Problem z końcem

Problem z końcem
123rf.com

Rozpanoszyło się zwątpienie w życie pozagrobowe. I sens umierania szlag trafił.
Mój pięciolatek woła radośnie: „mam pomysł!”. Siada do stołu, rysuje i tak stwarza od nowa świat. Nie wiem, kto we wszechświecie miał pomysł, by „narysować stworzenie człowieka”. Wiem, że dostałem w dzierżawę do uprawy jakiś kawałek życia, i miałem pomysł, co z nim zrobić. To i owo mnie zaskoczyło, robiłem głupstwa, są już przeszłością, więc uznajmy, że były konieczne. Ważne, że miałem pomysł na własne życie. To opisywanie świata i dawanie świadectwa, by wielkie dramaty
zmniejszać do drobinki kurzu, a drobinki powiększać do dramatu. Czasami to mi się udaje. Nie dostałem od losu za wiele talentu, ale to, co dostałem, udało mi się chyba ciut powiększyć. Nawet jeśli to tylko złudzenie, nieźle z nim żyję. W naszym niepewnym i na chwilę istnieniu wszystkie twarde punkty oparcia są złudzeniami, ale z mocną podstawą. W tym ugruntowanym złudzeniu szukam na gwałt tematów do felietonu, wszystkim felietonistom ich brakuje. Spotkałem kiedyś Jurka Pilcha przypadkiem w pociągu, nie pamiętam, co się zdarzyło godnego uwagi, ale pamiętam, jak gorączkowo wołał: „zaklepuję, to mój temat!”. Pocieszyłem się myślą: „Zrobię temat z tego jego zaklepywania tematu”.

Większość pomysłów w życiu to wyznaczanie sobie małych celów. Kiedy w brzydką pogodę muszę wyjść z dziećmi na spacer, wymyślam, że kupię gazetę, do tej gazety mam kawałek drogi. Bez celu nie dałbym rady się wybrać. Cel uwalnia energię. Kolumb szukał drogi od Indii, a znalazł coś większego. Zdarza się. W sanatoriach i w domach opieki wielkim celem stają się posiłki. Nasz Franuś miał cel: dostać się do szafki z czekoladami, dla niego to jak wejść na stromy szczyt. Spadł, na szczęście nie odniósł większych obrażeń. Nienawistnicy mają cel: zrobić komuś przykrość – jak nie mogą dużej, to choćby małą. Najważniejsze to jednak mieć pomysł na całe swe życie lub na jego rozdziały. Każda wielka pasja to taki pomysł. Bez pomysłu życie nam się rozpada, a czas przecieka przez palce. Człowiek, który znalazł pomysł na życie, zwykle jest szczęśliwy. Inni łapią się pomysłów zastępczych…

Powszechnym marzeniem i celem młodych jest dzisiaj być znanym. Oto epoka narcyzmu. Ale ilu może być znanych? Nasza cywilizacja podsuwa wszystkim pasję do pieniędzy. Bywa, że pomagają realizować pomysły, zwykle jednak nas uziemiają i wszystko staje się podszyte interesem, nawet bezinteresowność. Czas też staje się pieniądzem, dlatego ludzie biegną. Dokąd? Udajmy,
że nie wiemy. Każdy powtórzy słowa Woody’ego Allena: „Nie boję się śmierci, ale nie chcę być obecny, kiedy ona przyjdzie”. I z tym właśnie jest problem. Nawet jeśli ktoś ma pomysł na życie, to na koniec zwykle już go nie ma. Ileż filmów zostało zepsutych przez kiepską puentę. Tak samo jest z życiem. Nagminnie psujemy całość kiepską śmiercią. Współczesna medycyna zadbała, by umieranie było przewlekłe i bez sensu. Religia – to był genialny pomysł na śmierć. Najlepsze nawet pomysły zużywają się jednak. Od kiedy podano w wątpliwość piekło i niebo, rozpanoszyło się zwątpienie w życie pozagrobowe. I sensowne umieranie szlag trafił. Wierząc czy nie, umieramy jakoś podobnie i bez sensu. Takie czasy. O tak: Jestem zwolennikiem ładnego samobójstwa – zanim zostaniemy zdegradowani przez chorobę lub starość – co łatwo napisać, a trudniej zrobić. W naszej chrześcijańskiej kulturze podupadła sztuka ładnego odejścia. Wielka bieda. Ale nikogo nie będę namawiał, siebie też strach. Wróciłem właśnie z filmu „Code Blue” Urszuli Antoniak. Obraz ostateczny, ale taki, co jeśli cię nie złamie, to wzmocni. Tam nikt nie ma pomysłu na życie ani umieranie, samobójstwo bohaterki też nie do zniesienia. Zostało tylko mieć pomysł, jak to wszystko opisać. Udało się.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze