fbpx

Anna Janko: Tekst o wielu twarzach

Anna Janko, tekst o wielu twarzach
123rf.com

Właśnie się skończyło tłumne spotkanie z Krystyną Koftą; wychodzę na korytarz. Na korytarzu też sporo ludzi.
Już płaszcz wkładam, gdy podbiegają do mnie dwaj chłopcy, na oko 17-letni. Wyciągają notesiki: „Bardzo prosimy o autograf!”. Odpowiadam uprzejmie, że autorka jest jeszcze na sali. „Ale my byśmy chcieli autograf od pani, pani Magdo!”. „Pani Magdo?” – powtarzam dla pewności,
bo zaczynam coś łapać. „Pani Magda Umer, prawda?” – chłopcy uśmiechają się przymilnie…

To nie ja!..

Nie pierwszy raz się z tym spotykam, że kojarzy się mnie z tą pełną uroku osobą. A także z Katarzyną Skrzynecką się mnie kojarzy, też pełną uroku. „Przepraszam, czy pani jest na przykład tą Kasią Skrzynecką z telewizji?” – zapytała mnie kilka lat temu sprzedawczyni w skarpetkowym sklepie, przedtem przez dwie minuty przeszywając mnie wzrokiem, aż mi niesporo było w skarpetkach grzebać… A czemu nie Michelle Pfeiffer? Bardzo bym wolała, bo mi się akurat Pfeiffer kojarzy najłatwiej! Z powodu tego, że jest dla mnie szczytem urody damskiej… Tymczasem patrzę w lustro, miny robię, żeby się upodabniać najcelniej. Mam tak zwaną plastyczną twarz, wystarczy lekki makijaż, zmiana okularów, fryzura inna jakaś i wyglądam jak nie ja. Jak Zelig się czuję, ten z filmu Woody’ego Allena, co to się stale przeobrażał i częścią był historii Stanów Zjednoczonych, a ponadto refleksją na temat tożsamości jednostki zagubionej w masie ludzkiej. Czy znajdę jak ów Zelig siłę, aby odnaleźć swoje prawdziwe oblicze wśród fałszywych masek? Nie mam pojęcia! Wciąż komuś kogoś przypominam: a to ciocię, a to kuzynkę, a to koleżankę. A niedawno podeszła do mnie młoda kobieta, lat około 40, z pasemkami blond, waga średnia, i mówi: „Cześć! Jedziesz do domu?” „No, jadę”, odpowiadam, bo na przystanku autobusowym stoimy, więc można i do domu na przykład pojechać. „To fajnie – mówi ona – ja też”. „Co słychać” – pyta konwencjonalnie, a ja odpowiadam w tym samym trybie, że OK, nic szczególnego nie słychać, jakoś leci. I za diabła nie mogę z nikim skojarzyć Tej z Pasemkami, z kimkolwiek! Sąsiadka? Znajoma sąsiadki? Znajoma znajomej sąsiadki? Skaner w mózgu pracuje na pełnych obrotach, ale nic się nie wyłania, tylko piana… „No, a co u tej, co jej dziecko takie chore było?” – pyta dalej bezceremonialnie Ta z Pasemkami, a ja już w impasie, w dramacie, synapsy mi się przegrzewają, zaraz całe neurony mi się rozżarzą… „Które dziecko?” – dopytuję, żeby zebrać jakieś dane niepostrzeżenie. „Ten z bliźniaków, Patryś, on miał jakieś takie objawy nie bardzo”. Nadjeżdża 521, wsiadamy, jedziemy prosto, rozmawiamy slalomem. „Nic nie wiedziałam” – odpowiadam przypadkiem zgodnie z prawdą. „Ojej” – Ta z Pasemkami aż się taka robi jakby groźna, że mogłam nie wiedzieć, wszyscy wiedzieli, bo przecież „on na środku podwórka, ten mały, ataku dostał, wyprężył się tak strasznie i oczy o tak wywrócił”. I wywraca oczy poglądowo, żebym mogła sprawę poznać. „Tragedia” – odpowiadam przejęta już nie tylko tym, że mi się kora mózgowa z układem limbicznym nie łączy, ale też i chłopczykiem Patrysiem, że taki chory był…

