezależnej kobiecie, która zawsze realizuje swoje marzenia i potrafi się odnaleźć w każdej rzeczywistości. Warszewski zresztą przywołuje metaforę żaby wrzuconej do naczynia pełnego maślanki, która tak długo macha nogami, aż z maślanki robi masło, i już swobodnie może się wydostać.
No, widocznie uważa mnie za osobę silną, i ma rację. Od dziecka sama musiałam myśleć o swojej teraźniejszości i przyszłości. Odpowiadać za siebie. Sama siebie kształtowałam. Nie miałam innego wyjścia. Mama była zajęta zarabianiem na życie, utrzymaniem naszej babci, mnie i mojego brata. O wszystko musiałam walczyć w myśl zasady: umiesz liczyć, licz na siebie.

Właśnie ta książka uświadomiła mi, choć znałem te fakty z twojego życia, że na całą twoją biografię miały wpływ dwa wydarzenia – śmierć ojca i więzienie, w którym znalazłaś się, mając 15 lat. Nie miałaś dzieciństwa?
To były trudne lata. Musiałam stwardnieć. Moje dzieciństwo skończyło się wraz z aresztowaniem tatusia. Hitlerowcy skazali go na karę śmierci za działalność w AK. I kiedy aresztowano mnie za „próbę obalenia ustroju” – bo należałam do nielegalnej organizacji Związek Ewolucjonistów Wolności i w 1952 roku wpadliśmy po próbie wykolejenia wojskowego pociągu relacji Moskwa – Warszawa – trafiłam do więzienia na zamku w Lublinie, tego samego, w którym trzymano mojego ojca. Ostatniego dnia przed egzekucją ojciec zabrany do rozminowywania pól postanowił uciec. Został rozstrzelany.

Skąd u młodej dziewczyny, właściwie dziecka, myśl o wysadzeniu pociągu?
Odczuwaliśmy silny patriotyzm. Chcieliśmy walczyć. Wykolejenie pociągu było jednym z pomysłów. Nie wiem, czy mądrym, pewnie nie, bo w pociągu znajdowali się też cywilni pasażerowie. A radzieccy żołnierze też nie jechali nim, by nas rozstrzeliwać. Nie rozkręcałam torów, ale byłam tam wcześniej na zwiadach. Poza tym byłam jedyną, która wystrzeliła z pistoletu, bo musieliśmy sprawdzić, czy działa. Umiałam posługiwać się bronią. Byłam mistrzynią powiatu w strzelaniu z kabekaesu z trzech pozycji: leżącej, stojącej, klęczącej.

W książce opisana jest scena twojego aresztowania. Zachowujesz się jak opozycjonistka wyedukowana w rozmowie z władzą. Skąd wiedziałaś, że tak trzeba?
Nie odpowiem ci na to, bo po latach sama się sobie dziwię. Przecież ja nawet wylegitymowałam tych milicjantów, kiedy przyjechali po mnie do mojej cioci. Nie tylko zachowałam zimną krew wobec nich, ale i wobec cioci, którą chciałam uspokoić: „Ciociu, panowie zawiozą mnie prosto do domu. Przygotuj dla mamusi dwie butelki mleka, zawiozę je”. Dała mi butelki z mlekiem, a ja wiedziałam, że nigdzie ich nie zawiozę.

Twój biograf cytuje raporty z przesłuchań. Wynika z nich, że byłaś niezłomna. Nie bałaś się?
Bałam, ale jest we mnie upór nie do przełamania. Do końca nie przyznałam się do przynależności do jakiejkolwiek organizacji. Nawet na sprawach sądowych, na których byłam świadkiem. Padały podczas nich wyroki na moich przyjaciół, którzy się przyznawali, a ja powtarzałam, że nic nie wiem. Grożono mi pięcioletnim więzieniem za fałszywe zeznania.

