fbpx

Anna Janko: W efekcie odbicia

Anna Janko: W efekcie odbicia
123rf.com

A więc moje „ja” wcale nie jest tak nieodwołalnie przytwierdzone do mnie, skoro miewam przebłyski czyjejś innej obecności w sobie?
Chłopiec wchodzi do pustej kuchni i staje przed chromowanymi drzwiczkami piekarnika. Wpatruje się w nie jak w lustro. Robi miny. Zbliża twarz do lśniącej powierzchni i dłońmi robi taki gest, jakby miał zamiar wycisnąć pryszcz. Za chwilę odgarnia włosy z czoła i odwraca głowę, jednocześnie zezując w stronę piekarnika, by zobaczyć siebie z profilu. Po czym rozpłaszcza palcami swój nos i mówi gniewnym tonem: „Dusty! Ty cholerny pingwinie!”.

Ta wyimaginowana scenka przedstawiać by mogła Dustina Hoffmana w biograficznym filmie, gdyby takowy powstał. Bo ten wybitny amerykański aktor za młodu nie znosił swojego wyglądu i stale czuł się – tak sam o sobie opowiada – „jak kupa gówna”. Wspomina czas pierwszej młodości bez entuzjazmu, przyznając, że nader często z rozpaczliwą wściekłością przeglądał się w owych lśniących drzwiach od piekarnika.

Kto z nas tego nie robi już w dzieciństwie? Przeglądanie się w czym się tylko da jest chyba obowiązkowym etapem budowania dziecięcej tożsamości. W drzwiczkach piekarnika, w drzwiach politurowanej szafy, w sklepowych wystawach, w emaliowanym dzbanku. Ja notorycznie przeglądałam się w łyżce; zabawa z wypukło-wklęsłym zwierciadłem łyżki pozwalała przerwać nudę oczekiwania na obiad. A w Boże Narodzenie chodziłam wokół choinki i co chwila zbliżałam oko do błyszczącej bombki, by się dziwić, jakie się robi wielkie i straszne. I w kałużach po deszczu oglądałam swą postać, a potem wrzucałam kamyk, by rozbić odbicie. Fascynowała mnie też nieskończoność, którą zobaczyć można na własne oczy, gdy się staje pomiędzy dwoma lustrami, a one wzajemnie zwielokrotniają obraz aż po przepaść bez dna.

– Wiesz przecież bardzo dobrze, że nie jesteś prawdziwa – słyszy Alicja po tamtej stronie lustra, w krainie czarów. Jednak i po tej stronie bywa tajemniczo i można poczuć się naprawdę nieswojo… Kiedy bowiem stajemy przed lustrem, zmienia się tzw. lateracja, lewa strona staje się prawą, prawa lewą. Jakby półkule mózgowe zamieniły się miejscami. Podlegamy więc czemuś, co jest jak zawrót głowy, na jakimś bardzo podstawowym poziomie, ponieważ lewo- czy praworęczność to bardzo głęboko sięgająca właściwość psychosomatyczna; odwrócony obraz wywołuje spore zamieszanie w mózgu i może budzić nieuświadomiony niepokój o tożsamość. Czy ta osoba naprzeciwko to na pewno ja? Czy może sobowtór? Pamiętamy z dawniejszych relacji, jaki szok przeżywał człowiek kultury pierwotnej, gdy pierwszy raz dostał do ręki lusterko… Pamiętamy też lustrzaną tarczę Perseusza i śmierć gorgony Meduzy z greckiego mitu, która umiera, patrząc we własne odbicie. A nasz słowiański bazyliszek? On także ginie od spojrzenia w lustro. Takie mity nie biorą się znikąd, pochodzą ze zbiorowej podświadomości.

Lustro, odbijając, także pochłania… Spróbuj dłużej patrzeć we własne oczy – poczujesz się jakoś dziwnie, jakbyś w studnię spoglądał. A oczy kochanka? To też są lustra, w których i odbijasz się, i toniesz. A właściwie odlatujesz w odległe przestrzenie, w jakiś kosmos, pomiędzy gwiazdy i dalej. Dreszczy można dostać od takiej mieszanki strachu i rozkoszy, jaka wtenczas człowieka ogarnia.

