fbpx

„Ja” z pikseli

Ktoś z internautów pyta mnie o moją szczerość jako autorki. Zadrżałam. Bo jak mam teraz wytłumaczyć, że wcale nie jestem szczera, a mimo to mówię prawdę?

W moim mieszkaniu jest straszna kuchnia, ze starymi rozsychającymi się meblami z płyty paździerzowej i laminatu. Do tego kafle brązowawe, niemiłosiernie krzywe, brzydkie jak wołowina z kością, za to przyklejone na zicher, na siny cement! Kładł je 30 lat temu jakiś nieszczęśnik z esperalem w plecach, ręce mu się trzęsły (a i tak długo nie pożył, bo esperal zapił). Prawdziwa kobieta współczesna dawno by oszalała w takim miejscu, znając topografię i asortyment Ikei. Ale ja przecież nie właduję pieniędzy (bo ich nie mam na bieżąco) w remont nie mojego lokalu! Po paru nieskutecznych próbach wykupienia mieszkania od administracji (właściciel gruntu za granicą, sprawa w sądzie od dziesięciu lat) przestałam szaleć i poczułam rozkoszny chłód estetycznej obojętności. Patrzę i nie widzę. Raz-dwa robię sobie kawę i wracam do pisania. Trasa szybkiego ruchu. Właściwie to mam wrażenie, że wcale nie jestem w kuchni, lecz ze swojego pokoju wyciągam ręce, bardzo długie ręce, które płuczą kubeczek, wsypują kawowy proszek, podnoszą czajnik Tefal i go przechylają w odpowiednią stronę. I sobie wracam do pisania. Albo mejlowania, albo blogowania, albo zwykłego szperania w Internecie.

Perystaltyka wyobraźni

Pani żyje moje życie, zaczynam się Pani bać. To Elisabeth, znowu mi się wpisała na bloga. To już trzeci wpis, odkąd trafiła na mnie w sieci. Wyobrażam sobie, jak po powrocie z pracy i po robocie na odcinku domowym (jest tam na gospodarstwie mąż oraz pies, podobnie jak u mnie), siada wreszcie do swego różowego laptopa, kładzie dłoń na myszce i najeżdża na „ulubione”… Bo zapewne wszystkie moje adresy ma już w zakładkach. Sprawdza, co u mnie nowego: w blogu i na WWW, i na forum.

Coraz mnie więcej „na tamtym świecie”… Szybko to poszło. Nawet mój dorosły syn skonstatował z przekąsem, że się na piksele rozmieniam. Miało dziecko nadzieję na matkę zabytkową, którą się zwiedza w godzinach otwarcia, na przykład w niedzielę przy okazji podwieczorku z szarlotką, a tu można się w sieci na nią natknąć! Już raz tak było, że go rozpoznałam na pewnym forum i włos mi dęba stanął w obliczu słownika. Niestety, dałam znać, że się zorientowałam, i miałam go z głowy na kwartał, tak się do mnie zniechęcił. Wciąż od początku zadziwia mnie zjawisko podwójnej osobowości niektórych dzieci, które poza granicą realu przeistaczają się w nieznaną istotę, organicznie obcą, po brzegi wypełnioną serpentynami genów nieznanego pochodzenia…

Elisabeth napisała, że mieszka na drugiej półkuli (myślałam wcześniej, że to tylko taki internacjonalny nick!), w Kanadzie. A pracuje w USA. Że codziennie jeździ do pracy tunelem granicznym i stoi w korkach, bo w tym tunelu często panuje „zatwardzenie co najmniej godzinne”. I wtedy ma czas na spokojne słuchanie mojego audiobooka. Jej polszczyzna ma wszelkie pozory aktualnego języka kraju przodków, jednakowoż wiele elementów pozamieniało się miejscami pod wpływem zasadniczej zmiany geośrodowiska. Mutacje dają zaskakująco twórcze efekty.