Myślisz, że twoje późniejsze barwne życie w nieustającej podróży, otwartość na świat i przygody w jakimś sensie rekompensowały brak dzieciństwa?
To sprawa genów. Po rodzinie Górskich, czyli po tatusiu. Mój ojciec lubił się ruszać, był ciekawy świata. I ja to miałam od dziecka. Sama zapuszczałam się do lasu albo do sąsiednich wiosek, zwiedzałam je. To było fascynujące.

Byłaś osobnym dzieckiem?
Byłam dzieckiem biednym, trochę zakompleksionym i może te kompleksy chciałam przełamać? Tak bardzo chciałam wydostać się z Międzyrzeca Podlaskiego, z biednego domu i pójść w świat. Kiedy teraz wracam do Międzyrzeca, pojawia się coś jak dziura psychiczna. Zostało tam kilkanaście lat mojego życia. I nagle nie ma nic. Nawet domu nie ma.

W pierwszą podróż pojechałaś do Chin.
Był rok 1957. Byłam na czwartym roku sinologii. Właśnie wyszłam za mąż za Andrzeja Dzikowskiego i żartuję, że poleciałam sama w podróż poślubną. Poleciałam do Chin samolotem Tu-104, to doskonale pamiętam. Podróż trwała dwa dni, z przerwą na nocleg w Nowosybirsku. Chiny w tamtym czasie były przaśne – na ulicach głównie rowery, ludzie w maotsetungowskich mundurkach albo białych koszulach, nieuprasowanych, ale czystych. Wielki Mur wydawał mi się symbolem izolacji i strachu. Byliśmy jak z innej planety i Chińczycy byli nas ciekawi. W różnych miastach czekały na nas, pięcioro studentów, delegacje samorządowo-partyjne. Tam zaczęłam palić papierosy, bo na nocnym stoliku kładziono nam zawsze paczkę papierosów. Byłam w Chinach sześć tygodni. Na lotnisku w Warszawie czekał na mnie mąż, który akurat wyszedł z więzienia, o czym w ogóle nie wiedziałam. Kiedy byłam w Chinach, pojechał na brygady żniwne, opowiadał tam antypaństwowe kawały, za co wsadzili go do aresztu.

Najważniejsza była jednak ta pierwsza podróż do Meksyku?
Na pewno. Tam też zaczęło się moje wielkie zainteresowanie sztuką współczesną Meksyku. Na Uniwersytecie Warszawskim chodziłam na wykłady prof. Juliusza Starzyńskiego i seminaria Wiesławy Wierzchowskiej, mojej do dziś przyjaciółki. To był początek tej pasji. Śledziłam sztukę współczesną w kraju i podczas wyjazdów. Oczywiście, w Meksyku zafascynowała mnie sztuka prekolumbijska, ale to sztukę współczesną tropiłam najchętniej. Miałam na trzy miesiące 180 dolarów, za które poznałam cały kraj – ludzi, sztukę, artystów – często wiele sobie odmawiając. Ale byłam szczęśliwa. Poznałam na przykład młodziutkiego Joségo Luisa Cuevasa, wspaniałego malarza, z którym się zaprzyjaźniłam. Dziesięć lat później, kiedy wróciłam do Meksyku, zmienił moje życie. To u niego na obiedzie poznałam prezydenta Luisa Echeverríę Álvareza. Zapytał, jakie mam plany. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że wracam do Polski, bo miałam jechać na stypendium do Peru, ale zostało unieważnione. „My pani damy stypendium. Proszę przyjść jutro, będzie mój rzecznik prasowy, wszystko załatwi”. I załatwił.

Twój biograf pyta, dlaczego w ogóle dostałaś to stypendium.
No, właśnie. Ale nie tylko ja je dostałam. Byli inni Polacy. Prezydent Meksyku miał wielką władzę, a takie stypendium nic nie znaczyło, nic go nie kosztowało. Słusznie założył, że jako dziennikarka pozytywnie opiszę jego kraj. A moim zdaniem Meksyk zasługiwał na dobrą prasę.

