fbpx

Kurze kupy i ptasie mleczka

W korytarzu piwnicy dozorczyni trzymała kury, tam, będąc dziećmi, bawiliśmy się w nasze najbardziej tajemnicze i mroczne zabawy. Wtedy jeszcze były autentyczne podwórka, żywe piwnice i prawdziwe kurze kupy. Zanurzam się teraz w tych korytarzach nic niezmienionych, gdzie nakładają się na siebie warstwy kurzu z kilku epok, i całym sobą czuję ten sam co wtedy zapach, duszny i wilgotny, zapach zatęchłego czasu, który płynie powoli, jakby musiał się przeciskać przez piwniczne szczeliny.

Otwieram drewniane drzwi z numerem dziewięć, w blasku latarki widzę kilka pokoleń stearyny, ujawnia się bezładna plątanina niepotrzebnych rzeczy, to nawyk polskich generacji doświadczonych przez wojny – niewyrzucania niczego, a nuż się przyda. Dzięki temu ocalało wiele przedmiotów, które przypomną mi dzieciństwo. Jest nawet blaszana wanienka, w której byłem kąpany. Wydawała mi się wielka, a teraz taka mała. W tym kufrze z metalowymi okuciami ojciec, przeprowadzając się z Łodzi, wiózł swój dobytek, zmierzając ku wygrzebującej się z ruin stolicy i ku mojej przyszłej matce. Z innego świata początku lat 60. pochodzi bidet, stoi na cienkich składanych nóżkach, jak jakiś groźny przyrząd szpitalny. Przez mgłę pamiętam triumf matki, gdy to urządzenie zostało zakupione i sprowadzone do domu, w blasku nowej higienicznej ery. Ten bidet był wożony na wakacje, na ówczesnych kwaterach nie było pryszniców. Jest gruba księga, to „Tajemnicza wyspa” Juliusza Verne’a w bardzo twardej okładce. Nie do wiary, jak wiele ta książka wytrzymała, nie tylko rozogniała moją wyobraźnię, ale też była używana do wojennych zabaw. I czuję, że przeraża mnie ta rupieciarnia, wszystkie te przedmioty były takie ważne, a teraz są martwe.

Sprzedawanie mieszkania swego dzieciństwa to jakaś forma zdrady. A karą za to jest ból unieważnienia wszystkiego, co było takie ważne. Ten obraz znanej malarki wisiał w pokoju ojca od początków świata. I musiał uformować moje widzenie kolorów i kształtów. Jak teraz go zdjąć ze ściany? Ja, taki racjonalny, boję się, że kiedy wyrwę go z korzeniem, to rozsypie się cały dom. Wstrzymuję oddech i zdejmuję. Coś się stało? Nic. I może to właśnie najgorsze.

Biurko, przy którym mój ojciec siedział jak Pan Bóg, mrucząc modlitwy wierszy – jak teraz ruszyć je z posad. Pod drzwiami tego gabinetu siadałem i jak karabin maszynowy powtarzałem: „Nudzi mi się, nudzi mi się, co ja będę robił, co ja będę robił!?”.

Po kwadransie moja modlitwa okazywała się mocniejsza od tej ojca – unosił się nad krzesłem jak wielki ptak. I pełen grozy frunął ku mnie, ale skrzydło, które podnosił, by mnie uderzyć, cofało się, jakby zawstydzone sobą. (Jak teraz mam gniewać się na mojego synka, gdy przeszkadza mi pisać, ale jak pisać, kiedy on ciągle do mnie przybiega?)

Do innych wspomnień, też tych dramatycznych, należy groza burzy. Nadeszła nagle. Przeciąg jak wystrzał otworzył drzwi balkonów. Wir powietrzny zdawał się wchłaniać kolejne pokoje, nie oszczędzając nikogo i niczego. Babcia w ostatniej chwili wciągnęła mnie do łazienki. Tam przycupnięci za zatrzaśniętymi drzwiami słyszeliśmy, jak rodzice walczą z żywiołem, jak jęczą i wzywają imię Matki Boskiej i Chrystusa, mocując się z drzwiami balkonów, by w końcu odnieść triumf nad kataklizmem. Pamiętam też grozę mruczenia rur, w których mieszkał hipopotam. Nasz dom był pełen zwierząt, które spały za dnia, a budziły się, niestety, w nocy. Bałem się bardzo.

Dzisiaj mój synek też boi się, na szczęście tylko trochę, boi się strusia, na którego mówi „tuś”. Odkrył wczoraj ze zgrozą, że „tuś” w kuchni wyjada mu w nocy ptasie mleczko. I jak teraz się przyznać, że to nie „tuś”, tylko łakomy tata.