fbpx

Demon urodzinowy

Urodzinki. Upominki od rodzinki, torcik i… zła księżniczka. Gnijąca madonna z marnym licem. To ja – zwłoki wywłoki niewyspanej, głodnej i bez apetytu. Koszmar mijającego lata. Natalia Maria Przybysz, która obchodzi urodziny od 27 już lat, zawsze pierwszego września od rana jest jak bomba zegarowa.

We własne urodziny robie najgorsze sceny i jestem złaaa jak zespół Siekiera! „Szewc zabija szewca. Bum-ta-ra-ra, bum-ta-ra-ra!” Łzy, grymasy, trzaskanie drzwiami – istne egzorcyzmy maja miejsce na oczach mojej rodziny i najbliższych przyjaciół. Kocham ich za to, ze to znosili. Że nagle w ten dzień następuje aktywacja mojego ego, które jak Alien wyłazi mi przez oczy, usta i miota całym ciałem. To fałszywe cos siedzi cicho do ostatniej chwili, by w godzinę odpowiednią wyskoczyć i nastraszyć wszystkich, a najbardziej mnie samą. Ujawnia sie na tydzień przed dniem zero. Ja to ignoruję, bo nie dowierzam, ze znów zacznie szaleć jak rok wcześniej, i oznajmiam, że nic nie potrzebuję na urodziny, że jakby niczego nie organizuję, bo to nie takie ważne. Zamieniam sie w Kłapouchego z „Chatki Puchatka” i z wolna rezygnuję z ludzkości. Przestaję liczyć nawet na pęknięty balonik w prezencie. Ale na jakieś trzy dni przed bierze mnie strach, że nikt mi nie zorganizuje tortu i świeczek i po raz pierwszy ich nie zdmuchnę, i rok następny sie nie uda. Dziwne jest to przekonanie we mnie, ze skoro rok po roku były świeczki, to będą i muszą być juz zawsze.

Dwa lata temu zrobiłam taką burzę, że gdy tylko to sobie przypomnę, robie sie potulna i milutka jak kaczuszka. Poszło o to, ze dostałam 25 słoneczników, a ja przecież lubię róże. Tragedia. Wstyd. Zupełnie nieracjonalna reakcja – demon urodzinowy wcielony. Wczoraj moja mama opowiadała mi o Edith Piaf, która nienawidziła tych pretensjonalnych, jak mawiała, kwiatów. A ja róże uwielbiam i wszystko co różane tez. I zupełnie tego nie rozumiem, bo jest dużo innych delikatniejszych kwiatów. Myślę, ze jestem najgorszą wersją romantyczki, czyli udającą nieromantyczkę romantyczką. Za taką nie dojdziesz nigdy. Ta moja pokrętna natura romantyczna skazuje mnie i najbliższych na cierpienia. Mam jednak podstawy sądzić, ze jest więcej nas – kobiet trudnych. Jesteśmy jak dzieci, czekamy, aż ktoś zrobi nam to cudowne: „A kuku – kocham cie!” Nie mam pojęcia, jak na to nie czekać? Jak żyć bez oczekiwań? Zabij mnie, nie wiem. Tak wiec wypatrujemy rycerzy, którzy powinni nas zaskoczyć, a oni jakoś nieszczęśliwie długo wsiadają na te koniki i mają spore obsuwy, bo na przykład nigdzie nie mogą kupić świeczek albo boją sie, czy trafią w nasze gusta z prezentem. Potem nie trafiają i księżniczka odcina im głowę, potem inne kończyny i gdy zostaje sam korpusik, jest jej smutno i płacze, bo w sumie królewicz był niezły i teraz to jest jej szkoda. Po takiej masakrze następuje oczyszczenie i olśnienie. Rekonstrukcja królewicza. Mija godzina zero. Są przeprosiny. Poziom płynów (łez) w organizmie zostaje wyrównany i można normalnie kontynuować imprezę urodzinowa. Po torciku nasz poziom cukru we krwi wzrasta i jesteśmy pomyślnie przeteleportowane o rok dalej. Zapijamy łezki herbatka, równomiernie temperując wszystkie schizki i nerwówki. Jest dobrze – przeżyłam!

Dla wszystkich kobiet urodzonych jesienią fragment piosenki Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego „Jesienna dziewczyna”:

Z tej drogi, która przeszło
Za wiosną swoją lato
Nie patrzę juz na przeszłość
Przed siebie patrzę za to.
Ze wzrokiem na zakręcie,
Za którym jest juz jesień
Wciąż czekam nieugięcie,
Że ona mi przyniesie…
Jesienna dziewczynę
Odmienną niż inne
Dziewczynę z chryzantemami.
Z chryzantemami.
Dziewczynę jesienna,
Dziewczynę bezcenna
I niezamienną juz na nic,
Juz na nic […]