Warszewski nie rozumie, dlaczego nigdy nie wspomniałaś, że prezydent Echeverría był odpowiedzialny za masakrę na placu Trzech Kultur w 1968 roku, i dlaczego go nie rozliczyłaś?
Miał to na sumieniu. Przede wszystkim mnie tam nie było, kiedy doszło do masakry. Przyjechałam do Meksyku później. Świat już ją opisał. Patrzę na świat pozytywnie i zawsze chcę pokazać to, co jest w nim dobre. To, co rozwija ludzi.

Nie zajmowałaś się polityką ani się w nią nie angażowałaś, bo miałaś te przykre w skutkach doświadczenia opozycyjne, więzienie?
Nie angażowałam się, ale byłam w Solidarności. Przez rok nie występowałam w telewizji, bo odmówiłam, Tony sam występował.

Tony’ego Halika poznałaś w Meksyku. To był grom z jasnego nieba?
A skąd! Zobaczyłam go najpierw w czarno-białym telewizorze marki Wisła, który stał na podłodze. Tony opowiadał o skoczkach z Acapulco. Powiedziałam: „Jaki śmieszny facet”. I wyłączyłam telewizor. Nie wiedziałam jeszcze, że spędzę z nim 24 szczęśliwe i kreatywne lata. A w Meksyku miałam z nim zrobić krótki wywiad. Nie było żadnego gromu. Tony trochę nad tym pracował. Byłam dla niego ważna, m.in. dlatego że byłam Polką. Bardzo tęsknił za Polską. Zawsze czuł się Polakiem, podkreślał, że jest z Torunia. Cieszył się, że wreszcie może rozmawiać po polsku. Poza tym interesowało mnie to samo co jego, czyli poznawanie świata. I dzielenie się tym z innymi. Szybko się mną zafascynował, ale na tę fascynację składały się nie tylko cechy fizyczne. I szybko doszliśmy do wniosku, że razem będziemy Polsce pokazywać świat. Tony był pasjonującym mężczyzną. A ponieważ nudziło go opowiadanie ciągle tych samych historii, konfabulował. Miał wyobraźnię. Tworzył siebie. Był wspaniałym facetem. Tony wydawał się Coco Loco (Szalony Kogut), ale w rzeczywistości był bardzo uporządkowany. Miał wszystko poukładane w segregatorach. Wyglądało na to, że Tony to brat łata, sama barwa i kolor, a ja odwrotnie, jestem ta rozsądna.

A ty siebie kreowałaś? Twój biograf to sugeruje.
Nie. Nigdy nie zajmowałam się kreowaniem siebie.

Kto planował podróże?
Oboje. Tony lubił to, co się rusza, a ja to, co stoi. On wolał zwierzęta, Indian, a ja sztukę, zabytki. Ulegaliśmy sobie nawzajem. A jeżeli to nie było możliwe, rozstawaliśmy się. Tony mówił, że po górach chodzą tylko kozy i rogacze. Więc kiedy jechałam w Bieszczady, on zostawał w domu. Chociaż unikałam podróży morskich, często mu ulegałam. Ale kiedy zdecydował o podróży na Alandy, a Bałtyk jest burzliwy, powiedziałam kategorycznie „nie”. Popłynął z kuzynem. Chciał do Kenii i Tanzanii, pojechaliśmy razem. Kiedy ja chciałam wyruszyć szlakiem katedr romańskich, kupił przyczepę kempingową Niewiadów i pojechaliśmy do Santiago de Compostela.

A urlop – plaża, morze?
Nie, bo okropnie się tam nudzę. Pojechaliśmy do Turcji, do Alanyi. Natychmiast wypożyczyliśmy samochód i udaliśmy się do Kapadocji zrobić film. Lubiliśmy ruch, poznawanie ludzi.