„Nasz przystanek” – przerywa nagle moja towarzyszka i się ku drzwiom przepycha, oglądając się przez ramię, bo ja się nie przepycham, w miejscu stoję, bo do mnie jeszcze kawał drogi. „A ty co?” – niepokoi się. „Ja na Grochowie mieszkam” – wyjaśniam i wtedy ona robi taką minę, jakby to był adres na Księżycu, a nie w gminie Centrum miasta stołecznego… „Od kiedy???” – woła jeszcze i już zstępuje ze schodka, bo ją prąd ludzki unosi. „A już z 15 lat!” – odkrzykuję zza pleców pasażerów. „Ale przecież tydzień temu… na Bitwy Warszawskiej…” – i tu się głos urywa, bo Ta z Pasemkami ostatecznie wysiada, drzwi autobusu się zamykają. Widząc jej zdumioną twarz po drugiej stronie szyby, układam wargi w bezgłośny komunikat: „To nie ja”.

Kto to, co to?

Ludzki mózg działa na niezwykle subtelnych „podzespołach”. Wydaje nam się, że nigdy, przenigdy nie pomylimy swojej żony z kapeluszem (nawiązuję tu do tytułu słynnej książki Olivera Sacksa „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”), tymczasem okazuje się, że pamięć w większości polega na kreacyjnym rekonstruowaniu wcześniejszych wrażeń, a nie na ich odtwarzaniu! Zaburzenia przetwarzania informacji wzrokowej mają miejsce na rozmaitych poziomach i dzieją się z różnym nasileniem; zależą także od indywidualnych doświadczeń i skłonności. Nie musi zaraz dojść do poważnego „zespołu błędnej identyfikacji”, jak na przykład zespół Capgrasa (gdy ma się wrażenie, że ktoś dobrze nam znany został zastąpiony przez sobowtóra) albo zespół Fregoliego (urojenie, że osoby obce są nam dobrze znane) czy wręcz tzw. błędne utożsamienie, kiedy to własna twarz w lustrze wydaje się twarzą obcego człowieka! Czasami jesteśmy po prostu roztrzepani i nie przyglądamy się otoczeniu uważnie, podświadomie dopasowujemy wtedy brakujące „elementy obrazka”, korzystając z zasobów pamięci. Czasami ktoś lub coś (jako obiekt) nawiązuje w drobnej cząstce do utrwalonego w głowie modelu, a my automatycznie utożsamiamy to „nowe” z tym „starym”! A do tego nie możemy się nadziwić, że ciocia Ela nie widzi podobieństwa swojej córki do kuzynki Basi i uważa, że to skóra zdjęta z wujka Mietka, choć wujek Mietek ma oczy szare i nos jak kartofel, a córka jest czarnooka i nos ma jak guzik.

Nasz umysł wciąż porównuje i różnicuje, bo taka jest zasada jego działania. A ponadto coś w nas stale pragnie oswajać świat i najchętniej komponujemy swoje otoczenie, włączając do niego jak najwięcej znanych obiektów. Mój „zeszły” mąż na widok białej syreny (popularne auto w czasach PRL-u) do znudzenia powtarzał: „O, Stasiu jedzie”. Stasiu, nasz przyjaciel, miał białą syrenkę. Ale oprócz Stasia jeszcze tysiąc ludzi w mieście jeździło takim autem – co nie miało dla męża znaczenia. Staś jak hybryda jakaś zrósł mu się z syreną na amen.

Inną częstą przyczyną pomyłek i omamów wzrokowych może być – tak sądzę z własnych doświadczeń – szczególne napięcie emocjonalne. W mózgu dochodzi wtedy do jakichś niekontrolowanych wyładowań w neuronach, do „przepięć” powodujących niespodziewaną zmianę konfiguracji połączeń pod wpływem na przykład wysokiej temperatury uczuć.

Poszło po neuronach…

Kiedyś, wcale nie tak dawno, gdy byłam chwilowo, ale mocno zakochana w pewnym panu, świat mi się wydawał cudownym miejscem, a ludzie jak bracia. Dodam, że byłam wtenczas w obcym mieście i mieszkałam w hotelu. Było to tak intensywne odczucie (spowodowane silną emocją miłosną, która pobudziła w mózgu znacznie większy obszar, niż należało), że pani w kiosku wydawała mi się dawną koleżanką ze szkoły, recepcjonista synem znajomego redaktora, a kelnerkę – byłam niemal pewna – spotkałam na wakacjach na Helu przedzeszłego roku. Gdy jednak rankiem odsłoniłam zasłony w pokoju hotelowym i ujrzałam kredą wypisany na asfalcie ulicy wielki napis: KOCHAM CIĘ – wiedziałam już, że mam coś z głową, że poszło po neuronach…