fbpx

Krokodyl na pokładzie

Krokodyl na pokładzie
123rf.com

O Boże, jak ja się boję latać. Od 1985 roku nie wsiadłam do samolotu.
Wtedy to poleciałam do Kanady, z Kanady do USA, potem tą samą drogą wróciłam do Warszawy, przesiadłam się na krajowe linie i poleciałam do Wrocławia. I koniec – nigdy więcej via avia. Wolę się tłuc gdzieś dwa dni autokarem, płacić słono za sleeping w pociągu albo rezygnować, na przykład z udziału w zagranicznym festiwalu poetów, jeśli jedyna droga wiedzie przez niebo. Nadmiar wyobraźni? Aerodromofobia? Akrofobia z klaustrofobią? Lęk podstawowy, co się pod każdą panikę podszywa? Wszystko jedno, TAMTĘDY nie podróżuję. Wsiadasz do pudła znacznie cięższego od powietrza i unosisz się strasznie wysoko. Co za bezczelna akcja! Udawać, że normalne jest jedzenie purée z sosem na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad ziemią czy oglądanie tam „Facetów w czerni” albo luźna konwersacja z przypadkowym sąsiadem, który leci do Teksasu, bo syn ożenił się z Chinką!

Co za Chinka, jaki Teksas! I jak można zaufać pilotowi, który być może kłócił się z żoną pół nocy i teraz myśli mu się nie kleją, za to oczy jak najbardziej… Wylatujesz z własnego życia i udajesz,
że ten absurd przestrzenny cię nie dotyczy. Że to nie jest potworne znaleźć się dziesięć kilometrów w górze bez żadnego podparcia! Tymczasem siedzisz w tym oto kruchym foteliku ponad oceanem chmur i w blasku kosmicznego ognia! Bo słońce na tej wysokości nie należy już do rodzinnego sielskiego krajobrazu, lecz jest obcym ciałem niebieskim, które płonie. A spadanie? A roztrzaskiwanie się? A tonięcie! W okropnej, nieludzkiej samotności? Oczyma duszy widzisz ciemność, a „uszyma” wyobraźni słyszysz potworny huk powietrza rozcinanego przez twoje spadające ciało. Fakt, że ma się to nijak do możliwego scenariusza, nie ma znaczenia. Dostałam niedawno zaproszenie na festiwal poetycki. Tym razem w Europie. Pociąg jedzie kilkanaście godzin albo przez Wiedeń, albo przez Pragę. „Ależ samolot leci tylko dwie godziny!” – zachęca znajomy poeta, co też się na ten festiwal wybiera. A ja już czuję, jak mi się ziemia spod nóg usuwa i strach mnie za gardło chwyta…

Jeden klik za daleko
Postanowiłam być dzielna i w Internecie weszłam na stronę wyszukiwarki lotów www.skyscanner.pl. Kliknęłam coś jeszcze, by doprecyzować, jak mi się zdawało, moje oczekiwania, i nagle znalazłam się na branżowym blogu, a wzrok mój padł na inicjalne zdanie: „Latanie jest kompletną pomyłką i do tego jest przerażające”. Matko Boska! No sami się przyznają! A może to podpucha jest? Głupie żarty? Chwyt socjotechniczny? Oczywiście, to ostatnie. Bo dalej już szły wyłącznie dobre rady, jak sobie pomóc, gdy się ma jako „ustawienie domyślne” panikę.

Dane statystyczne, a jakże, podają je zawsze, zachęcając do latania jako najbezpieczniejszego sposobu podróżowania, nawet jeśli stronę dalej lecą fotki najatrakcyjniejszych lotniczych katastrof! Nigdy w te statystyki nie wierzyłam: że np. moje szanse na śmierć w przestworzach są jak 1:7 000 000, że jazda samochodem jest 20 razy bardziej ryzykowna, że na drogach ginie tyle a tyle, a w samolotach tylko tyle, że statystycznie większa jest szansa zaliczyć kopnięcie osła w kraju nierolniczym, niż skończyć w wypadku samolotu. Ach, statystyki! To są poezje patriotyczne koncernów lotniczych! Liczby bezwzględne, którymi się epatuje, mają podnieść morale szarego pasażera i skłonić go do kupienia biletu. Na jednym z forów, w wątku na temat strachu przed lataniem, internauta poinformował, że trafił kiedyś na link raportu naukowców w Berkeley, dobrze ukryty link, gdzie dane były zupełnie inne, bo liczone relatywnie, a nie bezwzględnie. Jeśliby policzyć wszystko, np. w osobogodzinach, to prawdopodobnie wyszłoby, że latanie samolotom jest równie bezpieczne jak… jazda na motocyklu. „Czy każdy może zostać pilotem?” – pyta pani przedszkolaka. A on odpowiada: „nie, tylko ten, kto chce”. To fragment nagrania MP3 wyłowionego w sieci. Mnóstwo różnych żartów o podróżach lotniczych chodzi po Internecie, budzą śmiech i zarazem mrożą krew w żyłach. Na forach mechaników i pilotów (a są i takie) można też poczytać zapisy autentycznych historii powietrznych, zdarza się, że swoją absurdalnością nie odbiegają od dowcipów.

