Felieton Hanny Samson: Kobieta niepokorna

Felieton Hanny Samson: Kobieta niepokorna
fot.123rf

Jak trudno jest nam mówić „nie”! Wydawać by się mogło, że znamy swoje prawa, ale jak przyjdzie co do czego, to nie umiemy z nich korzystać. Nawet w najprostszych sprawach.
Prowadziłam niedawno warsztaty dotyczące stawiania granic. I okazało się to, co zwykle. Nie potrafimy odmawiać. Czyjąś prośbę, nawet absurdalną, traktujemy jak rozkaz: „Wykonać!”. Rzecz jasna, próbujemy się czasem wykręcić, szukamy argumentów, które pozwolą nam powiedzieć: „nie mogę”. W tym celu gotowe jesteśmy uciec się do kłamstwa. Ono przychodzi nam łatwiej niż powołanie się na własny brak chęci. Jakby to nie był argument nawet dla nas samych.

Podczas warsztatu zrobiłyśmy rundkę: jedna osoba prosi o coś sąsiadkę z prawej strony, ta odmawia zgodnie z procedurą zapisaną na tablicy, potem prosi o coś swoją sąsiadkę z prawej i tak dalej. W założeniu była to krótka rundka, chodziło tylko o to, żeby przećwiczyć schemat odmowy. Czternaście osób, bo tyle było uczestniczek, mogłoby zrobić to ćwiczenie w piętnaście minut… Ale grupa potrzebowała na to dwóch godzin! Sytuacje były wymyślone, nikt nikogo nie prosił o uratowanie życia, chodziło o drobne sprawy. Wydawać by się mogło, że nic prostszego niż odpowiedzieć: „Nie, nie zrobię tego, ponieważ…”. I zadbać o relację, jeśli nam na niej zależy.

– Jak to mam odmówić? Przecież tej osobie będzie przykro – protestuje Joanna.

– A chcesz iść z nią do sklepu? – pytam, bo sąsiadka poprosiła Joannę, żeby poszła z nią na zakupy.

– Jasne, że nie! Nie znoszę chodzenia po sklepach!

– No to powiedz jej, że nie pójdziesz – proponuję.

Joanna zwraca się w stronę sąsiadki.

– Nie mogę z tobą iść, bo mam dużo pracy, muszę dzisiaj wysprzątać mieszkanie, bo w sobotę przyjeżdża teściowa i będzie mi wszędzie zaglądać…

– Naprawdę przyjeżdża teściowa?

– Nie.

– Więc możesz pójść z koleżanką do sklepu.

– Ale nie chcę!

– No właśnie. Więc spróbuj jeszcze raz.

Joanna znów zwraca się do sąsiadki.

– Nie mogę iść z tobą, bo mam dużo pracy.

– A naprawdę masz dużo pracy? – pytam.

– No nie.

– Czyli możesz iść z koleżanką na zakupy?

– Ale nie chcę!

– No to powiedz jej, że z nią nie pójdziesz, bo nie lubisz chodzić po sklepach.

I tak dalej. Jeśli nawet to „nie” przedarło się jakoś przez usta, zaraz po nim następowało „nie mogę”. „Nie, nie zrobię tego” było frazą zbyt trudną. Jakby dziewczyny bały się ujawnić, że odmowa wynika z ich decyzji. Co rusz któraś wciągała w sprawę siły wyższe, które służyły wykazaniu, że ona nie jest w stanie spełnić prośby, choćby chciała.

– A chcesz ją spełnić? – pytam kolejną specjalistkę od „nie mogę”.

– Nie.

– To po co ci potrzebna siła wyższa? Po prostu powiedz, że tego nie zrobisz.

A to wszystko działo się już po tym, gdy wypisałyśmy sobie swoje prawa i żadna z uczestniczek nie miała wątpliwości, że mamy prawo dysponować czasem wolnym według własnego uznania.

