fbpx

Dniówka prenatalna

„La Nana”, czyli „Służąca”. Film Sebastiána Silvy pod tym tytułem określany jest jako komediodramat. Może i trafnie, skoro śmieszne i straszne ukazuje rzeczy.

Dzieją się one we współczesnym Chile, w zamożnym inteligenckim domu, sympatycznym i światłym. Dzieci odmawiają paciorki, a mama wykłada na uczelni. Tata gra w golfa i klei modele statków. A służąca mieszka z nimi od ponad 20 lat i codziennie, ubrana w uniform jak hotelowa pokojówka, podaje państwu do łóżka śniadanie. Nie obawiajmy się – nikt tu nikogo nie skrzywdzi, nie zgwałci, nie porwie. Raquela, ponura i nieco zdziczała sługa, jak określiłby ją Witold Gombrowicz, całymi dniami odkurza, froteruje i taszczy. Gotuje. Zmienia pościel, prasuje. Zna wszystkie sekrety państwa, chłopięce polucje podopiecznych. Gdyby mogła, pewnie by za nich zaczęła wydalać i oddychać, żeby się państwo nie przemęczali. To nie wszystko. Film opowiada przede wszystkim o dramacie niespełnionych uczuć macierzyńskich. Dziewczyna, która wyniańczyła wszystkie dzieci państwa Valdesów, żyje w przekonaniu, że jest ich… No właśnie. Kim? Nie matką przecież, więc może ciotką albo siostrą? „Jesteś tylko służącą, oni wkrótce zapomną, jak się nazywasz” – przemawia do niej inna, zestarzała już u obcych sługa. Ale Raquela nie słucha. Końca tej opowieści nie zdradzę. Jest raczej pogodny, bo całość nie ma szczególnie rewolucyjnych zamierzeń. Po prostu czyni niewidzialną widzialną. To wszystko.

Wspominałam sobie ten film, czytając o bezprecedensowym sporze, jaki toczyć ma się przed polskim sądem. Oto kobieta wynajęta przez bezdzietną parę na matkę zastępczą, tak zwana surogatka, otrzymawszy 30 tysięcy złotych i urodziwszy dziecko płci męskiej, odmówiła zbycia praw rodzicielskich i domaga się… oddania jej syna. Biologicznie dziecko jest jej, genetycznie należy do pana, który zawarł z nią kontrakt, komórka jajowa pochodziła od dawczyni. Prawo teoretycznie stoi po stronie matki zastępczej, bo w Polsce matką jest ta, która rodzi. Z drugiej strony kontrakt między „surogatką” a przyszłymi rodzicami został zawarty z pozoru uczciwie. Może były tam jakieś szczegółowe zapisy dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa matki zastępczej i powierzonego jej zarodka, ale tych szczegółów nie poznaliśmy. Brukowce oceniły całe przedsięwzięcie jako sprzeczne z wartościami rodzinnymi. Co prawda przedstawiały niedawno bliźnięta Sarah Jessiki Parker powite przez wynajętą w tym celu istotę, ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, mały smrodzie, to jasne.

Nie jestem przeciwniczką takich praktyk. Podobnie jak sądzę, że praca służącej w przyjaznym domu może być niegłupim pomysłem na życie dla osoby ubogiej i może niespecjalnie błyskotliwej. Nawet kosztem własnego życia prywatnego, nawet kosztem samodzielności. Nie jestem hipokrytką. To nie „świat się kończy”, tylko zmienia się nasza wrażliwość. Jak świat światem bogaci używali ubogich kobiet jako mamek, które karmiły ich dzieci własnym mlekiem, niań takich jak Raquela, najczulszych piastunek, których imiona z trudem po latach przypominano sobie w przypływie sentymentu. Pytanie tylko, jak te kobiety były przy tym traktowane i na ile ich uczucia miały dla kogokolwiek znaczenie. Ale nie tylko o uczucia tu chodzi. Właściwe pytanie jest po marksistowsku proste. Za ile? Ile kosztuje 20 lat mijających w cudzym domu jak jeden dzień? Ile kosztuje całodobowa, nieprzerwana praca organizmu kobiety noszącej ciążę za inną kobietę? Na ile wycenić należy ryzyko powikłań, ciężar porodu? Jak oszacować koszty emocjonalne, które zostaną tu – tego możemy być pewni – poniesione? Ile kosztuje krew, obciążenie kręgów lędźwiowych? Ile rozerwane krocze? Ile za każdy dzień pracy La Nany prenatalnej, niani niańczącej wymarzone dziecko państwa we własnym brzuchu? Jak trzydziestoparoletnia mieszkanka Łodzi mogła „zgodzić się do pracy” za trzydzieści tysięcy, sto złotych za dobę, grosz tak mizerny? Wolny rynek, skoro dyktuje takie ceny, jest raczej targiem niewolnic, bo taryfa za urodzenie komuś dziecka powinna wynosić co najmniej tyle co przyzwoity samochód.
 
Nie wiadomo, jak skończy się proces, wiadomo, że „surogatka” czuje się oszukana. Efekt jej dziewięciomiesięcznego trudu zniknął, ona została z pustym brzuchem, pustymi rękami. Za to państwo nigdy nie zapomną jej imienia. To dobrze!