Lustro to rodzaj oka – odzwierciedla, ale i patrzy; widzi świat, który się w nim odbija, pochłania wiedzę równą temu, co odzwierciedla, i wszystko pamięta. Wydaje się wszechwiedzące, a nawet jasnowidzące. A jeśli ma własną duszę? W jakże wielu bajkach odgrywa rolę magiczną!

Gdy byłam dziewczynką, moja babcia, widząc, że zbyt często zaglądam do lusterka, powtarzała: „kiedyś ci się tam diabeł pokaże”. Oczywiście, że jej nie wierzyłam. Marzyło mi się natomiast, że jakimś cudem ujrzę w lustrze zamiast siebie twarz przyszłego męża. Robiłam takie ćwiczenie: zamykałam powieki i otwierałam je na ułamek sekundy, by w błysku światła mogła mi się ta twarz objawić. Nic takiego się nie stało. Zawsze byłam tam tylko ja. Niestety, mąż jest zawsze niespodzianką…

Jednak bohaterce mojej powieści zdarza się zobaczyć w lustrze więcej niż siebie samą. „Gdy przechodząc szybkim krokiem przez przedpokój – opowiada Hanka w »Pasji według św. Hanki« – mijam duże lustro, które obejmuje całą ludzką postać, przez moment mam wrażenie, że mijam się z własną matką. To jej sylwetka, jej spojrzenie spod brwi, jej gest odrzucania włosów z twarzy. Przez ułamek sekundy jestem nią także w środku, czuję, jak jej tożsamość uderza o moją w locie, tak samo jak cień ptasiego skrzydła w ostrym słońcu uderza o ścianę. I przez chwilę mam zawrót głowy, a nawet całego jestestwa. A więc moje »ja« wcale nie jest tak nieodwołalnie przytwierdzone do mnie, skoro miewam przebłyski czyjejś innej obecności w sobie? Na oko wcale nie jestem podobna do mojej matki, ale ona mnie urodziła, wychowała i ciągle we mnie żyje, czy tego chcę, czy nie. Jest tam w środku, razem ze swoim dzieciństwem, młodością, aż po swoją starość i zapewne śmierć. Objawia się to w arcykrótkich odsłonach, ale nie pozostawia wątpliwości”.

Lustro jest jednym z najbardziej tajemniczych przedmiotów, jakie wynalazła ludzkość, podglądając naturę. Pierwsze lusterka to były polerowane płytki z miedzi albo brązu, które śniedziały i matowiały, nie dając nigdy czystego odbicia. Dlatego w „Hymnie o miłości” z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian czytamy jako oczywiste wtenczas zdanie: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno…”. Bo prawdziwie idealny obraz dały dopiero wynalezione znacznie później lustra ze szklanej tafli, pokryte od spodu srebrem bądź aluminium, odbijające niemal 100 procent światła.

Odbicie w zwierciadle tak bardzo nas, ludzi, fascynuje, że jest ono od wieków niezwykle częstym motywem i symbolem w sztuce. Również architekci chętnie korzystają z luster we wnętrzach, a już namiętnie projektują szklane elewacje dla biurowców, uzyskując dodatkowy walor odbicia światła i otoczenia. Pamiętam, gdy ponad ćwierć wieku temu w Bostonie ujrzałam pierwszy raz wieżowiec obłożony błękitnym szkłem, w którym odbijał się piękny stary kościół, stanęłam oniemiała z wrażenia, bo to był obraz prawie niebiański.

Wyczytałam w Internecie, że jest hipoteza astrofizyczna zakładająca, że ta monstrualna liczba gwiazd w widzialnym wszechświecie może być wynikiem złudzenia optycznego. Że istnienie 50 miliardów galaktyk (a w każdej z nich po blisko 100 milionów gwiazd) nie musi być rzeczywistością, ale pozorem, efektem odbicia światła w kulistej strukturze przestrzeni kosmicznej. „Jesteśmy niby w gabinecie luster albo w foyer opery lub filharmonii ze ścianami równoległymi obłożonymi zwierciadłami, które dają nieskończoną liczbę obrazów spacerujących gości, coraz to dalszych i coraz to słabszych wizualnie”, pisze jeden z autorów Salonu24.pl.

Na jakim więc świecie my żyjemy? Co jest pierwotne, a co wtórne? Czy możemy ufać temu, co widzimy na własne oczy? Jesteśmy w krainie czarów po tej stronie lustra? A czytamy o tym tutaj, w piśmie, które nazywa się „Zwierciadło”…

?>