fbpx

Momenty totalne

Wiecie, co jest najlepsze? Jak wracasz do domu z zakupami spożywczymi jeszcze przed śniadaniem i zjadasz na stojąco, jednocześnie rozpakowując, świeże pieczywo i marynowane tofu. W pośpiechu wgryzasz się w pomidora i mruczysz, i szczypiór się sypie, i dziecko biega z bułką, i winogronami. W telewizorze coś tam gada, nieważna jest treść, wstawiasz fasolę do wody, żeby się namoczyła, kawę na ogień i ręce rozmarzają ci w cieple domu.

Najlepsze jest też, jak jeździsz samochodem po mieście jakoś po północy, na ulicach pusto, już się nie spieszysz, bo co to za różnica, czy wrócisz o 3, czy o 3.15. To się wtedy już nie nazywa transport czy lokomocja, to jest cruising. Słuchasz muzyki. Polecam artystów takich jak queen Bahamadia dla obudzenia w sobie genu królowej ulicy. Śpiewasz, jedziesz powolutku, bo nie chcesz, żeby to się skończyło. Śnieg świeci na pomarańczowo, nie jest zimny w tym audiowizualnym odbiorze. Nowy stadion jest jak ufo ogromny stara ci się udowodnić, że żyjesz w światowym rozwijającym się mieście, że wszystko jest tu możliwe.

Świetnie jest też, jak budzisz się w środku nocy, odruchowo sprawdzasz, która godzina, chociaż wciąż ciemno, ale chcesz sobie udowodnić, że zostało jeszcze dużo spania. Zarzucasz swoją ciężką nogę na chłopaka, przyjmujesz zbawienną dla kręgosłupa pozycję i z błogim uśmiechem odpływasz.

Równie wysoko w rankingu stoją również momenty witania się z własnym dzieckiem, kiedy wracasz do domu albo ona budzi się z popołudniowej drzemki, chce na rączki i mocno owija cię tymi rączkami i nóżkami jak mała małpka, o której zawsze marzyłaś, oglądając „Pippi Langstrumpf”.

Cieszy także czasem choroba – oczywiście mam doświadczenie tylko z tymi mało groźnymi – świadomość, że coś cię rozłoży na kilka dni i że choćbyś chciała, to nie możesz. Wtedy należy tylko doceniać to, że chłopak donosi ci nowe serie „Chirurgów” i herbatkę z wiśniówką. Oczywiście odkąd mam dziecko, jest trudno się tak obłożnie wygrzać, chętniej więc choruję w „weekendy ojcowskie”. Ale z synchronizacją bywa ciężko, dlatego są to wydarzenia deficytowe.

Do listy muszę dodać oczywiście sytuację wręcz przeciwną, jaką jest totalna aktywność zawodowa. Moim ulubionym elementem są koncerty. Zawsze przed wejściem na scenę bierzesz taki oddech, który ma wszystko załatwić, ogarnąć energetycznie, udźwignąć powagę sytuacji, i starcza go potem na wiele więcej, bo jest dopompowany przez odbiorców. Po to te płyty, firmy, wywiady, żeby można to było robić jak najcześciej i z tego w miarę wyżyć.

Są też takie chwile, jest ich bardzo dużo, zważywszy, że mieszkam w mieście, w którym się urodziłam, kiedy dzięki stawianiu stóp w tych samych miejscach, gdzie kiedyś stawiałam swoje mikrostópki dziewczynki, mam wrażenie, że czas nie istnieje. Obrazki, zapachy, pamięć starych myśli są tak intensywne, jakbym żyła w równoległej przestrzeni. Ostatnio śpiewałam „Inspirations” na 60-leciu swojej podstawowej szkoły muzycznej. Stanęłam w auli, w której zwykłam niegdyś grać egzaminy, odczuwając stres i skupienie. Odruchowo wytarłam nawet ręce w ubranie, jakbym miała grać na wiolonczeli. Występowałam zupełnie rozluźniona na wielu scenach, w różnych klubach, krajach, tele- i radioodbiornikach, a jednak zestresował mnie występ dla nauczycieli i kolegów z dzieciństwa. Kiedy skończyłam, poczułam jakieś dziwne spełnienie jakbym zatoczyła krąg.

Jest tych momentów o wiele więcej, część uświadomionych, część kamuflowanych lub bagatelizowanych. Trzeba je wyjmować, eksponować, przypominać sobie, szastać wręcz nimi. Polecam stworzenie listy swoich momentów totalnych. Warto niektóre czynności podciągnąć pod ten termin, nawet na wyrost je trochę wylansować. Może się w końcu okazać, że potrafią gładko przechodzić jeden w drugi, dzień, noc, choroba, aktywność, jedzenie, przemieszczanie… to się ciągle dzieje, wciąż. Dobrze wiedzieć, że te dni nie schodzą na gonieniu czegoś, co kiedyś będzie docelowe. Total jest teraz.