My, Polacy, oczywiście jeszcze długo nie będziemy się z nich śmiać, mając w pamięci tragiczny lot do Smoleńska, a także bohaterskie awaryjne lądowanie kapitana Wrony w listopadzie ubiegłego roku. Trafiłam na bloga lecącej tym samolotem piosenkarki Magdy Steczkowskiej, która wyznała, że nieprędko, a może nigdy, będzie w stanie napisać, co wtedy czuła. Jej blog nosi nazwę „Kocham cię, życie!”.

Kto się boi myszy?
„Jak wchodziłam przez rękaw do samolotu, stopy miałam tak spocone z nerwów, że mi się ślizgały. W trakcie startu spanikowałam strasznie i miałam ochotę pójść do pilota i błagać go, żeby wylądował. Facet, który siedział obok, miał całe ramię w siniakach, tak go ściskałam przez cały czas lotu”. Podobnych wyznań na forach „lękowych” można znaleźć mnóstwo. Ludzie piszą, że umierają ze strachu, że piją drinki jednego za drugim, że biorą aviomarin, stilnox, co się da, by się oszołomić albo zasnąć. Panika się multiplikuje, gdy na pokładzie samolotu dzieje się coś nietypowego, na przykład pojawia się… krokodyl. To nie żart, w Wirtualnej Polsce przeczytałam o nie tak dawnej (2010 r.) katastrofie samolotu, której przyczyną był ten właśnie gad. Musiał być nieduży, skoro ktoś przewoził go w sportowej torbie, z której się wydostał. Ludzie na ten widok wpadli w popłoch, łącznie z pilotami, którzy stracili panowanie nad sterami. I już nie odzyskali, niestety… Ocalał jeden pasażer, który to wszystko opowiedział. Co tam krokodyl! Myszka mała potrafi spowodować, że wielki samolot zmienia plany i zawraca na lotnisko! A dokładnie chomik, którego na pokład transkontynentalnego statku powietrznego przemyciła mała dziewczynka. Samolot leciał z Brisbane (wschodnie wybrzeże Australii) do Wielkiej Brytanii; zawrócił, by ewakuować pasażerów i złapać gryzonia. A w innym samolocie wybuchła wrzawa, gdy z „pawlaczy” zaczęły spadać… robaki! Okazało się, że ktoś przewoził zgniłe mięso w pojemniku, który się otworzył. Co tam chomik, co tam robaki. Pomyślcie o terrorystach, których pełne są… filmy grozy, co się przecież jednak czasami w groźne fakty przemieniają. I jak tu się nie bać? „Czy kiedy macie lecieć, to czujecie, jakbyście już nie mieli przyszłości?” – pyta jedna z internautek. Czyli ewidentnie chodzi o instynkt samozachowawczy.

Ciekawe, że o lęku jakoś nie pamiętamy na co dzień na Ziemi, która jest przecież olbrzymim statkiem kosmicznym pędzącym po orbicie ze średnią prędkością 29,785 km/s. A gdy dodać do tego jeszcze prędkość wokół osi, to się okazuje, że lecimy jakby w dwie strony naraz, i to bez lądowania! Włos mi się jeży i mam halo w głowie! Miałabym wsiadać w samolot, by polecieć jeszcze dodatkowo? Nie daj Boże pod prąd? W trzy strony naraz??? Wkoło Słońca, wokół osi i na festiwal poezji?! Jaki aviomarin? Przecież ja umrę już w taksówce na lotnisko! Umrę na strach przed śmiercią…

?>