fbpx

Krótki rękaw

Franek już po kąpieli, liczę mu fałdki na udzie jak małemu hipopotamkowi i nie mogę się ich doliczyć… Potem patrzę, jak odkrywa Amerykę swoich stópek, różowych i niepokalanych chodzeniem. Nagle kicha i śmiertelnie przeraża go własne kichnięcie.

Antoś w tym czasie wdrapuje się po drabinie, chce odkryć Amerykę naszego strychu, chociaż zwykle taki ostrożny. Nie jest za to ostrożny w pytaniach: „a ile lat będzie miała mama, a ile tata, kiedy będę miał lat sto?”. Odpowiadam: „nie będzie nas już na świecie, a taty bardziej niż mamy”. „To kto wtedy ze mną będzie?”

Jak nie uśmiechnąć się przez powiększające szkło łez? Dorośli wielu pytań nie zadają, tak na wszelki wypadek. Dzieci jednak nie znają wszelkiego wypadku. Niektórzy dorośli bywają jednak mistrzami w zadręczaniu się trudnymi pytaniami. Nasza ciocia, kochana i bardzo nam pomocna, co chwila powtarza: „O Boże, co to będzie? Jak oni sobie dadzą radę?!”. To chyba o nas pyta.

Czyż nie taka była też moja babcia, która codziennie podnosiła nasz dom z ruiny? Kochała mnie, ale była to miłość przerażająca, więc nieźle mnie przestraszyła. Dzieci nie wybierają sobie dzieciństwa. Dostajemy je w spadku, razem z pakietem genów.

Pisałem miesiąc temu o dziennikach Anaïs Nin (przy okazji przypominam o konkursie na dziennik ogłaszanym w majowym numerze „Zwierciadła”). Nadal jestem w aurze przenikliwości i odwagi, którą Anaïs Nin pokrywała swoje przerażenie życiem. Ale szczególnie poruszyły mnie te słowa: „Opowiadanie to jedyna prawdziwa sztuka magiczna, gdy bowiem zaczynamy postrzegać nasze cierpienie jako opowieść, jesteśmy uratowani. To balsam człowieka pierwotnego, sposób na wypędzenie demonów z przerażającego życia”.

Anaïs nawiedzona przez demona swego ojca już jako mała dziewczynka ratowała się pisaniem dziennika. Potem dziennik będzie towarzyszył jej wszędzie. O swym ojcu kiedyś napisała: „Nie przypominam sobie ani jednego wyrazu jego uznania ani pieszczoty”. Czy na pewno? Jej biografowie są niemal pewni, że była przez niego molestowana. Jej późniejszy seksoholizm był trwałym znakiem tej traumy dzieciństwa. I nawyk uwodzenia ludzi, nawet poświęcania się dla innych. Musi ciągle udowadniać, że jest potrzebna, warta uwagi. Pracuje nawet przez czas jakiś jako terapeutka – walcząc z demonami innych, próbuje obłaskawić własne. Nic z tego. Takiej dziury nie da się zapełnić seksem, uwodzeniem. Można tylko łatać słowami.

Czyż miliony współczesnych blogerów tak nie czynią? Oni też odkryli, że najlepsza metoda na dramaty życia to robić z nich opowieść. Czy ja tego nie czynię, pisząc ten felieton? Świat można opisywać nie tylko słowami, malować go, rzeźbić, fotografować. Utrwalając chwilę, prowokujemy czas, który chce wszystko wymazać. Ważna jest ta przekora i wyzwanie, jakie rzucamy losowi – nie dam się!

Czasami jednak każdy z nas jęknie: „oj, chyba nie dam rady”. Oto kolejny ranek: Franek ryczy jak trąba jerychońska, aż trzęsą się mury. Antoś nie chce iść do przedszkola, czmycha przede mną i nie mogę go złapać. On pęka ze śmiechu, a ja ze złości… Żona krzyczy, że nie radzę sobie z dzieckiem.

W końcu wiozę Antosia do przedszkola, ale utknąłem w korku. Dopada mnie tam mama, dzwoni… potrzebny lekarz. Wywróciła się i potłukła. Ma za wiele energii i dobrego o sobie mniemania, a za mało sił. Oj, chyba nie dam rady?! Nie wolno tkwić w takim uczuciu jak w korku. Lepiej wyskoczyć z tego „samochodu”, zakasać rękawy i do roboty! Pewnie dlatego od kilku lat tak mi się porobiło, że noszę tylko koszulki z krótkim rękawem, nawet w zimie…