Po co nam świadomość naszych praw, jeżeli nie umiemy z nich korzystać? Jeśli niemal każda odmowa wywołuje w nas poczucie winy? Czyżby była niezgodna z naszym sumieniem? Wcale nie.

– Czy osobie, której odmawiasz, dzieje się z tego powodu jakaś krzywda? Czy uważasz,
że powinnaś to dla niej zrobić?

– Nie – odpowiadały uczestniczki.

– Czy odmowa jest zgodna z twoim sumieniem?

– Tak – mówiły kolejne osoby.

Więc skąd poczucie winy? Jakby nasze sumienie miało dbać o zadowolenie innych, a nie stało na straży przestrzegania przez nas własnych norm! Jakby nasze sumienie wcale nie było nasze albo nasze tylko w połowie.

A może w każdej z nas istnieją dwie osoby? Ta, która wie, że ma prawo decydować o sobie i że coś jej się od życia należy. I ta druga, która chce zadowolić innych swoim kosztem. Gdy jedna dochodzi do głosu, ta druga czuje się nieswojo i cierpi.

„Wciąż uważałam, że robię za mało, za mało się staram, krzątam, obsługuję. Za mało z siebie daję. Jak dam więcej, może wreszcie zasłużę na miłość?”. To cytat z książki „Jeszcze czego!” Pauliny Młynarskiej. Jej słowa pasują do wielu z nas. Opisują nasz syndrom starania się, żeby zasłużyć. Jak nie na miłość, to choćby na pochwałę. Na cokolwiek. Ważne, żeby inni byli z nas zadowoleni. My nie musimy być zadowolone.

Paulina Młynarska opisuje własne zmagania z życiem, ale na tym nie poprzestaje. Dostrzega wspólnotę kobiecych losów, naszą podwójność i działanie wbrew sobie. Mówi nam bez ogródek, co warto zmieniać, bo nikt tego za nas nie zrobi.

„Napisanie scenariusza swojego życia od nowa, bez kierowania się wytycznymi wielkiego producenta szmiry, jakim jest społeczeństwo, wymaga pracy, czujności i obecności w swoim życiu. Koniec z automatycznym pilotem, tu trzeba sterować ręcznie”.

Wszystkie mamy w głowie wytyczne, którymi karmi się nas od dzieciństwa. Jedna część nas wciąż o nich pamięta i boi się od nich odejść. Druga część zbiera doświadczenia, które podważają ich sens. I co z tym zrobić? Zobaczyć, co jest nasze, a z czym się nie zgadzamy. I dokonywać świadomych wyborów.

Paulina Młynarska ujawnia wiele przekonań, które w nas tkwią, dopóki ich świadomie nie odrzucimy. „Nie ma czegoś takiego jak »dobro rodziny«, które miałoby się realizować kosztem kobiety. Wbijmy to sobie raz na zawsze do głowy”. Albo nasze podejście do miłości. „Idealizowanie miłości jest jednym z najgroźniejszych życiowych błędów” – pisze Paulina i przytacza na to mocne dowody. Wyznaje, że mimo wielu osiągnięć, skutecznego łączenia kariery zawodowej z opieką nad dzieckiem, czuła się koszmarnie, ponieważ nie układało jej się w miłości. Dobrze to znam! Znam wiele kobiet, które wiodą bardzo interesujące życie, mają wiele osiągnięć, a czują się niepełnowartościowe, bo brak im partnera! Skąd to się bierze? Paulina stawia diagnozę: „Od najmłodszych lat uczy się dziewczynki, że to miłość jest najważniejsza. Pomija się natomiast ich osobiste osiągnięcia, sukcesy, umiejętność ogarniania spraw materialnych”. O kobietach szczęśliwych bez księcia w bajkach nie ma mowy. Ale czy naprawdę mamy żyć i oceniać siebie według bajek? Jeszcze czego! Warto w końcu zacząć mówić „nie”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze