fbpx

Odzwierciedlony

Pamiętam swój pierwszy wyjazd do Ojcowa. Droga z Kocich Łbów opadała w dół i kilkoma serpentynami sprzed wojny nagle otworzyła przede mną świat jak z bajki. Zimowy zmierzch w rezerwacie przyrody, cisza, delikatne kołysanie nagich gałęzi i świadomość, że mój przewodnik prowadzi mnie ku tajemnicy, której wcale nie chciałem przyjąć.

Wartki strumień nie poddawał się mrozowi i jego szum nieoczekiwanie sprawił mi przyjemność. Od dawna nie widziałem żywego ducha, a ten był esencją życia. Przypomniał mi obrazek, który widziałem dawno temu. Wieczna istota z pięknymi skrzydłami unosiła się nad dziećmi, które po wąskiej kładce przechodziły nad rwącym strumieniem. Czuły gest chronił nieświadomych niebezpieczeństwa przed upadkiem w otchłań.
 
Dom wyłonił się nagle. Był surowy i brzydki. Z okien bił żółty blask, który nie wróżył nic dobrego. Światło odbijało się od wapiennej skały, która stanowiła naturalną opokę, broniąc dostępu intruzom. W jej szczelinie zobaczyłem posąg Matki. Weszliśmy do środka. Poczułem, jak zimny prąd spływa mi wzdłuż kręgosłupa i drętwieją nogi. Nie mogłem ruszyć się z miejsca. Mózg, broniąc się przed tym, co widzi i zaczyna rozumieć, starał się przekonać mnie, że wciąż jesteśmy na zewnątrz. Korytarz pulsował życiem zwyrodniałym. Kilkudziesięciu starców, głęboko upośledzonych, niedorozwiniętych, szalonych, czekających tu od dawna na śmierć, krążyło w swoich zaklętych pętlach. Krzyki, nieartykułowane jęki, kolęda śpiewana w nieznanej skali i ten ruch, nieskoordynowany, a przecież dający wrażenie ukrytego porządku. Deformacja. Ból. Obłęd. „Witamy Nowe Millennium” – napis ułożony z nierówno przyciętych kartonowych liter, ów ślad rzekomej normy, który sprawił, że symulacja snu dopełniła się. Tej pierwszej chwili ujrzałem ich świat, takim jaki był. Pozostawiony sobie, skłębiony, nieludzki. To właśnie zabolało najbardziej. Świadomość, że w istotach tych nie potrafiłem dostrzec ludzi.

Wracaliśmy w ciszy. Gdy nasz samochód włączył się do prądu rozpędzonych świateł płynnie zmierzających w kierunku miasta, poczułem nagle kosmiczną samotność. Tę, o której tak pięknie pisał Emil Cioran. Osamotnienie tamtego świata, które stało się moim udziałem, było inne od subiektywnego niepokoju, indywidualnego dramatu samotności, którego doświadcza każdy z nas. Dom w Ojcowie wydał mi się porzuconą planetą, poprzez los której odczuwałem teraz dręczącą zewnętrzną nicość. Wjeżdżaliśmy do Krakowa, mojego rodzinnego miasta, które nagle wydało mi się pozbawione wszelkiego blasku i wspaniałości. Ludzie w tramwajach, pani spacerująca z pieskiem, wszyscy byli spowici tą samą monotonią i podobnie jak ja wydani na pastwę lodowatej alienacji.

Genialny Rumun ogłosił swój bezwzględny brak wiary, jedynego ocalenia upatrując w absolutnym zapomnieniu. Ja, w tym samym miejscu, zawahałem się i zrobiłem krok do tyłu. Cioran nie potrzebował nadziei ani żadnej podpory, ja nie byłem do takiego heroizmu gotowy. Nie mogąc odnaleźć nadziei w doskonałym zapomnieniu i dostrzegając w takim jej kształcie jedynie rozpacz, wróciłem do napotkanego mikrokosmosu, wyłaniając z pamięci jeden szczególny obraz. Oto mieszkaniec domu wygląda przez okno, za którym w czystym świetle księżyca skrzy się niepokalana natura, las, skały i śnieg. Z perspektywy patrzącego to nieskończoność. A dla mnie godzina podróży do domu. Gdy spojrzałem w nocne niebo, poczułem się jednak jemu podobny. Odzwierciedlony w innej skali, ale równie nieśmiały i obezwładniony jak on. Czy poza tą nieskończonością istnieje dom, do którego mógłbym w kosmiczną godzinę dotrzeć? Niespodziewana bliskość z patrzącym kazała mi wkrótce wrócić, a potem odwiedzać Dom Pomocy Społecznej im. św. Alberta przez trzy kolejne lata. Czas ten pozwolił mi dostosować się do ich wymiaru i zsynchronizować się z panującym tam rytmem życia. Film „Rozwój” powstawał niejako przy okazji.

Istotą okazało się przekroczenie własnego egoizmu i zdolność do dostrzeżenia drugiego człowieka. Dotknięcie tajemniczej esencji ludzkiego losu.