Mam elfa

123rf.com

Czasem coś dziwnego wytrąca nas z transu zwykłej codzienności.
Rozmawiamy z Piotrem o tym, że na szczęście życie bywa niezwykłe! – Mam taką opowieść – mówi Piotr. – Jest sobie miły dom mieszkalny, którym administruje pewna miła pani Zosia. Może dlatego ludzie się tam lubią i są dla siebie uprzejmi. Szczególnie ważna jest pani Zosia dla pana Tomka – 30-letniego mężczyzny z zespołem Downa, który mieszka w tym domu od początku. Pan Tomek świetnie radzi sobie od lat z samodzielnym życiem, jednak chętnie dzieli się z panią Zosią swoimi kłopotami i radościami. W ogóle lubią się oboje, bo oboje są serdeczni i potrzebują kontaktu z ludźmi.

Pewnego dnia odezwał się u pani Zosi telefon. Dzwonił pan Tomek, niezwykle podekscytowany: „Pani Zosiu, musi pani do mnie natychmiast przyjść – mam elfa!”. „Co pan ma, panie Tomku?!” – nieco nieprzytomnie zakrzyknęła pani Zosia. „Mam elfa!” „Aha, to potem, panie Tomku, teraz jestem bardzo zajęta!” I całkowicie o owym telefonie zapomniała. Pan Tomek zadzwonił znów po paru godzinach: „Pani Zosiu, mam elfa, niech pani do mnie przyjdzie”. „Aha, to pan, zaraz przyjdę, panie Tomku”.

Poważny i przejęty pan Tomek otworzył przed nią najpierw drzwi wejściowe, a potem drzwi łazienki. Skurczony ze strachu siedział na sedesie karzeł. Okazało się, że to pan Zdzisiek, który roznosił ulotki w budynku, został złapany przez pana Tomka i umieszczony w łazience jako prawdziwy elf, trofeum dla pani Zosi. – Ojej – powiedziałam – jakie to ładne. Nie wiedząc o tym, żyjemy w bajce.

– Mnie się też podoba – powiedział Piotr, który jest mężczyzną wrażliwym i coraz bardziej pogodnym.
– Najtrudniej było pewnie panu Zdziśkowi w tym wszystkim, bo się strachu najadł, parę godzin pracy stracił i nie wiedział, co z nim będzie – stwierdziłam.
– Jak myślisz, czy było mu miło, że został wzięty za elfa? Czy był wściekły?
– Tego nie wiem. Ale został, oczywiście, przeproszony, potem pan Tomek i pani Zosia roznieśli z nim ulotki i zjedli razem kolację.
– To chyba się udobruchał. Wiesz, przypomina mi to norweskiego „Ellinga” i francuski „Ósmy dzień”.– Znam oba, wspaniałe, bardzo ciepłe – uśmiechnął się Piotr.
– Tak, ale popatrz, ciepłe w efekcie przegryzania się przez coś trudnego, innego, niż znamy. Ich bohaterowie nieźle wkurzają otoczenie. Zmuszają do zatrzymania się, kiedy chcielibyśmy działać rutynowo i upatrywać w tym naszą wyższość. Elling, straszliwie lękowy, znaleziony w szafie po śmierci nadopiekuńczej matki, i Georges, naznaczony jak nasz Tomek zespołem Downa. Wrażliwi, twórczy, ale inni. My, tacy przystosowani, szybcy w reakcjach i ocenach, musimy przy nich weryfikować swoje gotowce myślowe i emocjonalne i zdać sobie sprawę z ich pozorności i płytkości. Dociera do nas, choć z trudem, że to na stereotypach w dużym stopniu opiera się nasze poczucie bezpieczeństwa, że mamy je zapewnione, dopóki coś dziwnego nie wytrąci nas z transu zwykłej codzienności. W twojej opowieści, Piotrze, niecodzienność dzieje się jeszcze ciekawiej, bo między tymi, którzy są inni. Inny porywa innego i go „ubajkawia”. Leśmian nazwałby karła niziołkiem. Tomek – elfem. Spotkał kogoś dużo mniejszego od siebie i nie jest to dziecko. Używa przemocy fizycznej, tak, to nic fajnego, ale jak inaczej pokazałby najważniejszej dla siebie osobie, czyli pani Zosi, że istnieją jeszcze inne oryginalne byty i w dodatku, że da sobie z nimi radę. Przypuszczam, choć nie wiem, że właśnie to okazanie było najważniejsze. Chyba Tomek nie chciał niziołka przetrzymywać, chciał go pokazać natychmiast po złapaniu. Pokazał go Zosi, Piotrowi, mnie… A więc mamy elfa…