Jest jakaś wspólna podróż, w którą chciałabyś wyruszyć raz jeszcze?
Wiele. Nie Polinezja, chociaż byliśmy na Tahiti tropem Gauguina. To był mój pomysł. Mogę żartobliwie powiedzieć, że Tony się nie gubił w świecie, bo miał mnie. Pojechałabym znów do Peru, bo tam działał Ernest Malinowski.

Ważna dla ciebie postać.
Bardzo ważna. Projektant i budowniczy Centralnej Kolei Transandyjskiej. Udało mi się doprowadzić do postawienia pomnika tego wielkiego inżyniera, najwyżej na świecie, 4818 metrów nad poziomem morza, w miejscu, do którego dociera zbudowana przez niego kolej. To pomnik dłuta mojego przyjaciela Gustawa Zemły, który stworzył też pomnik na grobie Tony’ego – krzyż z czerwonego granitu, na którym wisi plecak wypełniony przygodami, filmami, podróżami. Odchodzą od niego szarfy. Jedna jest pusta. Moja. Leżą tam moi rodzice. I dla mnie też jest miejsce.

Rozmawiasz czasami z Tonym Halikiem?
Tak, oczywiście. Był najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Mówiąc to, krzywdzę Andrzeja Dzikowskiego, który był bardzo dobrym mężem. Byliśmy z Andrzejem małżeństwem 17 lat. Mam długie staże.

Tutaj mieszkałaś z Tonym Halikiem. Które miejsce było jego ulubionym?
Gabinet, tutaj obok. Przy tym biurku pracował. I studio telewizyjne, na dole. Zejdziemy? Pokażę ci. Tu był stół, tu stały dwie kamery. Scenografia się zmieniała. Kręciło się mnóstwo ludzi. A potem, jak Tony odszedł do innego świata, tu był pokój pingpongowy, bo lubię grać w ping-ponga. Byłam nawet mistrzynią Domu Prasy w Kazimierzu. A te zdjęcia na ścianie są z naszego życia – tu jesteśmy w Maroku, a tu w kabinie naszego jachtu…

Teraz są tu twoje fotografie z wielu wystaw.
To jest Biebrza z góry, szlak łosi. Fotografowałam z balonu. A te zdjęcia Ponidzia robiłam z motolotni. Wspaniałe są te maleńkie bociany widziane w poziomie. Polska to dla mnie ważny temat. Nie chciałam kojarzyć się tylko z „Pieprzem i Wanilią”, mam swoje własne zainteresowania. Stąd cykle „Groch i kapusta”, „Polska znana i mniej znana”. A to zdjęcia z mojego cyklu „Świat na korze”, „Świat na pisaku”, „Świat na błocie”.

A twój świat jaki jest?
Mój świat rozgrywa się w świetle, nie zawsze – ale lubię, aby w nim był. Lubię jasność. Dążę do tego, aby taki był świat. Dobre pamiętam, złe zapominam. Moim logo jest uśmiech. Zawsze go rysuję, podpisując książki. Światło jest w sztuce najważniejsze.

A ta kolekcja kluczy?
Przecież to symboliczne. Można uznać, że to klucze do mojego życia. Każdy z nich coś otwiera. Co? Ja lubię niewiadomą. Kiedy z Tonym dotarliśmy do Vilcabamby, wszystko było zarośnięte, gęste, tajemnicze. Ruiny dawnego miasta ukryte były w gąszczu. Zawsze najważniejsze jest to, co przede mną, czego jeszcze nie widać. Dla tej niewiadomej się pakuję i wyruszam w podróż.

Elżbieta Dzikowska, dziennikarka, podróżniczka, krytyczka sztuki, fotografka, autorka wielu książek, w tym albumów i zbiorów wywiadów o sztuce współczesnej „Artyści mówią”. Wspólnie z Tonym Halikiem zrealizowała ponad 300 filmów dokumentalnych i prowadziła program „Pieprz i Wanilia”. W listopadzie ukazała się „Dzikowska. Pierwsza biografia legendarnej podróżniczki” Romana Warszewskiego (wydawnictwo Znak).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>