Zatwardzenie, zaparcie, zastój, blokada, korek to są wyrazy bliskoznaczne i na upartego można ich używać zamiennie. I tak właśnie się dzieje w wielu amerykańskich rodzinach niegdysiejszych polskich górali! Tak odświeżony język sprawia, że informacja dociera do mnie nie tylko mentalnie, ale także zmysłowo. Nieomal czuję to napięcie i dyskomfort panujące w zatkanym tunelu i wierzę, że słuchanie zajmującej powieści w ciasnym wnętrzu uwięzionego auta może skutecznie odwracać uwagę i powodować zbawienne odprężenie mięśni. Może również wpływać na perystaltykę wyobraźni, rozluźniać wizję sznura pojazdów. No i ta ulga, gdy widać światło w tunelu!

To nieprawda, że nieprawda

Jest piąta rano, kawa, komputer, newsy. Rolety w oknach zaledwie trochę pobladły, świt jakby się waha. A ja jak ten nocny stróż przed końcem zmiany, przez którego kręgosłup przebiega południk zero, więc trwa on w obu światach: nocnym i dziennym, niedobudzony po niespaniu, odziwaczały po czuwaniu, dogłębnie dualny, rozszczepiony po rudymenta, pionier ziemi obiecanej w pierwszych promieniach słońca…

Przede mną ekran, na którym Elisabeth wyznaje, że ma wrażenie, iż to jej własne losy zostały w mojej książce uwiecznione! A ostatni mój wpis blogowy utwierdził ją w tym jeszcze bardziej. Inna internautka, już krajowa, napisała w swoim komentarzu, że dla niej ważne jest, czy może identyfikować się z osobą, której twórcze teksty czyta. Czy są one szczere, czy nie. Czy nie manipuluje się jej emocjami. Zadrżałam. Te komentarze tylko pozornie są dla autora łaskawe. Szczerość! Siostrzyca prawdy! Jakże często brana za nią samą! I jak mam teraz wytłumaczyć, że wcale nie jestem szczera, a mimo to mówię prawdę?

Zacznijmy od podstaw: Anna to nie jest imię przy chrzcie mi nadane (tamtego szczerze nie lubiłam), a Janko to pseudonim literacki, prawnie zatwierdzony, a nie nazwisko rodowe czy po mężu. Skomponowałam sobie te personalia samodzielnie, opłacając je w urzędzie znaczkami skarbowymi o wartości 300 zł. Do tego nie syna wytropiłam w Internecie, jak się wypowiadał niecenzuralnie, a córkę. I to nie ja miałam tego pecha, ale mój tata, który kołuje po forach jak stary jastrząb. Ponadto Elisabeth to nie Elisabeth i nie mam pojęcia, czy ma ona różowego laptopa, zaś moja książka – z którą się identyfikuje – nie jest prostodusznym odzwierciedleniem mojego życia, lecz wiązką projekcji podpiętych narracyjnie do piszącego „ja”. Na koniec sytuacja w blogu opisana: to rozkoszny melanż trzech randek, a każda z kim innym. I co teraz? Mam wołać: „to nieprawda, że nieprawda?”. Mam powtórzyć za moją powieściową bohaterką, że w tekście mym „jest dokładnie tyle kłamstwa, ile potrzeba całej prawdzie”? Że gdybym była wyłącznie szczera, czytelnicy być może nie odnaleźliby żadnych analogii, a ponadto byliby znudzeni lub zniesmaczeni? I że pomimo to, iż się szczerością brzydzę, jestem prawdomówna, a to, co piszę, jest realną prawdą o mnie, która pisze i która czuje, myśli, marzy, śni???

A teraz szczerze powiem: W moim mieszkaniu naprawdę jest straszna kuchnia z rozsychającymi się meblami. Naprawdę wstaję o piątej rano i pracuję, bo muszę z czegoś żyć, i cierpię na bezsenność, co jest objawem cholernej menopauzy, bo jestem już stara. Oto uroda szczerości. Uroda Baby-Jagi z brodawką na zakrzywionym nosie. A kochajcie ją sobie!